Forum Dragon Ball Nao

» [Sesja] W cieniu Siedmiu

Strony: 1, 2, 3  następna
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część MG:


Tytuł: W cieniu Siedmiu
Data rozpoczęcia: 8 maja 2005 roku (niedziela)
Świat: Toril (zapewne głównie Faerun) w uniwersum Forgotten Realms, a być może również kilka planów w pobliżu Pierwszej Sfery Materialnej, ale wszystko zgodne z terminologią systemu Dungeons and Dragons
Gracze: kto chce . Raczej na pewno brać będą udział Revan i Tiesto oraz bohaterki Łasiczki i Megane, ale jeżeli ktoś jeszcze (głównie chodzi mi o eMate'a, gdy wreszcie zdecyduje się, kim chce grać ) chce się dołączyć, to nie ma problemu. Ale niech mnie najpierw poinformuje!
Zasady pisania/postowania: dopóki nie dojdzie się do miejsca, w którym jakąś decyzję musi podjąć Mistrz Gry, wszyscy mogą pisać do woli.
Komentarz tudzież uwagi oraz wprowadzenie: nie chcę nikomu narzucać początkowej sytuacji jego postaci. Niech przeczyta, gdzie jest i co robi Xan, a następnie zdecyduje, co zrobić ze swoją postacią (jesteś zadowolony, Majin?). Podejrzewam, że Kamzo bardzo szybko będzie wiedział, co powinien teraz zrobić .



Część gracza:


Gwałtownie otwieram oczy. Początkowo widzę niewyraźnie, lecz po chwili mój wzrok wyostrza się. Leżę, zwinięty embrionalnie, na zimnej, kamiennej posadzce. Każdy jej element ma kształt starannie wykonanego siedmiokąta foremnego.
Sięgam dłonią w kierunku mego brzucha. Wyczuwam szerokie rozcięcie w kimono. Jednak pod nim nie ma żadnych ran. Jedynie lekko wypukła blizna znaczy ślad samobójczego cięcia.
Podnoszę się, lecz za chwilę znów padam na ziemię. Jestem bardzo słaby. Podpieram się na łokciach, klękam i ostrożnie wstaję. Przez chwilę się chwieję, lecz szybko odzyskuję równowagę.
Znajduję się w jakimś korytarzu, który kończy się za moimi plecami siedmiokątną ścianą. W ogóle wszystko wokół jest siedmiokątne. Ściany to precyzyjnie wykute foremne figury o siedmiu wierzchołkach, kolumny oddzielające od siebie kolejne części korytarza tworzą z podłogą i sufitem siedmioboczne prześwity. Architekt musiał mieć kompletnego świra na punkcie liczby siedem.
Po mym ciele przebiega dreszcz. Dopiero teraz zauważam, że w korytarzu jest bardzo zimno, a ja jestem ubrany tylko w jedwabne kimono, w dodatku postrzępione i dziurawe jak sito.
Kierowany nagłym impulsem sięgam rękami do boków, lecz nie znajduję tam rękojeści mieczy. Tak jak się spodziewałem, u pasa nie mam już moich wykonanych z baatoriańskiej stali kling.
Nagle do mych uszu dociera odległy głos. Wytężam słuch, jednak dopiero po dłuższej chwili znów go słyszę. Rozpoznaję wykrzyczane słowo. 'Szach'.
Zaczynam jak w transie kroczyć mrokiem korytarza w kierunku, z którego, jak sądzę, dobiega głos. Bez zastanowienia przekraczam zakręty, aż w końcu docieram do wielkich, siedmiokątnych drzwi. Otwieram je. Za nimi są kolejne. Je również otwieram. Podobnie jak cztery następne.
Po przejściu przez szóste wrota staję przed olbrzymią bramą. Nie jest siedmioboczna. Składa się z niewyobrażalnej ilości różnej wielkości siedmiokącików. Intuicja podpowiada mi, że ich astronomiczna ilość musi być podzielna przez siedem.
Zza wrót dobiega głos. Ten sam, który mnie przed nie przyprowadził. Teraz jednak jest już o wiele lepiej słyszalny. Choć trudno to sobie wyobrazić, każde zdanie, każdy wyraz, każda sylaba i każda głoska zdaje się wręcz ociekać sarkazmem, ironią, złośliwością i szyderstwem.
Na kolejne szachowe komentarze odpowiada inny głos. Jest o wiele cichszy, jednak budzi we mnie o wiele większy niepokój. To głos mężczyzny, który zabił Xerona i namówił mnie do popełnienia seppuku.
Nie myśląc o tym, co robię, popycham bramę i przekraczam jej podwoje. Mym oczom ukazuje się spora sala, urządzona, zgodnie z moimi oczekiwaniami, siedmiokątnie. Na jej środku, przy szachownicy, siedzi dwóch mężczyzn. Obydwaj mają na sobie długie, czarne szaty, lecz jeden ma na głowę zarzucony kaptur, drugi zaś nosi kapelusz z szerokim rondem.
- Szach! – głos zakapturzonego jest tak nagły, że aż podskakuję.
- Nierozmyślne posunięcie – bas kapelusznika jest cichy i spokojny – Szachując mnie, sam się odsłoniłeś.
Przesuwa jedną z figur. Odpowiedzią jest szyderczy śmiech drugiego gracza.
- Czy ty się nigdy niczego nie nauczysz? Czy naprawdę nie widzisz, jak cię podpuszczam?
Ruch figury. Kapelusznik podpiera głowę na lewej ręce.
- Kolejne nierozmyślne posunięcie – mruczy niewyraźnie, przesuwając figurę. Zakapturzony znów wybucha śmiechem.
- Nie byłbym tego taki pewien – mówi cienkim falsetem z wyraźną drwiną. Wykonuje ruch, po czym dodaje normalnym głosem – Szach i mat.
Kapelusznik wstaje i zastyga nad szachownicą, jakby nie mógł uwierzyć w swoją porażkę. Jego przeciwnik prycha, po czym przemawia, znów modulując głos na falset:
- Obawiam się, że znowu przegrałeś.
Robię do tyłu dwa kroki, po czym obracam się, chcąc opuścić salę. Nic z tego. Drzwi zatrzaskują mi się przed nosem.
- Och, jacy ci śmiertelnicy są w dzisiejszych czasach niewychowani – ton zakapturzonego jest wybitnie teatralny – Najpierw wchodzą do czyjejś komnaty, a później od razu chcą z niej wyjść, nie przywitawszy się nawet – kręci głową – Nie spodziewałem się tego po tobie, Xan.
Czuję się niewyobrażalnie głupio, jestem zakłopotany, kompletnie nie wiem, co powiedzieć. Ciszę przerywa ponownie głos mężczyzny w kapturze:
- Ale, jak mawia Vecna, nie ma co płakać nad rozlanym eliksirem. Skoro już tu jesteś, niech się stanie zadość ceremoniałowi.
Zdejmuje z głowy kaptur, jednocześnie zrzucając z siebie czarną szatę, która pada z cichym szelestem na podłogę. Wzdycham mimowolnie. Mężczyzna jest liszem. Elegancki fioletowo-granatowy strój osłania jego pokryte wysuszoną skórą i resztkami mięśni kości. Jednak najbardziej niepokojąca jest czaszka, nieozdobiona żadną koroną, diademem ani tiarą. Oczodoły są puste, nie ma w nich charakterystycznych dla liszów kul karmazynowego światła. Równie nietypowa jest broń mężczyzny – zamiast kija czy sztyletu dostrzegam wystającą ponad plecami rękojeść miecza.
- Witam w skromnych progach Fortecy Żalu – mówi, kłaniając się zamaszyście – Nazywam się Rabican, zwą mnie zaś bardzo różnie. Jak się zapewne domyśliłeś, należę do Siedmiu. Jako że jestem spośród nich najpotężniejszy, będę reprezentować honory domu.
Siada na krześle obok szachownicy, wcześniej obróciwszy je w moim kierunku przy pomocy telekinezy. Zdejmuje z pleców pochwę z mieczem i kładzie ją sobie na kolanach, po czym rozsiada się wygodnie i zakłada nogę na nogę.
Z zapatrzenia wyrywa mnie głos drugiego mężczyzny:
- Nazywam się Falk – mówi, uchylając lekko kapelusza – Deadalus Falk, Kapłan Ciemności.
Siada na drugim krześle. Obydwaj milczą, a ja zastanawiam się, na co czekają. Po paru sekundach dowiaduję się tego. Z cienia wyłaniają się kolejni mężczyźni, przedstawiając się i siadając na niezauważonych przeze mnie dotąd siedzeniach.
- Fhjull Rozdwojony Język – znajomy cornugon nawet na mnie nie spogląda, usadawiając się czym prędzej po prawicy Rabicana.
- Ribald Kramarz, do usług – wbrew moim oczekiwaniom spojrzenie pomarańczowo-zielonego elfiego maga jest dość życzliwe.
- Kurufin, syn Feanora – znany mi elf siada, nie zdejmując rąk z rękojeści sztyletów trzymanych w pochwach przy pasie. Wierci mnie wciąż złym wzrokiem.
Ostatni wyłania się z cienia niebieskowłosy o śnieżnobiałej skórze. Nic nie mówiąc, zajmuje miejsce najdalsze od innych spośród Siedmiu.
Z niepokojem stwierdzam, że nie ma nigdzie Yoela. Rabican albo jest bardzo domyślny, albo cały czas sonduje mi umysł, gdyż po chwili przemawia, wyjaśniając tę sprawę:
- Z całą pewnością zauważyłeś już, że brakuje tu Kapłana Światłości – mówi, bawiąc się trzymaną w kościstych palcach figurą szachową – Vecna powiedział niegdyś: "Tylko siedem osób może znaleźć się jednocześnie w Fortecy Żalu". Jednak nie sugeruj się tym. Staruszek był wtedy dość mocno pijany, jego głowa jest nadzwyczaj mało odporna na Eteryczne Piwo Melfa. Tak naprawdę po prostu nie pozwoliłem Yoelowi tutaj przyjść. Jest zbyt wrażliwy.
Przerywa na chwilę, robiąc efektowną pauzę, ale już po paru sekundach kontynuuje.
- Zebraliśmy się tutaj, by omówić twoją kwestię, Xan. Konkretnie kwestię demona, z którym jesteś wciąż połączony. Cała sprawa jest dość nieprzyjemna, ale jakoś sobie z nią poradzimy – wciąga głośno powietrze – Znasz już w wystarczającym stopniu historię Tichondriusa, nie będę ci jej teraz opowiadał, szkoda czasu. Jak wiesz, inkub ten został przez nas uwięziony w malutkiej sferze, później zaś portalik do tego miejsca umieszczono na twoim ramieniu. Niestety, mag, który tego dokonał, okazał się zwykłym partaczem. Zamiast połączyć esencję tanar'ri tylko z twoim ciałem, połączył ją również z dwoma pozostałymi częściami twego wcielenia: umysłem i duchem. Z tego powodu twoja śmierć, wbrew naszym oczekiwaniom, nie zerwała więzi. Jest tylko jeden sposób, aby tego dokonać...
- Jaki?! – nie wytrzymuję. Po chwili czuję na całym ciele ból, odrywam się od podłogi i uderzam w ścianę, rozpłaszczając się na niej. Podchodzi do mnie Kurufin.
- Teraz przemawia Rabican – mówi, zbliżając jeden ze swych sztyletów do mego gardła – Nie waż się mu przerywać.
Do elfa podchodzi od tyłu lisz. Stuka go kościstym palcem w ramię. Syn Feanora odwraca się, a Rabican uderza go z półobrotu otwartą dłonią w twarz. Kurufin pada na kamienną posadzkę. Próbuje się podnieść, jednak lisz marszczy skórę nad pustymi oczodołami, a jego towarzysz zostaje wręcz przyszpilony do podłogi.
- Nigdy więcej tego nie rób – Rabican przemawia powoli, starannie dobierając słowa – To ja tu decyduję, kto mówi i komu należy wymierzyć karę.
Moc, zarówno ta trzymająca elfa przy ziemi, jak i ta rozpłaszczająca mnie na ścianie, gwałtownie ustępuje. Kurufin podnosi się i wraca na miejsce, otrzepawszy się z kurzu, ja zaś uderzam o podłogę. Oczekuję, że stojący obok Rabican poda mi rękę, lecz on tylko ponownie zasiada na swym krześle. Wstaję więc sam, a lisz kontynuuje swoje wywody.
- Jedynym sposobem, aby zerwać twoją więź z Tichondriusem, jest spowodowanie twojej śmierci na wszystkich trzech płaszczyznach jaźni. Jednak spowoduje to twoje unicestwienie – Rabican robi pauzę, a ja przełykam głośno ślinę. Skoro Falk nie wzdragał się przed spowodowaniem śmierci mego ciała, to czemu ma się wzdragać przed zakończeniem mego istnienia? – Aby móc zniszczyć Tichondriusa, musimy najpierw zerwać twoją więź z nim, bo inaczej sami zostaniemy uwięzieni w jego małej sferze. Jednak na razie nie możemy podjąć wiadomych działań. Panuje wśród nas na ogół równość i demokracja, więc przeprowadziliśmy małe głosowanie i okazało się, że czterej z nas nie chcą, byś został unicestwiony – wzdycham z ulgą. Zastanawiam się tylko, kto tak głosował. Po chwili Rabican zaspokaja moją ciekawość – Naturalnie w twojej obronie wystąpił Yoel, poparł go jego przyjaciel Falk. Lekko skłonili się w tym kierunku również Fhjull i Ribald.
Jestem szczerze zdziwiony takimi informacjami. W ogóle nie spodziewałem się, by Falk, Fhjull czy Ribald mogli mnie poprzeć. Lisz dostrzega moje zdziwienie. Wykonuje lekki gest dłonią w kierunku niebieskowłosego.
- Zadecydowaliśmy – białoskóry mężczyzna mówi powoli, nie spiesząc się, głosem zimnym i całkowicie pozbawionym jakichkolwiek emocji – że wyślemy cię ponownie do Pierwszej. Jeżeli dopisze ci szczęście, zdołasz opanować, a nawet wchłonąć Tichondriusa. Jeżeli będziesz miał pecha, to on opanuje lub wchłonie ciebie.
Kończy beznamiętną przemowę kilkoma zawiłymi ruchami dłoni. Otwiera się biało-granatowy portal. Przekraczam go, zastanawiając się, jak mocno Siedmiu będzie ingerować w moje nowe życie.

***

Pojawiam się u drzwi jakiejś obskurnej tawerny. Jest noc. Przez chwilę kręci mi się w głowie i zataczam się lekko, ale nie dziwi to przechodzących ludzi. Myślą, że jestem pijany.
W końcu zbieram się w sobie i odzyskuję normalny stan. Spoglądam po sobie. Moje kimono wygląda jak nowe, u pasa wisi dziwnie lekka sakiewka oraz dwa miecze. Nie są to jednak te wspaniałe klingi z baatoriańskiej zielonej stali, które wykuł dla mnie Fhjull. Mają drewniane, pozbawione laki, lecz nieprzypominające shirasaya pochwy, w których znajdują się kozuka, kogai oraz hashi, zaś ich rękojeści pokryte są białym bawełnianym oplotem, pod którym skryte są miedziane menuki.
Przekraczam próg karczmy. Siadam przy jednym ze stołów i czekam na kogoś, kto raczy spytać mnie o moje zamówienie. Barman podchodzi do mnie po około trzydziestu minutach. Do jedzenia biorę jedynie chleb, na pytanie o coś do picia odpowiadam jednym słowem: "Woda". Po kolejnej połowie godziny dostaję bochen razowca i potwornie brudny kufel wypełniony mętną wodą. Przechodzi mnie dreszcz. Ale czego się spodziewałem po takim miejscu?
Zjadam chleb, lecz cieczy z kufla nie tykam. Zauważam, że jakiś mężczyzna siedzący przy stole w rogu pomieszczenia przypatruje mi się natarczywie. Zostawiam na pokrytym warstwą brudu meblu kilka miedziaków i wychodzę.
Trafiłem do jakiegoś nieznanego mi miasta. Usiłuję znaleźć jakiś charakterystyczny obiekt, który umożliwiłby rozpoznanie, gdzie ja właściwie jestem, ale nie udaje mi się.
Gdy idę jedną z ciemnych, bocznych uliczek, drogę zastępuje mi jakiś człowiek. To mężczyzna z karczmy. Nie wiem, jakim cudem zdołał mnie zaskoczyć. Zaczynam się cofać, sięgając jednocześnie po miecze. Człowiek patrzy mi w oczy. Czuję, jak moja wola słabnie, aż w końcu łamie się i pęka. Jednak ostatkiem sił opieram się dominacji i jedynie zasypiam.

***

Budzę się zlany potem. Rozglądam się wokół siebie. Jestem chyba w jakimś sarkofagu, przywiązany do jego dna. Jest mi zimno. Zauważam, że nie mam przy sobie swoich mieczy. Mój niepokój wzrasta. Gdy osiąga już apogeum, wieko trumny odchyla się i widzę nad sobą twarz mężczyzny z karczmy. Teraz mogę przyjrzeć jej się dokładniej.
Skóra człowieka jest nienaturalnie blada, lecz jego rysy nadzwyczaj ostre i dzikie. Zupełnie białe włosy są długie i rozpuszczone, przez co prawie dotykają mojej twarzy. Obrazu dopełniają oczy o czerwonych tęczówkach i usta tej samej, jaskrawej barwy.
Mężczyzna uśmiecha się, odsłaniając zęby. Teraz nie mam już wątpliwości. To wampir.
- Nie musisz się mnie obawiać – mówi uspokajającym tonem, wzmacniając wrażenie magią psychologiczną – Nie chcę cię zabić.
Przejeżdża dłonią po mojej twarzy. Podobne do brzytw pazury o mało nie rozcinają skóry na niej. Odsuwa rękę i znowu się uśmiecha.
- Twa nieśmiertelna krew pomoże mi zmienić tą ohydną powłokę z powrotem w normalne ludzkie ciało. Nie masz się czego obawiać, nie skrzywdzę cię. Nie mogę stracić tak wspaniałej okazji.
Nagle przybliża do mnie swą bladą twarz. Przysysa mi się do szyi i ssie krew. Ledwo powstrzymuję się od krzyku, który na pewno nic by nie dał, a mógłby rozeźlić bestię.
- Nie jesteś głupi – na ustach wampira po skończonym posiłku nie widać ani kropli krwi – Wiesz sporo o moim rodzaju. Każda z moich dotychczasowych ofiar zawsze darła się wniebogłosy i wyrywała, nikt nie domyślił się, że rana po moim ugryzieniu natychmiast się zabliźni. Niegłupi z ciebie człowiek.
Uśmiecha się, po czym odsuwa i zamyka sarkofag. Zastanawiam się, co teraz robi siódemka moich znajomych. Może zrywają boki ze śmiechu? Czuję pulsowanie znamienia. Wiem, że z pomocą Tichondriusa mogę się uwolnić, ale nie ulegam pokusie. Zamiast tego modlę się na zmianę do Ilmatera, Torma i Tyra. Nie wiem, kiedy zasypiam.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.732
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Wiatr smagał mi twarz gdy stanąłem na wzgórzu przyglądając się nieznanemu miastu na które padały ostatnie promienie zachodzącego słońca. Moja opalona od przebywania w ciągłej podróży twarz uśmiechneła się czekając dłygo na porządny odpoczynek, przetarłem kurz z oczu i pogładziłem splątaną od potu blond czupryne. Ostatnia noc była ciężka, trzy dni polowałem na tego wilkołaka nękającego wieśniaków, w końcu trafiłem na jego legowisko. Pech chciał, że było to w noc pełni księżyca. Nie mogłem jednak ryzykować możliwości kolejnych ofiar, po męczącej walce zabiłem bestie. Nie miałem zbyt wielkich wątpliwości bowiem od lokalnej ludności dowiedziałem się, że stwór nawet w swej ludzkiej postaci był niegodziwcem. Nie tracąc dłużej czasu na zbęden rozmyślania ruszyłem przed siebie nim zapadną całkowite ciemności.
Gdy stałem przed pierwszą lepszą tawerną tylko pomarańczowa smuga na choryzoncie przypominała o dniu, który minął. Wstąpiłem do środka, a wewnątrz poczułem zapach pieczonego mięsa i usłyszałem radosne rozmowy gości. W tym momencie całe zmęczenie niemal znikneło. Spokojnie zająłem wolne miejsce i czekałem na dziewke służebną, dziwnie szybko mnie zauważyła i zbliżyła się.
-Czego sobie życzyz dobry panie ? - powiedziała uśmiechając się pięknie, odwzajemniłem uśmiech i odpowiedziałem
-Prosiłbym o kąpiel dobra pani, a także o posiłek w pokoju gdzie chciałbym spędzić dzisiejszą noc.
-Oczywiście, zaraz każe wszystko przygotować.
Szczerze dziękując wręczyłem jej do dłoni kilka srebrnych monet. Już po 15 minutach zostałem poproszony na tyły gospody. Zdjąłem z siebie cały ekwipunek i podróżne szaty i zanurzyłem się po szyje w staroświeckiej wannie podgrzewanej paleniskiem. Natychmiast umyłem twarz czując jak spływa ze mnie cały bród z podróży. Jeszcze jakiś moment cieszyłem się tą chwilą zapomnienia po czym umyłem dokładnie ciało i otulony w czyste szaty udałem się do mego pokoju. W środku czekało już na mnie jedzenie, a także woda o które poprosiłem. Gdy skończyłem jeść usłyszałem pukanie do drzwi, jakiś służący przyniósł mi mą zbroje i miecz. Podziękowałem serdecznie, ale nie mogłem mu zapłacić za trud bowiem sakiewka zrobiła się ostatnio bardzo lekka. Mały ogień wesoło trzaskał w kominku, a ja dokładnie polerowałem moją paladyńską zbroje z wyrytymi na pancerzu znakami Helma. Około północy oczy zaczeły mi się same zamykać więc ułożyłem się do tak oczekiwanego spoczynku.
Nie wiem ile mineło czasu odkąd zasnąłem, ale gdy nagle otworzyłem oczy księżyc był już wysoko, a jego światło wpadało przez okno oświetlając drewnianą podłoge. Przetarłem oczy i siedząc spojrzałem przed siebi. Oniemiałem, wiedziałem już czemu nagle przerwałem sen. Przede mną stała świetlista postać rycerza w wspaniałej zbroi i z hełmem zakrywającym dokładnie twarz, drżacym głosem wyszeptałem:
-T...T...Tyr
Boska postać wskazała mi zbroje i miecz, a następnie drzwi po czym rozmyła się w powietrzu. Nie miałem wątpliwości, ubrałem mój cały rynsztunek i wybiegłem z tawerny mijając resztki zaskoczonych mym pośpiechem gości. Wypadłem na brukowaną uliczke, noc była ciepła i ktoś przechodził niedaleko słabo świecącej latarni. Ujżałem znikającą w zaułku świetlistą postać i natychmiast tam ruszyłem. W ciasnej uliczce między domami znowu stanął przede mną Tyr w całym swym majestacie i bijącą od niego mocą oraz uczuciem nieskazitelnego dobra. Padłem na kolana, ale postać boga gestem kazała mi wstać co też uczyniłem wciąż chyląc głowe. Wtedy przemówił, czystym i szlachetnym głosem, który przebił by się nad gwarem całego tłumu, ale w tym momencie był słyszalny tylko dla mnie.
-Sługo dobra, paladynie. Wysluchaj pana swego Tyra, wysłuchaj go mimo, że wielbisz Helma i jemu zdecydowałeś się służyć.
-Panie mój, jestem paladynem, należe zarówno do Helma jak i ciebie wielki i sprawiedliwy Tyrze, rozkazuj.
-Dobrze znasz powinności paladynów, sługo dobra, słuchaj więc uważnie. Tej nocy usłyszalem modlitwe, błagalny krzyk umęczonej istoty, której życie i bezpieczeństwo jest niezwykle ważne. Idź prowadzony moją mocą, idź a znajdziesz go i uratuj ze szponów zła z ktorym walczysz; jeśli tego zechce służ mu także, jeśli nie odejdź i pozostaw go samemu sobie.
-Tak, panie mój, w imie Helma i Tyra, którzy nas zawsze prowadzą.
Postać boga znikneła ponownie, ale na jego miejscu pojawił się sokół. Wzbił się w powietrze, a ja popędziłem za nim. Biegłem jakiś czas i nie zwracałem uwagi na nic innego prócz sokoła. W końcu obniżył swój lot nad cmentarzyskiem. Niespokojny wkroczyłem pomiędzy grobowce, a ptak usiadł na jednej z krypt. Przełknąłem śline i chwyciłem za rękojeść miecza.
Przystanąłem i uspokoiłem oddech. Z zamkniętymi oczyma, wyszeptałem kilka słów po czym już głośniej rzekłem:
-Panie mój Helmie, chroń mnie - złota poświata błogosławieństwa Helma otoczyła me ciało.
Naparłem na drzwi krypty, a te ustąpiły dość łatwo. Dalszy korytarz schodził gdzieś do podziemi, a ja prowadzony mocą Helma i błogosławieństwm Tyra straciłem resztki zwodniczego strachu.
W podziemiach panowała duszność i czuć było stęchlizne, jednak parłem wciąż na przód mijając jakieś boczne przejścia, czując podświadomie zło w powietrzu. Mój miecz był już wyciągnięty przede mną, a mała poświata wokół mnie była jedynym źródłem światła w nieprzeniknionej ciemności. Nadepnąłem na coś, być może kość i po korytarzu przetoczył się głuchy trzask. Na moment strach wrócił do mego serca, ale po chwili znowu zaufałem mocy bogów jaka mnie prowadziła. Miecz rozjażył się na błękitny kolor dając mi jeszcze troche większe pole widzenia. Ustałem i wpatrywałem się w ciemności przed sobą. Coś przebiegło daleko w korytarzu do innego pomieszczenia.
-Helmie chroń mnie... - wyszeptałem i dodałem - Tyrze, prowadź me ostrze.
Wtem z pod sufitu skoczył ku mnie stwór, a gdy przyszpilił mnie do ściany nie miałem wątpliwości iż był to wampiry. Obnażył swoje kły, ale zacisnąłem z wysiłku zęby i kopnąłem mocno odrzucając go. Wampir poleciał na ściane, lecz miałem wrażnie, że sam ze mnie zeskoczył, błogosławieństwo Helma dało o sobie znać, jego skóra była osmalona i popalona. Machnął dziko opazurzoną łapą chcą odpędzić to światło, ale tylko połamał sobie szpony na mojej płytowej zbroi. Zanim zdołał wycofać się w cień krzyknąłem:
-Na Helma, giń !!
Po czym zadałem śmiertelny cios rozłupując czaszke nieumarłego. Po ciosie tym jego ciało zgniło, a dusza opuściła od dawna martwą powłoke fizyczną i znikneła. Oetchnąłem z ulgą, ale wciąż pchany na przód wolą Tyra ruszyłem do pomieszczenia na końcu korytarza. Znalazłem tam sarkofag z ciężką kamienną płytą. Używając całej siły zrzuciłem ją, i zajrzałem uradowany do środka widząc, że mężczyzna żyje.
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część MG:


Revan:
Znaleziony w sarkofagu mężczyzna żyje, lecz najwyraźniej niedawno pełnił rolę wampirzego posiłku – jest bardzo osłabiony upływem krwi. Ani kilkukrotne spoliczkowanie, ani proste kapłańskie zaklęcie nie przywracają mu przytomności. W takiej sytuacji postanawiasz odnieść go do gospody, wcześniej przeszukawszy dokładnie kryptę.
Wampir zginął, więc nie masz się raczej czego obawiać. Grobowiec jest dość sporych rozmiarów, lecz nie ma w nim żadnych skarbów. Dopiero w pustej trumnie zabitej bestii odnajdujesz kilkanaście złotych monet oraz piękny sztylet pokryty elfickimi runami, którego jednak nie potrafisz zidentyfikować.
Nagle wyczuwasz za swoimi plecami ruch. Obracasz się akurat, by zobaczyć skaczącego ku tobie olbrzymiego pająka. Ledwo zdążasz zadać cios mieczem, dosłownie rozcinając potwora na pół. Zielona posoka obryzguje ci twarz, jednak żyjesz i to jest ważne. Niemniej stwierdzasz, że chyba lepiej wynosić się już stąd.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Megane Kobieta
"Rōnin
Rōnin

Wiek: 30
Dni na forum: 4.708
Posty: 518
Otworzyłam drzwi tawerny "Pod Miedzianym Diademem' z hukiem. Oczy najbliżej siedzących spoczęły na mą postać okrytą ciemnym płaszczem. Zmęczonym ruchem odgarnęłam z głowy kaptur. Moje długie, elfie miadziane włosy opadły lekko na zgrabne ramiona. Poczuwszy odór tego miejsca zawahałam się czy wchodzić, jednakże perspektywa spędzenia jednej nocy w cieple, po tak długiej podróży jaką przebyłam przeważyła.
- Spokój Blank - szepnęłam niemal bezgłośnie do pięknego, białego wilka stojącego u mego boku. Schowawszy swą katanę do pochwy i poprawiwszy łuk ruszyłam w głąb tawerny.
- Musimy w końcu odnaleźć Solace, pamiętaj, drowy już dłużej nie będą chodziły bezkarnie po naszej ziemi - powiedziałam, a me brązowe oczy błysnęły nienawiścią. Wilk jakby rozumiejąc każde słowo, dostojnym krokiem podążył za mna, nie zwracająć uwagi na siedzących w tawernie.
Łasiczka Kobieta
"Rōnin
Rōnin
Łasiczka
Wiek: 32
Dni na forum: 4.737
Posty: 419
Skąd: Pszczyna
Głupota ludzi już nie raz mnie zadziwiała. Mogę zrozumieć, że Ork nie potrafi zbyt dobrze mówić, potrafię pojąć nienawiść drowow do mej rasy, mogę nawet usiłować wczuć się w idiotyczne goblińskie wybryki, ale ludzie zawsze mnie zdumiewali. Nie znałam ich wielu, bo życie w Gaju temu nie sprzyjało, ale wszyscy oni byli pod jakimś względem głupcami...
Gdy powróciwszy z dłuższej wyprawy szkoleniowej, jaką odbyłam pod okiem mego Opiekuna cernda, od razu zauważyłam, że w Gaju wydarzyło się coś niepokojącego. Natura była niespokojna. I oczywiście jak się okazało jakiś 'bystry' mag ludzki, w ramach swego nowego eksperymentu postanowił zatruć Wielki Dąb. Nikt nie wiedział kiedy i jak, ani tym bardziej czy może kryje się za tym coś więcej. Jednakże sytuacja była wyjątkowo poważna, śmierć Wielkiego Dębu równała się smierci okolicznej Natury, a na to bynajmniej nie mogłam pozwolić.
Mimo sprzeciwu mego Opiekuna zgłosiłam się na ochotnika do wyruszenia w poszukiwania owego maga. Cernd twierdził, że jestem jeszcze zbyt młoda i zbyt mało doświadczona w magii, aby móc wyruszyć w taką wyprawę. Co prawda to prawda, niedużo świata jak dotychczas widziałam, niewiele ras i ich kultur poznałam, a moje czary były jeszcze bardzo słabe. Jednakże taka wyprawa była nieżłym pretekstem do rozpoczęcia poszukiwań Tary. Juz od wielu miesięcy nad tym myślałam i teraz postanowiłam myślenie wcielić w życie. Odszukanie Tary było właściwie jedynym celem jaki dotychczas miałam w życiu. Nie pamiętam jej zbyt wyraźnie, nawet wydarzenia tamtego parszywego dnia są zamazane w mej pamięci...
Teraz wkraczając w bramy obcego mi miasta, kierując się jedynie intuicją w swych poszukiwaniach, czułam się nieco zagubiona...
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część MG:


Tara:
Postanawiasz przed snem napić się troszkę. Okazuje się, że choć gospoda jest obskurna, to trunki mają tu niezłe. Barman stawia przed Tobą butelkę najlepszego wina, jednocześnie drugą ręką zbierając rzucone przez Ciebie na stół srebrne monety. Odkorkowujesz i pijesz. Wytrawne, pochodzące z okolic Waterdeep, jedenastoletnie. Tak, jedenaście lat temu był naprawdę dobry rok. Dla win.
Szybko opróżniasz butelkę, zamawiasz kolejną, która równie szybko staje się pusta. Podobnie jak następne trzy. Jednak nie jesteś pijana. Masz prawie całkowity immunitet na alkohol.
Jakiś pijaczyna zaczyna się do Ciebie przysuwać, lecz go ignorujesz. Przynajmniej do czasu, gdy kładzie Ci łapę na kolanie. Uderzasz go zaciśniętą pięścią w twarz. Mężczyzna pada na podłogę, lecz zanim jej dotyka, Blank rozrywa mu gardło. Nikt nie zwraca na to uwagi.
Zamawiasz trochę pieczystego dla siebie i wilka. Dobre wino się skończyło, zostało podłe, więc dorzucasz jeszcze miód pitny. Oczekując na realizację zamówienia, myślisz o Solace. Czujesz, że jest gdzieś w tym mieście.

Solace:
Kierujesz się ku małemu mieszkanku należącemu do Cernda. Twój opiekun pozwolił Ci spędzić w nim czas pobytu w mieście. Po drodze natykasz się kilka razy na szajki bandytów, jednak tylko w jednym przypadku 'Migoczące barwy' nie odstraszają napastników i jesteś zmuszona przyjąć swą likantropiczną postać, co naturalnie wywołuje wśród nich niemałą panikę.
Gdy kładziesz się na twardym łożu, jedynym meblu w surowym mieszkaniu druida, myślisz o Tarze. Czujesz, że jest gdzieś w tym mieście. Przyrzekasz sobie, że ją odnajdziesz.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.732
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Wziąłem nieprzytomnego mężczyzne na plecy, nie był on zbyt ciężki, ale biorąc pod uwage, że miałem na sobie jeszcze zbroje płytową, a przy boku miecz oburęczny, więc nie było mi lekko. Szybko biegłem przed siebie aby jak najprędzej opuścić te mroczne katakumby, droga na powierzchnie wiodła cały czas prosto więc nie miałem problemu z dość szybkim przemieżaniem jej w tych gęstych ciemnościach. Kiedy wreszcie poczułem na twarzy orzeźwiający powiew wiatru odetchnąłem z ulgą mimo, że atmosfera na cmentarzu na pewno [ ort! ] temu nie sprzyjała dla wielu ludzi. Po pojedynku z wampirem, a potem olbrzymim pająkiem miejsce to wydawało się mało przerażające. Spojrzałem na księżyc wspaniale świecący pomiędzy chmurami i natychmiast przypomniałem sobie co teraz jest najważniejsze. Życie tego mężczyzny. Czym prędzej minąłem kilka grobowców i popędziłem do głównej bramy. Jakieś 10 minut później mijałem już latarnie na jednej z ulic miasta, czas działał na moją niekorzyść, nie wiedziałem ile jeszcze ofiara wampira wytrzyma; jednego mogłem chyba być pewien, jego krew służyła za pokarm dla nieumarłego więc nie został przemieniony w jednego z tych krwiopijców... Chyba. Świątynia Talosa, nie było czasu szukać jakiejś świątyni Helma czy Tyra więc wybrałem tą jako, że była najbliższa. Przez dwie minuty waliłem pięścią w wielkie, pięknie zdobione drzwi aż jakiś poirytowany kapłan mi otworzył. Był niezbyt chętny do pomocy, ale kiedy dowiedział się iż jest to ofiara wampira zgodził się działać. Kazał mi położyć mężczyzne na jakimś kamiennym ołtarzu po czym wrócił zaraz z dwoma innymi kapłanami. Powiadomil mnie, że cały rytuał odratowania człowieka może potrwać do rana. Wręczyłem im więc jeszcze tajemniczy sztylet i zapłaciłem kilka sztuk złota mając nadzieje, że dzięki swym zaklęciom zidentyfikują ostrze. Sam udałem się do gospody jeszcze na krótki odpoczynek. Wrócę rano aby sprawdzić co z mężczyzną i zaproponować mu swoje usługi i ochrone jak nakazał mi sam Tyr.
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część MG:


Revan:
Budzisz się jeszcze przed wschodem słońca. Schodzisz z mieszczącego wynajmowane pokoje piętra na parter. Cała sala zapełniona jest śpiącymi pijakami. Nawet barman leży na podłodze obok dziewki służebnej, głośno pochrapując. Kręcisz głową i wychodzisz.
Nie masz na sobie swej ciężkiej zbroi, a przy pasie znajduje się jedynie mizerykordia, lecz widniejący pośrodku Twej klatki piersiowej symbol Helma powstrzymuje potencjalnych napastników, chciwie patrzących na Twą wypchaną sakiewkę. Z helmitami lepiej nie zadzierać.
Gdy docierasz do świątyni Talosa, jest już jasno. Kapłani niezbyt przychylnie witają Ciebie – innowiercę, większą uwagę poświęcając pobrzękującemu u Twojego pasa trzosikowi. Jesteś pewien, że szukają sposobu, jak wydobyć od Ciebie pieniądze.
W końcu trafiasz przed oblicze poznanego poprzedniego dnia kapłana. Teraz masz okazję przyjrzeć się mu dokładniej. To nie byle kto – bardzo bogata szata wskazuje na przynależność do Wysokiej Rady Świątynnej. Twarz ma surową i, jak przystało na wyznawcę Talosa, chmurną. Na Twoje uprzejme powitanie odpowiada skinieniem głowy.
Bez zbędnych ceregieli przechodzi do interesów. Informuje Cię, że wyssany przez wampira mężczyzna nie odzyskał jeszcze przytomności, lecz dochodzi już do siebie. Zaś co do przyniesionego sztyletu, to identyfikacja się powiodła, przynosząc bardzo ciekawe rezultaty. Niestety, dodaje z chytrym uśmieszkiem, zaklęcia kosztowały trochę więcej niż oczekiwano, więc będziesz musiał dopłacić parę monet.
Bez słowa wręczasz kapłanowi pieniądze, on zaś wyjmuje z połów szaty zidentyfikowaną broń i podaje Ci ją. Wyjaśnia, że sztylet obłożono bardzo silnymi zaklęciami zatruwającymi i przebijającymi, z czego można wywnioskować, że został zaprojektowany do skrytobójstwa.
Najciekawsze są jednak runy zdobiące klingę i rękojeść. Zgodnie z Twoimi przypuszczeniami, jest to pismo elfów, jednak nie wysokich, leśnych, szarych, wodnych ani dzikich, lecz mrocznych. Drowów.
Część z nich to po prostu magiczne inskrypcje utrzymujące zaklęcia, którymi obłożono broń, lecz niektóre są inne. Niestety, nikt ze świątyni nie potrafi ich w pełni zrozumieć. Przetłumaczono jedynie dwa wyrażenia: 'arystokratyczny kot' oraz 'odwrócona dłoń'. Żaden z kapłanów nie ma jednak pojęcia, co mogą one oznaczać.
Gdy przemowa o sztylecie się kończy, pytasz o znalezionego w wampirzej krypcie mężczyznę. Dowiadujesz się, że został już prawie całkowicie uleczony ze skutków wyssania. Nie obudził się jeszcze, jednak jest to już kwestia najwyżej godziny.
Usłyszawszy dobre wieści, postanawiasz zostać w świątyni do czasu odzyskania przytomności przez uratowanego człowieka. Czas zabijasz przeglądaniem bogatej oferty kapłanów-kupców, co ich oczywiście niezmiernie cieszy.



Część gracza:


Budzę się spokojnie, powoli przechodząc ze snu w rzeczywistość. Leżę na soczystozielonej trawie, gdzieniegdzie przeplatanej jakimiś kwiatami. Jest mi ciepło.
Wstaję. O me ciało uderza lekki wiatr. Przyjemnie smaga mą skórę, ochładzając mnie trochę, jednak nie jest mi zimno.
Idę przed siebie miarowym krokiem. Czuję się szczęśliwy, wszystko wokół jest piękne i dobre, a problemy zostały gdzieś daleko.
Poczucie szczęścia rośnie, dołącza do niego radość. Pod wpływem jej nagłego impulsu zaczynam biec przed siebie, chłonąc cudowną aurę tego miejsca. Nie wiem, kiedy zaczynam się głośno śmiać. Pierwszy raz od kilkunastu lat.
Potykam się i przewracam, padając na trawę. Nawet nie próbuję się podnieść. W życiu nie czułem się lepiej.
- Jak ci się tu podoba? – znajomy głos wyrywa mnie z otępienia. Wstaję i dostrzegam niewiele ode mnie oddalonego Yoela. Siedzi na brzegu wartkiego strumienia, zanurzywszy stopy w jego szybkim nurcie.
Podchodzę bliżej. Siadam obok mężczyzny i również zanurzam stopy w wodzie. Jest zimna, jednak to zimno jest dla mnie, rozgrzanego ciepłym powietrzem, bardzo przyjemne.
- Mógłbym tu zostać na zawsze – mówię, westchnąwszy – Co to w ogóle za miejsce?
- Nigdy nie było ci dane zaznać prawdziwego szczęścia – Kapłan Światłości spogląda przed siebie pustym wzrokiem – więc zabrałem cię do mojej prywatnej sfery.
- Masz własną sferę? – pytam zdumiony.
- Tak. Nie jest jednak zbyt duża. To zlepek maleńkich wycinków różnych sfer dobra, nie schodzący ani w stronę praworządności, ani chaosu. Dlatego dobrze czują się tu wszystkie dobre istoty, w tym wszyscy niebianie.
- Niebianie?! – jestem coraz bardziej zdziwiony.
- Tak – odpowiada spokojnie – Wszyscy. Archoni, guardinale, eladrini, devy, planetarzy, solarzy, lunarzy...
- Gdzie oni są? Nie dostrzegłem żadnego z nich.
- Poprosiłem ich, aby na czas twojej wizyty odeszli.
- Dlaczego?
- Twoja esencja jest połączona z esencją Tichondriusa, dlatego bije od ciebie wyczuwalne zło. O ile większość niebian najpierw myśli, a potem atakuje, zdarzają się wyjątki. Zwłaszcza wśród eladrinów.
Milknie. Cisza, która zapada, sprzyja myśleniu.
- Ale po co właściwie mnie tu sprowadziłeś? – pytam w końcu.
- Pierwszy powód już znasz – uśmiecha się – Chciałem sprawić ci przyjemność. Drugi związany jest z twoją... hmm... 'wizytą' u pewnego wampira...
- Czemu mnie nie uratowaliście z jego szponów? – pytam z wyrzutem.
- Nie zapominaj – odpowiada poważnym tonem – że Siedmiu to bractwo tajne, powołane do walki z Tichondriusem, a nie z podrzędnymi wampirami. To naruszyłoby zarówno naszą konspirację, jak i być może równowagę panującą na Torilu.
- Ale, jeśli się nie mylę, odgrywam dość znaczącą rolę w waszej wojnie z Nieczystym. Czemu w takim razie nie uchroniliście mnie przed pojmaniem przez nieumarłego?
- Po pierwsze – znowu się uśmiecha – nie chcieliśmy, abyś się nudził. No, nie patrz tak na mnie, po prostu dzięki tej przygodzie nabrałeś trochę doświadczenia. Po drugie, nasza ingerencja była zupełnie niepotrzebna.
- Niedawno – kontynuuje, widząc zdziwienie na mej twarzy – grałem w brydża. Ja i Ilmater kontra Tyr i Torm...
- Znasz ich osobiście?! – znów jestem zdumiony.
- Tak – mówi z uśmiechem – To moi dobrzy znajomi. Wracając jednak do tematu, ja i Ilmater wygraliśmy. Jako że nic nie znaczą dla nas pieniądze, w ramach nagrody mogliśmy poprosić o przysługę. Była nią pomoc dla ciebie.
Przerywa, z satysfakcją oglądając moje coraz większe zdziwienie.
- Tak się akurat złożyło – kontynuuje po chwili – że w mieście, blisko którego się znajdowałeś, przebywał pewien paladyn. Co prawda helmita, jednak ważne, że paladyn. Tyr objawił się mu i nakazał interweniować w twojej sprawie. Rycerz zabił wampira, ciebie zaś uwolnił i zaniósł do świątyni Talosa.
- Czyli przebudzę się już daleko od krypty krwiopijcy?
- Zgadza się. Teraz twoje ciało jest leczone ze skutków wyssania. Uzdrawianie już się kończy, trwało całą noc. Kapłani i paladyn oczekują odzyskania przez ciebie przytomności w każdej chwili.
Nagle zdaję sobie sprawę, że już wkrótce będę musiał opuścić tę piękną sferę. Rozglądam się ze smutkiem, a gdy znów patrzę na Yoela, między jego wyciągniętymi dłońmi błyszczy intensywnie kula białego światła.
- Tyr dorzucił jeszcze coś gratis – mówi, wpatrując się w światło – Docenia twe dobro i praworządność, więc nakazał paladynowi ci służyć.
- Nie chcę mieć z niego sługi. To ja winien mu jestem służbę, gdyż uratował mi życie.
Kapłan Światłości wzrusza ramionami.
- Jeśli chcesz, odpraw go. Jeśli chcesz, pozwól mu ze sobą podróżować. Możesz sam zdecydować, w jakiej roli. Pamiętaj, że kroczy tą samą ścieżką, co ty: ścieżką dobra i praworządności.
Podnosi się i wstaje, po czym wyrzuca przed siebie ukształtowaną starannie kulę, która uderza we mnie. Na chwilę wszystko wokół eksploduje oślepiającym światłem, lecz po paru sekundach zapadam w miękką ciemność.

***

Budzę się z jękiem na kamiennym ołtarzu. Po obydwu jego stronach klęczą kapłani w ciemnych szatach. Co pewien czas któryś z nich rzuca na mnie zaklęcie leczące.
Z początku nie jestem w stanie się podnieść, jednak po kilku 'Uzdrowieniach', 'Przywróceniach' i 'Cudach' czuję się znacznie lepiej. Przesuwam się na brzeg ołtarza i zmieniam postawę, siadając na nim.
Dopiero wtedy kapłani zauważają, że odzyskałem przytomność. Jak jeden mąż rzucają się do jedynych znajdujących się w sali drzwi, zapewne po to, by powiadomić kogoś wyższego rangą o moim przebudzeniu.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Łasiczka Kobieta
"Rōnin
Rōnin
Łasiczka
Wiek: 32
Dni na forum: 4.737
Posty: 419
Skąd: Pszczyna
Stoję na krawędzi skały z zachwytem spoglądając na jezioro kwasu, jakie rozpościera się u mych stóp. Jego blask rozświetla całą ogromną jaskinię w jakiej się znalazłam. Odrywając wzrok od zielonych baniek, tworzących się na powierzchni śmiercionośnej cieczy, rozglądam się. Dopiero teraz dociera do mnie że jestem kompletnie bezbronna, wystawiona na groty strzał. Rośnie we mnie paniczny niepokój, gdy pod sufitem, na kilku występach skalnych zauważam czające się atramentowo skóre poastacie.
- Drowy...? - tak to drowy, które teraz wychodzą zewsząd kierując się w moją stronę. Ich czerwone tęczówki wpatrują się we mnie z nienawistnym błyskiem. NIe wiedząc co robić, stoję sparaliżowana...

* * *

Z hukiem zlatuję z łóżka.
- O do diaska! - zaklęłam pod nosem, łapiąc się za głowę, która nieopatrznie spotkała się z podłogą. - Co za parszywy sen - krzywię się z niesmakiem. Czuję jak boli mnie cały bark, łózko Cernda nie należy do najwygodniejszych. Wstaję powoli. Masując obolałe mieśnie wyglądam za okno - nie przespałam więcej jak jakąś godzinę. Zabieram swój kij i sakiewkę z postanowieniem pójścia do tawerny. Przyda się przekąsić coś ciepłego.
Jestem mieście dopiero kilka godzin, ale już zaczyna mnie denerwować jego zgrzyt. Ogromny zgrzyt znieczulający na szept Natury. Idąc, a właściwie przepychając się przez ulicę, zastanawiam się jak właściwie mam odnaleźć Tarę w tym ogromnym świecie. Wiem, jakimś cudem wiem, że ona gdzieś tu jest. Tylko jak odnaleźć jakiś jej ślad...?
Wchodząc do obskurnej tawerny, krzywię się na widok spitych ludzi i krasnoludów i dusznej atmosfery jaka tu panuje. Podchodzę do barmana zamawiając nieco mięsa i jakieś wino. Czekając na zrealizowanie mojego zamówienia, rozglądam się po sali. Mój wzrok łapie dziewczyna pochylająca się nad kolejną butelką wina. Ma miedziane długie włosy, a jej przenikliwe oczy mierzą mnie na wylot. Niemożliwe. Wręcz nieprawdopodobne. Na jej przedramieniu widzę srebrną srebrną obrączkę. Odruchowo spoglądam na swoją - są takie same.
- Tara... - szeptam, kierując się w jej stronę. - Na wszystkich Bogów, to ty! - przyciskam ją mocno do siebie, jakby bojąc się, że to tylko kolejny sen.
Siedzimy w tawernie niemal calą noc, rozmawiając. Później gdy zmęczenie daje nam się we znaki, kierujemy się ku domowi Cernda, aby odpocząć.
Megane Kobieta
"Rōnin
Rōnin

Wiek: 30
Dni na forum: 4.708
Posty: 518
Po pierwszej, przespanej w końcu w ciepłym łożu, nocy razem z Blankiem udaliśmy się na śniadanie w dół tawerny. Speluna nawet za dnia była mroczna i nieprzyjemna. Odrzucała mnie swym zapachem, wyglądem, a zwłaszcza towarzystwem, które u niej witało. Usiadłam tuż przy barze i zamówiłąm dla nas trochę jadła. Z rana nigdy nie jem wiele. Blank pokornie przysiadł tuż koło mnie. W spokoju spożywałam posiłek, gdy do tawerny wkroczył następny gość. Mimowolnie odwróciłam się w stronę wejścia. Coś mnie tknęło aby to uczynić. Osoba była okryta płaszczem... Cóż nic nadzwyczajnego w tych okolicach. Jednak, zdjąwszy kaptur z głowy, okazała swą prawdziwą postać. Długie blond włosy i błękitne oczy, tak znajome, tak... Retrospekcje z czasów dzieciństwa na nowo zagościły w mej głowie. Przymróżyłam oczy i patrzyłam się w piękną twarz elfki. To.. To niemożliwe! A jednak to musi być ona - pomyślałam spoglądając na srebrną obręcz na jej przedramieniu. Zerwałam się z krzesła. W tym samym momencie ona szybkim krokiem podeszła do mnie. Rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Po raz pierwszy od tak wielu lat uraniłam łzy...
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część MG:


Tara i Solace:
Prawie całą noc przesiadujecie w tawernie, rozmawiając ze sobą o swych przeżyciach po rozstaniu. Różnicie się znacznie od siebie, inne wartości są dla Was ważne i inne sposoby postępowania uznajecie. Jednak nie przeszkadza Wam to. Wszelkie Wasze odmienności przyćmiewa radość ze spotkania.
Kiedy zmęczenie daje się Wam we znaki, Solace proponuje udanie się do jej mieszkania i przespanie w nim reszty nocy. Tara zgadza się na to, więc opuszczacie karczmę i wkraczacie w gęsty mrok zalegający ulice.
Idziecie, rozmawiając głośno. Żaden z mijanych złodziei nie podejmuje nawet najmniejszego ruchu w Waszym kierunku. Furia Niebios i Blank wzbudzają szacunek.
Gdy znajdujecie się na opustoszałym placyku na brzegu slumsów, z cienia przed Wami wychodzą trzy postaci w ciemnych szatach. Rozglądacie się. Z uliczek po Waszych bokach i za Waszymi plecami wkraczają na placyk kolejni ludzie. W ich dłoniach błyszczą sztylety i sejmitary.
Na umówiony sygnał rzucacie się do walki. Tara wyszarpniętym gwałtownie z pochwy mieczem zabija jednym ciosem dwóch humanoidów, Blank rzuca się trzeciemu do gardła. Tymczasem Solace, przybrawszy postać łasicołaka, powala na ziemię kolejnych dwóch i atakuje trzeciego. Z nim jednak jest już trudniej.
Człowiek w czarnej szacie wykonuje kilka gestów rękoma, a druidka zostaje od niego gwałtownie odrzucona. Mężczyzna szykuje się już do zadania ostatecznego ciosu przy pomocy zaklęcia 'Błyskawicy', jednak w tej chwili traci głowę po szybkim cięciu Furii Niebios.
Widząc śmierć swego przywódcy, napastnicy pierzchają w popłochu. Nie gonicie ich, gdyż uważacie to za zbyteczne.
Solace przyjmuje swą normalną postać i podchodzi do bezgłowego, broczącego krwią z przeciętej szyi trupa. Klęka koło niego i przez pewien czas dokładnie go ogląda.
- To yuan-ti – mówi po chwili – Przeklęty wężoczłowiek.
- Czego oni mogli od nas chcieć? – zastanawia się Tara.
- Nie wiem, ale to może być odpowiedzią – druidka podnosi do góry znaleziony przy ciele sztylet. Tara zbliża się i ogląda jego rękojeść i klingę. Momentalnie poznaje, jakim pismem są pokryte. Pismem drowów.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.732
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Oferta u kapłanów Talosa była naprawde wielka i imponująca, prócz różnych zwojów ochronnych, tajemniczych przedmiotów i artefaktów o małej sile posiadali także imponującą liczbe eliksirów. Zdecydowałem się na zakup małej, niebieskiej buteleczki zawierającej magiczny eliksir zdrowia uśmieżający ból i leczący powierzchowne rany. Przyglądałem mu się jakiś czas po czym schował pod szate i zająłem się sztyletem. Sztylet prawdopodobnie skrytobójców z runami Drowów... Mroczne elfy to doskonali zabójcy, to wiem na pewno [ ort! ], ale jeśli ta broń pochodzi z Podmroku to nie powinienem jej wystawiać na światło dnia, który trwał już od jakiegoś czasu.
Cała wiedza jaką nabyłem w siedzibie mojego zakonu zaczeła wirować mi w głowie, co mogły oznaczać te znaki ? 'Arystokratyczny kot' i 'odwrócona dłoń' ? Czy to znaki jakichś nieznanych bóstw, a może jakichś Domów zajmujących nieznaną mi pozycje w drowiej hierarchi społecznej ? Nie wiem, ale w sumie czy to jest ważne ?? Wampir w jakiś sposób pewnie zdobył sztylet i czując, że posiada on pewne właściwości zatrzymał go dla siebie. Nagle jednak zupełnie zapomniałem o całej sprawie gdy jeden z kapłanów oznajmił iż przyniesiony przeze mnie mężczyzna odzyskał przytomność. Czym prędzej udałem się do niego i ujżałem iż rzeczywiście jest znowu w pełni świadomości. Podziękowałem kapłanom za pomoc i wręczyłem jeszcze symboliczną sume za co wcale nie byli wdzięczni co było widać po ich minach.
Mężczyzna milczał gdy szliśmy ku wyjściu jakby miał do przemyślenia jakąś sprawe, coś co wydarzyło się przed chwilą, a przecież był nieprzytomny od przynajmniej dwóch dni.
Kapłan z Wysokiej Rady Świątynnej widząc oddalającą się dwójke skinął głową w kierunku ciemnego kąta. Nagle ku przerażeniu i zaskoczeniu paru innych obecnych w sali wyznawców Talosa z cienia wyłonił się człowiek. Nosił obcisły, szaro-czarny strój, a ramiona i głowe zakrywał szkarłatnym kapturem skutecznie ukrywającym jego tożsamość. Wysoki kapłan rzekł tonem w którym było słychać powage i w pewnym sensie uczucie wyższości:
-Mam nadzieje, że Złodzieje Cienia zasłógują na swoją reputacje, paladyn nas nie obchodzi, ale o tym drugim człowieku masz się dowiedzieć jak najwięcej.
-Spokojna głowa - spod kaptura dobiegł głos wypełniony spokojem i nutką ironi - w śledzeniu jestem najlepszy w tym mieście... Także w skrytobójstwie, ale skoro nie mam go zabijać tylko śledzić to jasna sprawa, wy płacicie.
Złodziej cienia pobiegł gdzieś znikając za kolumną. Wysoki kapłan wciąż myślał o potędze ukrytej w mężczyźnie, potędze, której do końca nie rozumiał, ale, której pragnął ku chwale Talosa i... własnej.

***

Podczas, krótkiej przechadzki ulicami dowiedziałem, się paru drobnych rzeczy o Xanie. Chyba był niezby chętny bym mu służył, ale wciąż nalegałem. W końcu udało mi się go przekonać, ale uznał, że moge kierować się własną wolą. Zadowolony zaprowadziłem go do tawerny, w której się zatrzymałem, zaproponowałem, że wyruszymy dopiero jutro ponieważ powinien wypocząć. Postanowiłem także, że skoro mamy być towarzyszami w podróży powinniśmy poznać się lepiej. Przy odrobinie jadła i napoji opowiedziałem swoją historie i pare przygód, które przeżyłem. Potem czekałem jakiś czas aż Xan przemyśli swoje życie i czy zdecyduje się otworzyć przede mną...
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część gracza:


Mojego wybawiciela poznałem zaraz po przebudzeniu. To sympatyczny, młody paladyn, pełen bezgranicznej wiary w szczytne ideały. Mimo że jest helmitą, bliżej mu moim zdaniem do wyznawców Tyra i Torma, a nawet Ilmatera. Chociaż kocha praworządność, większym uczuciem wydaje się darzyć dobro. Jednak jego wiara i wyznanie to raczej nie moja sprawa.
Czuje obowiązek służenia mi. Nie jestem z tego zbytnio zadowolony, przecież to on uratował mnie, a nie ja jego. Jednak po długich namowach zgodziłem się, byśmy podróżowali razem, z zastrzeżeniem, że nie ma być moim niewolnikiem.
Zaprowadził mnie do tawerny, w której wynajął pokój. Zaproponował, żebyśmy wyruszyli dopiero następnego dnia, gdyż z pewnością jestem jeszcze poważnie osłabiony. Zgodziłem się na to, gdyż miał sporo racji, po czym usiedliśmy przy jednym ze stołów. Zamówił trochę jadła i napoju, po czym stwierdził, że powinniśmy się chociaż trochę poznać.
Przez następne godziny opowiadał tylko i wyłącznie o sobie, o swoich mężnych czynach i wielkich zwycięstwach. Jednak nie można było zarzucić mu braku skromności, gdyż każdy triumf przypisywał swemu bogu. Lubię takich ludzi.
Teraz, gdy skończył, przyszła kolej na mnie. Przez chwilę zastanawiam się, ile mogę mu powiedzieć, w końcu przedstawiam się jako człowiek pracujący z głodu jako najemnik. Jest szczerze zdziwiony, jednak nie ma co mu się dziwić. Po rozmowie z Tyrem spodziewał się na pewno spotkania z podobnym jemu prawym rycerzem-idealistą. Chyba troszkę się zawiódł.
Cała moja autobiografia trwa najwyżej dziesięć minut. Po jej zakończeniu Revan, bo tak ma na imię paladyn, wynajmuje drugi pokój, abym i ja miał gdzie spać i odpoczywać, po czym idziemy na piętro.
Na górze kierujemy się ku naszym komnatom. Moja jest bliżej schodów, więc prędzej podchodzę do jej drzwi i je otwieram. Gdy chcę już wejść, kątem oka zauważam, że mój towarzysz skończył już mocowanie się z zamkiem i popycha właśnie wierzeje swojego pokoju. W tym samym momencie odlatuje od nich, lądując na barierce.
Rzucam się w jego kierunku. Wyczuwam wielką moc zła, która przemieszcza się wewnątrz komnaty i w końcu przekracza jej podwoje. Dostrzegam młodego arystokratę o długich, pomarańczowo-czarnych włosach. Ma na sobie niebieski, elegancki strój, zaś przy jego boku znajduje się rapier.
Mężczyzna koncentruje między dłońmi energię elektryczną, po czym wysyła ją ku Revanowi w postaci pioruna kulistego. Bez namysłu skaczę między obydwu ludzi. Magiczny pocisk nie dosięga swego pierwotnego celu, trafia we mnie. Ból rozchodzi mi się po całym ciele, na chwilę tracę dech, a moje serce zamiera. Jednak gdy uderzam o podłogę, oddycham już normalnie, a serce bije mi szybciej, pobudzone adrenaliną.
Arystokrata jest wyraźnie zdumiony moim widokiem. Widać po nim, że nie spodziewał się spotkania ze mną – czekał na Revana. Jednak otępienie spowodowane zdziwieniem szybko mu mija. Gdy paladyn próbuje podnieść się na kolana, magiczna siła mocno dociska go do desek podłogi.
- Gdzie on jest?! – mówi głośno mężczyzna, podchodząc do mego towarzysza.
- Kto? – jęczy cicho helmita.
- Nie udawaj głupca! Sztylet! Pokryte pismem drowów skrytobójcze ostrze!
- Mam go przy sobie...
- Oddaj mi go!
Paladyn waha się przez chwilę.
- Jeżeli chcesz przeżyć... – głos szlachcica rozwiewa jego wątpliwości.
Revan sięga drżącą dłonią w poły płaszcza i wyciąga z nich sztylet, po czym podaje go stojącemu nad nim mężczyźnie, który wybucha szyderczym śmiechem.
- Bardzo dobrze, głupcze. Teraz umrzesz.
Zaczyna koncentrować między dłońmi olbrzymią moc, szepcząc potężne zaklęcia. Próbuję przesunąć się ku paladynowi i osłonić go, jednak ból mi to uniemożliwia. Widzę w jego przymkniętych w oczekiwaniu na śmierć oczach strach. Przeklinam samego siebie i podejmuję kolejną desperacką próbę przemieszczenia się w jego kierunku. Cierpienie przyćmiewa mi wzrok. Padam ciężko, uderzając plecami o barierkę. W mych oczach pojawiają się łzy. Z bólu i bezsilności.
Nagle arystokrata sztywnieje. Jego oczy gwałtownie się powiększają, przestaje wypowiadać zaklęcia i wykonywać czarodziejskie gesty dłońmi. Energia skoncentrowana między nimi rozprasza się. Mężczyzna stoi przez chwilę nieruchomo, z jego ust zaczyna ciec krew. Po chwili pada na ziemię. Z jego pleców sterczą lotki bełtu.
Resztkami sił doczołguję się do martwego ciała. Unoszę lekko pomarańczowo-czarną głowę i dostrzegam, że zmieniła się z ludzkiej w tygrysią. Oglądam dłonie mężczyzny, teraz przypominające łapy wielkiego kota. Są odwrócone – tam, gdzie u normalnego człowieka jest wierzch, tam jest ich spód. Więc to był...
- Rakszasa.
Kobiecy głos dobiega z otwartych drzwi, znajdujących się jakiś metr przede mną. Z trudem podnoszę głowę i widzę młodą, krótko ostrzyżoną dziewczynę o bardzo jasnych włosach, przywodzących na myśl południowe słońce. Ma na sobie skórzaną zbroję, pod którą delikatnie rysują się małe piersi. Jednak to nie one przykuwają moją uwagę, lecz symbol Lathandera znajdujący się na części zbroi je osłaniającej.
Dziewczyna wypowiada kilka słów, wzmacniając je odpowiednimi gestami. Z jej rąk wypływa światło, które uzdrawia mnie i Revana. Powoli podnosimy się i wstajemy, jednak nim zdążymy o cokolwiek zapytać, na ścianie obok drzwi pojawia się portal i wychodzi z niego Zakapturzony Czarodziej.
- Wykryto nielegalne użycie magicznej energii – mówi regulaminowo – Wszyscy sprawcy zostaną zatrzymani.
- Odbyła się tutaj walka z rakszasą – mówi spokojnie młoda dziewczyna – On jest jedynym sprawcą.
- Odbyła się tutaj walka z rakszasą – powtarza mag – On jest jedynym sprawcą.
- Zginął podczas starcia. Twoi przełożeni będą zadowoleni, mogąc zbadać jego ciało.
- Zginął podczas starcia. Moi przełożeni będą zadowoleni, mogą zbadać jego ciało.
- To, co się wydarzyło, nie jest naszą winą. Możemy zapomnieć o całej sprawie.
- To, co się wydarzyło, nie jest waszą winą. Możecie zapomnieć o całej sprawie.
Wypowiada proste zaklęcie, zmuszając zwłoki humanoidalnego kota do lewitacji, po czym wraz z nimi przekracza portal, zamykając go za sobą.
Wyznawczyni Lathandera przez chwilę przygląda się zdziwionej minie Revana, który najwyraźniej nigdy wcześniej nie spotkał się z magiczną perswazją. Po chwili podbiega do barierki i ją przeskakuje, lądując zręcznie na jednym ze stołów na parterze. Dostrzegam jeszcze, jak wybiega z gospody, budząc wśród gości o wiele większe zainteresowanie niż nasze spotkanie z rakszasą.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.732
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Łapiąc coraz łatwiej każdy oddech patrzyłem wzrokiem na sale po której przed chwilą przebiegła tajemnicza dziewczyna. Ten rakszasa chciał sztlylet... No tak !! Teraz te symbole wydały się takie oczywiste !! 'Arystokratyczny kot' i 'odwrócona dłoń' teraz zupełnie wyraźnie wskazywały na stworzenia zwane rakszasami. Tylko dlaczego zostało to zapisane w języku drowów ?? Co mroczne elfy mogły mieć wspólnego z kimś takim ?? Po nieoczekiwanej odpowiedzi na jej miejscu pojawiły się kolejne pytania. Broń ta musi mieć dla nich jakieś wielkie znaczenie, a że stworzenia te raczej nie są znane jako te stojące po właściwej stronie to sztylet zapewne potrzebny im jest do jakichś niecnych celów. Lepiej zatrzymam go przy sobie. Moją głowe zaprzątają także myśli o dziwnej dziewczynie, zapewne wyznawczyni Lathandera sądząc po symbolu na zbroi. Jej moc jest na tyle wielka by wpłynąć na jednego z zakapturzonych czarodziei. Doprawdy niezwykłe zjawisko lecz szczęśliwe w skutkach dla nas.
Patrze na mojego towarzysza Xana i choć to jego pierwszego powinienem podejrzewać to jednak widze w jego oczach iż sam był zaskoczony całym wydarzeniem i nie jest pewien czy ma to coś wspólnego z tym co dziś przede mną zataił. My helmici, dobrze poznajemy prawde i widzimy wiele rzeczy, które są dla innych niedostrzegalne, tak wielka jest moc sprawiedliwego Helma. Jednak dojrzałem też w Xanie wewnętrzne dobro dlatego zaufałem mu i wiem, że nadejdzie dzień gdy będzie mógł mi wszystko wyjaśnić. Zaprowadziłem mego drucha do jego pokoju idąc z nim aby upewnić się czy i w jego kwaterze nie czai się żaden napastnik, tym razem miałem ze sobą jednak mój miecz. Okazało się iż pokój Xana jest zupełnie pusty i jedyne co usłyszałem to jęk wiatru dobywający się przez otwarte okno. Rzuciłem roninowi spojrzenie mówiące samo za siebie i każdy z nas udał się na spoczynek, słowo 'Dobranoc' jakoś nie mogło przejść przez gardło po tych wydarzeniach żadnemu z nas.

***

Na dachu tawerny, w świetle gwiazd jakaś zakapturzona postać opierała się o komin wyraźnie odprężona i spokojna jakby siedzenie na dachu w środku nocy było czymś zwyczajnym. Dearin, złodziej cienia i doskonały skrytobójca ugryzł kolejny kawałek suchego chleba wpatrując się jak prawie co noc w niebo, które dziś było pięknie ugwieżdżone. Zawsze oczekiwał gdzieś w spokoju, ukryty na swoją ofiare. Tym razem jednak jego zadanie było inne. Przez moment śmiał się z samego siebie w duchu, jak to on, Dearin, legenda wśród zawodowych zabójców śledzi jakiegoś młokosa. Wcześniej miał krótką nadzieje, że nudne i chaniebne zadanie stanie się ciekawe i bardziej emocjonujące. Rakszasa radził sobie nieźle, a Dearin był pewien, że kapłan Talosa nie chciałby aby jego obiekt zainteresowań zginął. Wszystko popsuł jakiś babsztyl ratując dla obydwu, paladyna i wojownika, marne życia. Chciaż gdyby Dearin wkroczył i ujawnił się to zapewne do jego sakiefki nie wpadł by potok kolejnych brzęczących monet. Póki co czekał na ranek rozmyślając o przyjemnościach jakiego w przyszłości czekają go gdy zrobi użytek z zarobionego złota.
-Śpij sobie w spokoju mały królewiczu a ja zgarne niedługo kolejną niezłą sumke - zadrwił złodziej i ugryzł następny kęs chleba.

***

Rankiem zbudziłem się gdy słońce dopiero co witało nas swym radosnym blaskiem. Zanurzyłem głowe w przygotowanej misie z wodą i kolejno kontynowałem codzienne poranne czynności. W końcu udałem się na śniadanie gdzie czekał już Xan. Wampir zabrał mu całe złoto jakie posiadał i nie miał czym zapłacić lecz ja zapewniłem go, że taki wydatek z mej strony to naprawde niewiele. Ranek wpłynął na nas korzystnie i już ze spokojem rozmawialiśmy o wydarzeniach zeszłej nocy. Poklepałem Xana po ramieniu dziękując mu za ratunek, którego nie podjął by się pewnie nawet mój własny brat. Wojownik zyskał jeszcze więcej w mych oczach, a ja oficjalnie uznałem dług jaki wobec mnie miał Xan (co nakazywał mu honor) za spłacony. Teraz wyruszymy jako kompani nie zobowiązani niczym, być może przyjaźnią która mogła się narodzić, a teraz z pewnością szacunkiem wobec drugiego. Potem wróciłem jeszcze na góre i ubrałem zbroje oraz przypiąłem miecz do pasa. Sakiewka jeszcze dość głośno pobrzękiwała, głównie dzięki złotu znalezionemu u wampira, jednak wydatki w świątyni Talosa wyraźnie ją odciążyły. Nie ważne, w podróży złoto nie jest aż tak potrzebne. Zdecydowałem, że trzeba sprawić Xanowi jakąś klinge tylko co na to powie dumny ronin ??
Łasiczka Kobieta
"Rōnin
Rōnin
Łasiczka
Wiek: 32
Dni na forum: 4.737
Posty: 419
Skąd: Pszczyna
Przenosiłam swój wzrok z Tary na sztylet i ze sztyletu na Tarę. Nie ulegało żadnej atpliwości, że broń pokryta jest pismem drowow. Znałam je, nie na tyle dobrze jedkak, aby odczytać co jest napisane, jednakże stanowczo sztylety pochodził z Podmroku.
- Tego już za wiele - powiedziałam do tary. Spojrzała na mnie pytająco. - Najpierw mój sen, potem odnalezienie ciebie, a teraz ta zasadzka i to. - dodałam zabierając z jej rąk małą broń - Nie jestem przesądna, ale to za duż zbiegów okoliczności jak na jeden dzień...
Tara zmarszczyła brwi - Marsz rację, absolutną rację. Myślę, że powinnyśmy go zidebtyfikować gdzieś. - wytarła swoją Furię w łachy yuan-ti i schowała ją wdo pochwy. Zauważyłam na jej ramieniu głebokie draśnięcie z którego sączyła się krew.- Wyleczę cię i możemy iść do dzielnicy świątyń. - powiedziałam i zaczęłam rzucanie czaru. - Tam na pewno [ ort! ] go zidentyfikują, za odpowiednią ceną oczywiście - skrzywiła się. Rana zasklepiła się, nie
pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Ruszyłyśmy w stronę świątyń, teraz już mając się na baczności. Wprawdzie mało prawdopodobny był kolejny atak w tak krótkim czasie, jednakże dla bezpieczeństwa Tara wysłała Blanka, aby robił nam za straż przednią.
Sytuacja w jakiej się znalazłyśmy była nadzwyczajnie dziwna. W jakim celu ktoś chciałby zabijać mnie czy Tarę? Jak dotychczas nie zdąrzyłam w swoim życiu nikomu zaszkodzić i wątpię czy udało się to mojej siostrze. NIe wykluczałam powiązania całej sytuzcji z zatrcuiem Wielkiego Dębu. A to wskazywałoby, że na tej jednej zasadzce się nie skończy...
Pierwszą świątynią przeznas napotkaną była świątynia Talosa. Zostałyśmy chętnie przywitane w jej progach.
- Oczywiście zidentyfikowanie tego sztyletu, to żaden problem - powiedział do nas kapłan, biorąc przedmiot w ręce. - Przyjdźcie po niego jutro z rana.
Tara spojrzała na niego, a w jej oczach błysnął gniew - Zidentyfikujesz go TERAZ - niemal warknęła ze złością - Oczywiście cena będzie dzięki temu nieco wyższa. - dodała na zachętę. Kapłan zawahał się tylko na moment. Odczekałyśmy kilkanaście minut, rozglądając się po zasobach świątynnych. Przez ten czas miałam dziwne wrażenie, że jesteśmy obserwowane. Chyba za dużo wrażeń jak na jeden dzień...
Okazało się, że sztylet obłożono bardzo silnymi zaklęciami zatruwającymi i przebijającymi, czyli po prostu służy on do skrytobójstwa. Runy zdobiące klingę rękojeść, to po części magiczne inskrypcje utrzymujące zaklęcia. NIektóre z nich jednakże sprawiły niemały kłopot kapłanom. Niestety, nikt ze świątyni nie potrafi ich w pełni zrozumieć. Przetłumaczono jedynie słowa: 'arystokratyczny kot' oraz 'odwrócona dłoń.
Zapłaciwszy kapłanowi, Tara schowała sztylet głęboko pod połami zbroi - skoro należął do drowow nie należało go wystawiać na światło słoneczne.
- W sumie nie iele się dowiedziałyśmy - skrzywiłam się. - Ale cóż na razie [ ort! ] to musimy odpocząć - zwróciłam się do siostry gdy już wyszłyśmy ze świątyni. - Potem będziemy się zastanawiać co z tym fantem zrobić.
- Zdaje się, że nieświadomie wdepnęłyśmy w niezłe bagno - zaśmiała się. Skierowałyśmy swe kroki ponownie ku domowi Cernda.
- Jedno bagno, co to dla nas - mrugnęłąm do niej. - Blank mówi że mamy ogon. - dodałam poważniejąć. Tara spojrzała na mnie ze zdzwieniem.
- Myślałam, że tylko ja go tak dobrze rozumiem. Zaskoczyłaś mnie iostrzyczko. - jej twarz rozświetlił uśmiech.
- Nie, ja po prostu jestem druidem, nie zapominaj o tym - też się uśmiechnęłam. - Widzę już dom Cernda. na razie [ ort! ] chyba nikt nie będzie nas ponownie próbował usunąć z powierzchni Matki Ziemi, więc możemy pokojnie się zregenerować - powiedziałam otwierając drzwi domu.
Kilka godzin solidnego, niczym nie zmąconego snu, na jaki sobie pozwoliłyśmy dobrze nam zrobił, a także zwiększył nasz apetyt...
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część gracza:


Po gwałtownym i bolesnym spotkaniu z rakszasą padam z ulgą na miękkie łóżko. Revan był wyraźnie zaskoczony, że broniłem go przed mroczną magią złej istoty. Dla mnie takie postępowanie było oczywiste. Tak nakazywał mi mój honor. A poza tym lubię młodego paladyna, sam zaś jestem w pewnym stopniu nieśmiertelny, więc czemu nie miałbym go chronić? Potężny ból całego ciała natychmiast odpowiada mi na to pytanie.
Zastanawiam się, co by się stało, gdybym teraz umarł. Duch Tichondriusa ucichł trochę ostatnio, jednak na pewno oczekuje tylko na okazję, by znów spróbować mnie opanować. Z pewnością nie pozwoliłby mi stracić życia, ani doczesnego, ani duchowego. Nawet gdybym teraz zginął, wkrótce bym się odrodził. To dodaje mi odwagi. Przypominam sobie jednak, że pewnie ponownie zostałbym rzucony na drugi koniec świata. Znów samotny w obcym kraju. Wzdragam się. Lepiej będzie dbać o swoje życie.
Zaczynam rozmyślać o mym towarzyszu. Nie wiem, czy ufa mi do końca, jednak to mało istotne. Ważne, że jestem prawie całkowicie pewien, że ja mogę mu zaufać. Dziwi mnie jedynie, że nie powiedział mi o tym sztylecie, którego chciał rakszasa. Gdzie mógł go znaleźć? Kocia rasa na pewno nie poprzestanie na wysłaniu tylko jednego ze swoich przedstawicieli, a następnym razem może nie być w pobliżu żadnej chętnej do pomocy wojowniczki z kuszą załadowaną błogosławionymi bełtami w rękach.
Czas mija, a ja wciąż nie przerywam swych rozmyślań. Sam nie wiem, kiedy zasypiam. To nic dziwnego – od lat nie leżałem na tak miękkim łożu.
Tej nocy Siedmiu zostawia mnie w spokoju, co tylko potwierdza moje przypuszczenia, że pojawienie się rakszasy nie miało z nimi nic wspólnego. Mam miłe i przyjemne sny, jednak po obudzeniu się żadnego z nich nie pamiętam.

***

Budzę się wczesnym rankiem, a właściwie późną nocą. Z ociąganiem opuszczam miękkość posłania, tylko po to, by zorientować się, że wszyscy w gospodzie jeszcze śpią.
Na zapleczu znajduję misę, jednak nigdzie nie dostrzegam ujęcia wody. W takiej sytuacji zanoszę ją do swego pokoju i stawiam na znajdującym się w nim stoliku. Koncentruję się i zmuszam unoszącą się w powietrzu parę wodną do skroplenia się. W komnacie robi się nieznośnie sucho, a naczynie napełnia się wodą. Otwieram okno, by wilgotność się unormowała, po czym myję twarz w misie. To na razie wystarczy. Kąpiel wezmę, gdy podczas podróży będziemy mijać jakieś jezioro lub rzekę.
Wykonuję szereg dalszych porannych czynności, po czym schodzę na parter i siadam przy jednym ze stołów, odniósłszy wcześniej na miejsce misę. Nie mija pół godziny, gdy podchodzi do mnie barman. Najwyraźniej dziewki służebne jeszcze śpią. Na pytanie, czy chcę coś zjeść lub wypić, wskazuję miejsce przy pasie zajmowane normalnie przez sakiewkę. Mężczyzna kiwa głową i odchodzi.
Po kolejnych trzydziestu minutach widzę, jak po schodach zstępuje na parter Revan. Przysiada się do mnie i składa zamówienie za siebie i za mnie. Mówię mu, że nie mam czym zapłacić, lecz on odpowiada, że nie jest to dla niego zbyt wielki wydatek. Czuję się lekko zawstydzony uprzejmością paladyna, lecz nic nie mówię.
Przy śniadaniu rozmawiamy o wydarzeniach ubiegłej nocy. Opowiadam Revanowi o rakszasach, wyjaśniając, że przedstawiciel tej rasy trafiony wystrzelonym z kuszy błogosławionym bełtem natychmiast umiera. On mówi mi o sztylecie, którego tak pragnął humanoidalny kot, a który został przez helmitę znaleziony w trumnie wampira, który mnie porwał. Pyta mnie, czy domyślam się, jaki związek mogły mieć ze sobą te dwie złe istoty. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia. Moją niewiedzę pogłębia dodatkowo fakt, że klinga i rękojeść broni są pokryte pismem drowów.
Gdy kończymy posiłek, paladyn klepie mnie przyjaźnie po ramieniu. Odruchowo lekko się odsuwam, lecz on tego nie dostrzega. Przez te wszystkie lata przyzwyczaiłem się, że jak ktoś klepie mnie po ramieniu czy plecach, to zazwyczaj szuka miękkiego miejsca do wbicia noża lub sztyletu. Dosłownie i w przenośni.
Revan idzie na piętro do swojego pokoju. Po chwili wraca stamtąd w pełnej zbroi płytowej i z mieczem u boku, niosąc całą resztę swego dobytku. Wygląda olśniewająco. Pyta mnie, czy niczego nie zostawiłem w swojej komnacie, lecz odpowiadam, że całą swoją własność mam na sobie. Przytakuje, po czym wychodzimy z gospody.
Podążam za mym towarzyszem, który najwyraźniej dokładnie wie, dokąd teraz iść. Co prawda nie muszę mu już służyć, jednak polubiłem go na tyle, by chcieć z nim podróżować. Yoel miał rację – jego ścieżka jest moją ścieżką.
W końcu dochodzimy do małego sklepiku z bronią i pancerzami. Revan mówi mi, bym wybrał dla siebie jakąś klingę. Z początku chcę oponować, jednak zdaję sobie sprawę, że bez broni nie przydam mu się na zbyt wiele. Dlatego rozpoczynam przeszukiwanie oferty kupca, mając nadzieję, że trafię na coś wartego uwagi.
Sklepik, chociaż bardzo mały, okazuje się nad wyraz dobrze zaopatrzony. Rozumiem, że nasze środki finansowe są dość mocno ograniczone, więc od razu odrzucam potężne magiczne ostrza oferowane mi przez sprzedawcę. Poza tym raczej nie władałbym nimi zbyt dobrze, przyzwyczajony do innego, dużo lżejszego oręża.
W końcu znajduję to, czego szukam. Para mieczy daisho w skromnych, lecz ładnych oprawach utrzymanych w barwach zieleni i srebra. Srebrne menuki znajdują się pod eleganckim, bawełnianym oplotem. Brzeszczoty są diablo ostre i doskonale wyważone, a pochwa lakowana.
Pytam się kupca, ile kosztują. Za katanę i wakizashi prosto z Kara Tur spodziewam się zawrotnej sumy, lecz dowiaduję się, że mężczyzna od miesięcy nie mógł ich sprzedać i chętnie odda je za półdarmo, dorzucając nawet gratis kozukę, kogai i hashi, które były w komplecie.
Oczywiście 'półdarmo' nie oznacza nic dobrego, lecz mimo to Revan bez namysłu decyduje się na zakup mieczy. Jest mi niewymownie głupio, gdy widzę, jak oddaje prawie wszystkie swoje pieniądze sprzedawcy. Jego życzliwy uśmiech, którym mnie obdarza podając mi broń, tylko jeszcze bardziej mnie zawstydza.
- To dokąd teraz idziemy? – pytam, starając się opanować wstyd i zastąpić go wdzięcznością.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.732
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Spojrzałem zadowolony na Xana widząc jak doskonale prezentuje się ze swoją egzotyczną bronią, sam ten widok mógł odstraszyć potencjalnych napastników. Gdy dowiedziałem się rano o słabości rakszasy zdecydowałem gdzie teraz się udać, świątynia wszystkowidzącego Helma jest naszym kolejnym celem. Musieliśmy przejść spory kawałek miasta, ale wśród tak różnorodnego tłumu nie wyróżnialiśmy się szczególnie, ot jeden z paladynów i jakiś szermierz. Słońce było już wysoko gdy dotarliśmy do 'domu' sprawiedliwego Helma, zaproponowałem Xanowi aby poczekał na mnie w cholu odetchnąwszy w cieniu na co się zgodził gdyż wiedział, że w tej sprawie poradze sobie sam. Kapłan widząc na mojej zbroi symbol swego boga, patrzące się oko z błękitną źrenicą na uniesionej do góry bojowej rękawicy ucieszył się niezmiernie. Potem nie pałał już takim optymizmem gdy dowiedział się iż potrzebuje jakiejś lekkiej kuszy oraz kołczanu pobłogosławionych bełtów po bardzo symbolicznej cenie. Dał się przekonać tylko dlatego, że jestem paladynem w dodatku w służbie Helma. Jakiś służący popędził zaraz do pierwszego lepszego sklepu po czym wrócił z bronią i bełtami. Pobłogosławienie ich nie trwało znowu tak długo bo ok 2 godzin. Wysypałem kapłanowi na ręke reszte zawartości mej sakiewki bo sprawiedliwość musi być, nawet ja, mimo, że w potrzebie musze uregulować zapłate by nie wywyrzszać się ponad szary tłum. Schowałem cały nowy nabytek do podróżnej torby jaką miałem zarzuconą na plecy (należy wspomnieć iż była ona stara i mocno wytarta). Gdy wróciłem do cholu ronin siedział sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic choć upłyneło sporo czasu gdy go zostawiłem. Zapewne wiedział po co tu przyszliśmy więc mogłem sobie darować uświadamianie go o mym pomyśle na który zresztą bym nie wpadł gdyby nie Xan. Wyszliśmy na zatłoczoną ulice i gorąco dnia znowu w nas uderzyło. Po krótkiej wymianie zdań z Xanem stwierdziłem, że nie ma on konkretnego celu zresztą jak większość najemników. Zaproponowałem więc, że wyruszymy na północ, w strony gdzie spędziłem większość życia, a także chciałbym odwiedzić jedną z siedzib mego zakonu. O dziwo mój towarzysz zgodził się bez zastanowienia, być może tak jak i ja sądził, że to może pozwoli nam zostawić chociaż część kłopotów za sobą. Jeszcze za dnia opuściliśmy miasto ruszając dziedzińcem wraz z innymi podróżnikami. Opuszczając zatłoczone ulice poczułem się bardziej swojo będąc bliżej nieskazitelnej natury, to samo wydawał się czuć Xan, świadomość tego, że co 5 metrów nie ma żadnego zabójcy, złodzieja bądź innego napastnika wydawała się bardzo uspokajająca. Oczywiście czekało na nas mnóstwo potworów, ale wiele z nich wystarczyło omijać z daleka. Dwie pierwsz noce były spokojne, a przyroda zapewniła nam pożywienie, zapewne sam Helm zsyłał na nas swe błogosławieństwo. Trzeciego dnia, natkneliśmy się na mały wodospad wpadający do przyjaźnie wyglądającej rzeki. Obaj czym prędzej zanurzyliśmy się w wodzie pozbywając się odzienia. Zapomnieliśmy o całym świecie oddając się tej krótkiej chwili radości, także Xan wydawał się zadowolony z życia, pierwszy raz odkąd go ujżałem, był to jakże radosny widok zobaczyć uśmiech na tej zwykle poważnej twarzy. Słońce grzało przyjemnie i szybko osuszyliśmy się. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą droge.

***

Dearin był wściekły. Najpierw za dnia musiał szwędać się za tą dwójką po całym mieście (a dnia nie cierpiał, wtedy widać go prawie jak na dłoni, tylko tłum umożliwiał mu skuteczne pozostawanie w ukryciu), a teraz zupełnie opuścił mury miasta, gdzie czuł się najpewniej. W dodatku teren często zmieniał się tak nagle, że nie miał gdzie się schować więc pozostawał daleko w tyle, a potem pędem gnał przed siebie. Stoczył też już walke z wilkiem i gibberlingiem podczas gdy paladyn i wojownik podróżowali bez najmniejszych problemów. Dearin zastanawiał się czy nie zarządać większej sumy od kapłana Talosa.
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część MG:


Mrocznoelficki wojownik powoli kroczy po niebieskim dywanie, prowadzącym przez ogromną, bogato wyposażoną salę prosto do stóp znajdującego się na podwyższeniu tronu. Ma spuszczony wzrok, nawet nie myśli o spojrzeniu na promieniującą złem postać obserwującą z wysokości pomieszczenie.
Jest młody i przystojny. Jego białe włosy są dość długie i opadają swobodnie na kark. Aby nie przeszkadzały w walce, na czole nosi jedwabną opaskę barwy srebra, zlewającą się z włosami, lecz kontrastującą wyraźnie z atramentowoczarną skórą jego pięknej twarzy.
Gdy zbliża się do tronu na odpowiednią odległość, klęka, w czym odrobinę przeszkadza mu niesiony na plecach oburęczny miecz. Opuszcza głowę jeszcze bardziej i zamyka oczy. Widać wyraźnie, że się denerwuje. Całe jego ciało trzęsie się, gdy spoczywa na nim wzrok mrocznej postaci.
- Czy wszystko poszło zgodnie z planem? – pyta władczym tonem obserwujący go z wysokości mężczyzna.
- Niezupełnie, panie – odpowiada drow – Dwie elfki zdołały pokonać oddział yuan-ti, zabijając większą ich część, z Mistrzem Przemian na czele. Wężowi Słudzy nie tylko nie zdołali ich przechwycić, lecz w dodatku utracili swój Sztylet Wejścia.
- Głupie węże – mężczyzna marszczy brwi – Mam nadzieję, że Al-Rastim poradził sobie lepiej?
- Niestety, również nie wykonał swej misji, ginąc z rąk Strażniczki Poranka Lathandera.
- Trzeba będzie go wskrzesić. Nie można pozwolić, by jakiś przedstawiciel mojej rasy znalazł śmierć podczas wykonywania misji i pozostał martwy dłużej niż dzień.
- Obawiam się, że to niemożliwe. Jego ciało zostało zabrane przez Zakapturzonych Czarodziejów.
Zasiadający na tronie mężczyzna gwałtownie wybucha gniewem. Z jego dłoni wylatuje błyskawica i uderza w młodego drowa, zabijając go natychmiast. Zwęglone zwłoki padają bezwładnie na kamienną posadzkę. Po chwili jednak mroczny elf powraca na klęczki, znów żywy i zdrowy, po czym przemawia:
- Może zadanie odzyskania Sztyletu Wejścia Vicoriusa i pomszczenia Al-Rastima zlecić Al-Belhimowi i jego xillom?
- Czasami miewasz nawet dobre pomysły – uśmiecha się promieniujący złem mężczyzna. Zza jego tronu wychodzą dwie złudne bestie, podstawiając mu głowy do głaskania – Naprawdę się cieszę, że obłożyłem cię automatycznym zaklęciem uzdrawiającym.
- Dziękuję, panie, że mnie doceniłeś.
- To jeszcze nie koniec mojej łaskawości – wyraz twarzy mrocznej postaci nie wróży niczego dobrego – Zadanie przechwycenia elfich kobiet powierzam tobie i twoim Mrocznym Sługom. Lepiej się pospiesz. Są mi pilnie potrzebne. Bez nich zdobycie Gaju może być dość... utrudnione.
- Oczywiście, panie. Natychmiast zabiorę się do formowania oddziału. Czy mogę wziąć ze sobą kapłankę i czarodzieja?
- Tak. Idź już.
Gdy wielkie wrota zatrzaskują się za plecami mrocznego elfa, mężczyzna przestaje głaskać złudne bestie i zaczyna rzucać zaklęcie komunikacyjne. Jeżeli Al-Belhim ma zgromadzić naprawdę dużą grupę xillów, to trzeba mu to zlecić jak najprędzej.

***

Miriel odwraca wzrok. Jest Strażniczką Poranka, dziewiczą wojowniczką i paladynką w służbie Lathandera. Nie może zobaczyć nagiego mężczyzny, a tych dwóch naszła akurat ochota na kąpiel w rzece.
Śledzi ich od czasu spotkania z rakszasą. Wie, że mają przy sobie jakiś przedmiot, którego mroczna rasa bardzo pragnie. Nie wie, co to konkretnie jest, jednak z pewnością niedługo zjawi się po nią kolejny humanoidalny kot. Zdaje sobie sprawę, że w pojedynku z nim nie mieliby większych szans.
Nagle dostrzega ruch w odległości jakichś trzydziestu metrów. Szepcze zaklęcie kamuflujące i podchodzi bliżej. Po przejściu dziesięciu kroków rozpoznaje kryjącą się w mroku postać. To Złodziej Cienia. Kroczy powoli po mchu i opadłych liściach, zbliżając się do wciąż znajdujących się w wodzie podróżnych. Najwyraźniej również ich śledzi.
Strażniczka ostrożnie wycofuje się. Nie może pozwolić, by łotrzyk ją wykrył. Z tego samego powodu nie sonduje mu myśli. Mógłby wyczuć zaklęcie, a wtedy straciłaby nad nim przewagę.
Gdy znajduje się już dość daleko, zaczyna biec. Teraz śledząc tę dwójkę będzie musiała zachować zdwojoną czujność i ostrożność. Złodzieje Cienia są z reguły bardzo niebezpieczni, nawet dla tak potężnych osób jak ona.



Część gracza:


Polubiłem towarzystwo Revana. Mamy podobne poglądy i wiarę, a nawet charakter. Łączy nas także tajemniczy drowi sztylet, który zwabił rakszasę, oraz fakt, że uratowaliśmy sobie wzajemnie życie.
Od czasu śmierci moich braci zawsze byłem zamknięty w sobie i poważny. Zresztą wychowano mnie, bym takim był. Nie wiem czemu, lecz zaczynam się pod tym względem zmieniać. Nie jest to zbyt dobre – wczoraj o mało nie wygadałem się Revanowi na temat mojej historii. Głupiec ze mnie! Zażyłość zażyłością, lecz muszę zachować ostrożność. Nawet jeżeli jego wiedza na ten temat nie zagrażałaby mi, to mogłaby być niebezpieczna dla niego. Tego zaś bym nie chciał.
Wciąż z trudem przychodzi mi rozpoczęcie z nim rozmowy. Lata samotności zrobiły swoje. Mimo tego zauważyłem, że coraz częściej w myślach nazywam go przyjacielem. Zresztą i tak od czasu przybycia do Faerunu z nikim innym nie zamieniłem nawet jednego słowa na tematy nieformalne.
Dzisiaj natrafiliśmy na mały wodospad wpadający do przyjaźnie wyglądającej rzeki. Pod wpływem impulsu zanurzyliśmy się w jej nurcie, pozbywając się wcześniej odzienia. Byłem szczęśliwy. Zawsze kochałem wodę. Ta zaś była szczególna. Chyba faktycznie błogosławi nam Helm, bo przepełniała ją naturalna mana.
Mam tylko nadzieję, że Revan nie zwrócił uwagi na blizny na moim brzuchu i znamię na lewym ramieniu. Ich historia jest dla mnie zbyt bolesna, bym mógł mu ją opowiedzieć.
Po wyjściu z wody osuszyliśmy się w ciepłych i przyjemnych promieniach słońca. Potem ponownie się ubraliśmy i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę.
Przeszliśmy jeszcze dużą odległość, odświeżeni kąpielą, lecz w końcu dopadła nas noc. Rozbiliśmy obóz i czym prędzej ułożyliśmy się do snu. Paladyn zasnął niemal natychmiast, lecz ja wciąż oddaję się rozmyślaniom.

***

- Hachimaro! – głos dobiega z sąsiedniego pokoju.
Wstaję i odsuwam drzwi, po czym wkraczam do pomieszczenia obok. Sakon i Naiki właśnie zakładają zbroje.
- Słuchaj, braciszku – starszy z moich braci mówi powoli i z zachowaniem powagi – Mamy do spełnienia ważny obowiązek wobec rodziny. To kwestia honoru. Możliwe, że nie wrócimy.
Z początku nie traktuję tych słów zbyt poważnie, jednak zauważam, że Naiki się trzęsie. On nigdy niczego się nie bał i często bez powodu ryzykował życie. Młoda krew, jak mawiał ojciec.
- Nie martw się – kontynuuje Sakon – Na pewno wszystko będzie dobrze. A wtedy Miyamoto odzyskają dawną chwałę.
Gdy wychodzą, do oczu napływają mi łzy. Jakimś cudem domyślam się, w jakiej sytuacji zobaczę ich następnym razem.

***

Budzę się gwałtownie, zrywając z posłania i o mało nie budząc Revana. Przypominam sobie swój sen. Padam ciężko na ziemię. Przyjmuję pozycję embrionalną i rozpłakuję się, a w mej pamięci nagle pojawiają się obrazy z dalekiej przeszłości.

***

Budzi nas głośny hałas. Równocześnie zrywamy się z posłań i widzimy wielki orszak z karocą w centrum. Pojazd stoi, zaś z jego okna wychyla się bogato ustrojona głowa majętnej damy. Tuż obok niej wysuwa się ręka, machająca do nas przyzywająco.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Łasiczka Kobieta
"Rōnin
Rōnin
Łasiczka
Wiek: 32
Dni na forum: 4.737
Posty: 419
Skąd: Pszczyna
Perspektywa obfitego śniadania w Miedzianym, przy którym mogłybyśmy spokojnie omówić wszystko co sie wydarzyło poprzedniego dnia, wydawała nam się w tym momencie najlepsza. Postanowiłyśmy przy okazji odwiedzić Promenadę i zaopatrzyć się lepszą broń - o ile Furia Niebios Tary to potężne ostrze, o tyle wymiana mojego kija na lepszy była wręcz wskazana.
Sakiewka jaką otrzymałam od Cernda, nie była możę nadto wypchana, ale w połączeniu z pieniędzmi Tary spokojnie pozwoliła na zakup Kosturu Żywiołów i Płaszcza Ochrony dla mnie. Moja siostra zaopatrzyła się w kilka mikstur leczenia - w walce przecież, szczególnie pod postacią łasicołaka nie będę mogła jej leczyć. A że jeszcze dużo walk przed nami tego byłyśmy pewne...
Miedziany jak można się było tego spodziewać pełen był podrzędnych ludzkich pijaczków. Barman rozpoznał nas, od razu wyciągając wino, które dzień wcześniej piła Tara. Poprosiłam go o zwykłą wodę - nie lubię alkoholu, przytępia moje zmysły, a także zamówiłam nieco mięsa dla nas i kości dla Blanka.
- Teraz musimy się zastanowić co powinnyśmy zrobić. Ktoś najwyraźniej chce nas usunąć z ziemskiego padołu. - powiedziała Tara upijając nieco wina. - A w sumie nie wiemy dlaczego.
- Mam kilka skojarzeń co do tych słów odczytanych ze sztyletu, ale to tylko moje domysły. Jestem pewna, że to jakiś sposób łączy się z zatruciem Wilekiego D... - urwałam, bo akurat barman przyniósł nam dymiące mise z mięsem. Rzuciwszy kości dla wilka powiedział:
- Słyszały panienki najnowsze wieści? - popatrzyłyśmy pytająco. Barman pochylił się ku nam lekko ściszając głos. - Mieliśmy tu zasadzkę na pewnego paladyna i jego kompana. Gdyby nie interwencja jakiejś kapłanki ten Rakszasa zapewne by ich zgładził bez problemu.
- Rakszasa? - spytałam beznamiętnym głosem, aby zachęcić go do mówienia. W środku aż mi się zagotowało. "Arystokratyczny kot"...!
- No wiecie przecież co to gangrena - machnął ręką - Ludzie gadają, że paladyn miał coś, co rakszasa chciał im odebrać.
- A kapłanka? skąd się wzieła? - spytała Tara.
- Nikt nie wie. Zniknęła równie niespodziewanie jak się pojawiła. W każdym razie paladyn i ten drugi dzisiaj się wyprowadzili. Wybaczcie, ale klienci czekają.
Wgryzając się w mięso spojrzałam na siostrę. Myślała o tym samym co ja.
- Musimy odnaleźć tego paladyna. - powiedziałam - Dam sobie łeb uciąć, że to ma coś wspólnego z nami. Tylko jak ich teraz odnaleźć? W sumie mogli się skierować dokądkolwiek.
- Z tego co wiem tym mieście są dwie instytucje, które wiedzą wszystko o wszystkich - Zakapturzeni Czarodzieje i Złodzieje Cienia. Myśle, że tak atakiem na nas jak i zasadzką na paladyna ci drudzy się na pewno [ ort! ] zainteresowali. Nawet jak na tutejsze warunki to dość niezwykła sytuacja, tak więc za odpowiednią zapłatą mogłybyśmy się czegoś od nich dowiedzieć.
- Więc chyba złożymy im dziś wizytę...
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.718
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Część MG:


Tara i Solace:
Złodzieje Cienia okazują się równie nieufni wobec obcych jak zwykle. Dwaj strażnicy strzegący wejścia do siedziby gildii nie chcą Was wpuścić. Zmieniają zdanie widząc dwie sakiewki ze złotem. Z bardzo bliska. Dostają nimi prosto w czoła.
Wewnątrz nikt nie zwraca na Was większej uwagi. Jedynie kilku złodziei usiłuje sprzedać Wam po okazyjnej cenie broń i zbroję. Stanowcza odmowa zazwyczaj przynosi skutek, choć czasami trzeba ją wesprzeć pokazaniem głowni miecza lub warknięciem Blanka.
Podchodzi do Was ciemny osobnik w czerwonym kapturze. Krótkim gestem wskazuje boczne drzwi. Kierujecie się ku nim bez zastanowienia.
W obszernej komnacie siedzi za surowym, drewnianym stołem kolejny mężczyzna w czerwonym kapturze. Jego nogi spoczywają swobodnie na meblu, on sam zaś uderza lekko dłonią o dłoń, udając oklaski.
- Brawo, moje piękne damy. Z chęcią Was wysłucham. Poradziłyście sobie bez trudu z zewnętrznymi strażnikami, do tego zrobiłyście to bardzo pięknie, elegancko i stylowo. Jestem do waszej dyspozycji.
- Po pierwsze: nie jesteśmy twoje – cedzi przez zęby Tara, na co złodziej odpowiada niedbałym wzruszeniem ramionami – Po drugie: nie zwykłyśmy rozmawiać z kimś, kogo nie znamy z imienia.
- Ależ naturalnie – pod kapturem pojawia się uśmiech – Nazywam się Belker, jestem bratem osławionego Renala zwanego Krwawym Skalpem.
- Czyżby brat ćwiczył na tobie skalpowanie – mówi zjadliwie łowczyni – że nie chcesz uchylić nam kaptura?
Mężczyzna wybucha śmiechem, całkowicie zbijając Tarę z tropu.
- Punkt dla ciebie, elfko – zrzuca na plecy swe nakrycie głowy, pokazując bardzo krótkie i jasne włosy, zdobiące sympatyczną młodą twarz – Czy teraz mogę się już dowiedzieć, co Was tu sprowadza?
- Wątpię, abyś się nie domyślał, Belkerze – mówi spokojnie Solace – Twoi ludzie na pewno widzieli, jak zostałyśmy napadnięte przez yuan-ti.
- Nie dość, że piękna, to jeszcze mądra – złodziej uśmiecha się szeroko – Owszem, doniesiono mi o waszej walce z kilkoma przedstawicielami tej rasy. Co w związku z tym?
- Znalazłyśmy przy nich pewien przedmiot – druidka starannie dobiera słowa, by nie ujawnić zbyt dużej części swej wiedzy – Z pewnych źródeł wiemy, że jest w pewien sposób powiązany z walką pewnego paladyna z pewną istotą w pewnej karczmie...
- Nie za dużo tych pewnych? – mężczyzna znowu się uśmiecha – Cóż, ja również jestem pewny. Pewny, że wiem, o czym mówisz. Pojedynek paladyna-helmity, jego dziwnego towarzysza i Strażniczki Poranka z rakszasą Pod Miedzianym Diademem – złodziej rozkoszuje się zrobionym wrażeniem, a jego uśmiech jeszcze bardziej się rozszerza – Tak, moi podwładni donieśli mi o tym.
- Czy mógłbyś nam powiedzieć, dokąd udali się paladyn, jego towarzysz i kapłanka Lathandera?
- O kapłance niestety nic mi nie wiadomo – Belker drapie się w brodę – Ci, których oddelegowałem do jej śledzenia, zgubili jej trop tuż za miastem. Zaś co do tamtych dwóch... hmm... to zależy...
- Od ilości monet, które tobie ofiarujemy? – wtrąca nagle Tara.
- Nie. Od tego, do czego wam to jest potrzebne.
- Po prostu cała sprawa w jakiś sposób wiąże się z nami i nam zagraża – odpowiada Solace – To wszystko.
- A więc dobrze – złodziej siada normalnie. Z cienia wyłania się ciemny osobnik i podaje mu zwiniętą mapę. Belker rozkłada ją na stole, wcześniej wyjmując z niego wbity malowniczo nóż. Gdy zbliżacie się na dostateczną odległość, mężczyzna zaczyna kreślić palcem po papierze długie linie, pokazując, jakim szlakiem podążają śledzeni – Podróżują już od kilku dni, kierując się na północ. Z nieznanego powodu nie zostali do tej pory przez nikogo napadnięci, a i potwory trzymają się od nich z daleka. To dziwne, gdyż ten gościniec słynie z licznych niebezpieczeństw czyhających na nieostrożnych wędrowców.
- Nie robili niczego szczególnego?
- Nie. Po prostu posuwają się powoli na północ.
- To niewiele informacji, ale wystarczy, by ich dogonić i porozumieć się z nimi. Stokrotne dzięki. Nie spodziewałyśmy się tak uprzejmego potraktowania.
- Nie ma za co. Pomaganie tak pięknym kobietom jest dla mnie przyjemnością.
Zwłaszcza, gdy są powiązane z jakąś grubszą sprawą, dodaje w myślach. Być może dzięki nim wygryzie wreszcie brata ze stanowiska przywódcy gildii i sam zajmie jego miejsce. To całkiem prawdopodobne, zważając na ich naiwność.
Gdy tylko opuszczacie pomieszczenie, złodziej krótkim gestem przywołuje do siebie jednego ze swoich zaufanych zauszników. Trzeba natychmiast przydzielić kogoś do śledzenia tych dwóch. Tak, Hezros chyba będzie odpowiedni.

***

Gdy wychodzicie z siedziby Złodziei Cienia, jest już ciemno. Postanawiacie bez chwili zwłoki ruszyć za paladynem i jego towarzyszem. Aby dodatkowo zaoszczędzić na czasie, decydujecie się dotrzeć do bram miasta bocznymi uliczkami. Zdajecie sobie sprawę z zagrożenia, jednak szybsze wyjście poza mury i wkroczenie do lasów jest tożsame z szybszym osiągnięciem bezpieczeństwa – tam chronić Was będzie sama natura.

***

Serce drowa bije coraz szybciej, oddech staje się nierówny. Ma szczęście. Elfki, których pojmania tak pragnie Al-Rawid, idą ku bramom miasta ciemnymi bocznymi uliczkami. Tam jego Mroczne Sługi pokażą całą swą potęgę.
Ma nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i nie zawiedzie rakszasy. Kolejne niepowodzenie mógłby przypłacić życiem. Już teraz został pozbawiony automatycznego zaklęcia uzdrawiającego.
Gdy daje znak do ataku swym pięknym oburęcznym mieczem, czuje strach. Teoretycznie dwie elfie kobiety nie mają szans w starciu z jego oddziałem, jednak coś w nich go niepokoi...

***

Wyłaniają się z mroku bez ostrzeżenia, bezszelestnie zbliżając się w Waszym kierunku. Kilku wojowników, kapłanka i czarodziej. Suną ku Wam z kocią gracją, obnażając swe piękne ostrza i wypowiadając najpotężniejsze zaklęcia.
Na widok ich atramentowej skóry, białych włosów i jaskrawoczerwonych oczu ogarnia Was gniew i nienawiść. Nagle ich ledwo dostrzegalne twarze przypominają Wam oblicza morderców Waszych rodziców. Z furią rzucacie się do walki.
Pierwszy drow ginie z ręki Tary, która szybkim sztychem rozcina mu gardło. Mroczny elf wybałusza swe błyszczące oczy i pada bezgłośnie na ziemię.
Solace nie przyjmuje swej likantropicznej postaci, walczy nowo zakupionym kosturem. Uderza nim jednocześnie dwóch przeciwników: jednego w brzuch, drugiego w głowę. Pierwszy ląduje na ziemi i zaczyna wymiotować – cios zmiażdżył mu żołądek. Czaszka drugiego pęka pod zbyt silnym uderzeniem jak dojrzały arbuz.
Łowczyni zręcznym piruetem omija klingi dwóch atakujących ją wojowników, dostając się między czarodzieja i kapłankę. Nim zdążą cokolwiek zrobić, wiją się na ziemi w agonii, a Tara rozpoczyna pojedynek z dwoma drowami, które zdążyły do niej podbiec.
Tymczasem Solace walczy z ostatnim już mrocznym elfem. To młody wojownik władający bogato zdobionym, oburęcznym mieczem. Jest świetnym szermierzem, jednak nie jest w stanie powstrzymać ogarniętej gniewem druidki.
W końcu elfce udaje się ominąć szeroki cios drowiej klingi i uderzyć przeciwnika kijem w słabiznę. Mężczyzna osuwa się na ziemię, wypuściwszy z rąk miecz, a Ty, Solace, wznosisz kostur do kończącego ciosu w głowę.
Wtedy dostrzegasz w czerwonych oczach wojownika coś nietypowego dla mrocznego elfa. Strach. Jest śmiertelnie przerażony, stara się jakoś osłonić przed ciosem Twej broni. Ten widok przywołuje wspomnienia.

***

Twoja matka pada na ziemię, brocząc krwią z makabrycznej rany klatki piersiowej. Moc zgromadzona pomiędzy dłońmi powoli zanika, choć na ustach wciąż widać ostatnie słowo zaklęcia. Zaklęcia, które zabiłoby napastnika. Gdyby tylko zdążyła dopowiedzieć inkantację...
Mroczny elf dla pewności miażdży ciężkim butem tchawicę elfki. Uśmiecha się demonicznie i spogląda w Twoim kierunku. Gdy zbliża się do Ciebie swym miarowym krokiem, drżysz jak liść na wietrze. Na każde stuknięcie okutej podeszwy o podłogę przypada dziesięć uderzeń Twego serca.
Siedzisz przy ścianie, nie masz dokąd uciec. Jesteś śmiertelnie przerażona. Cały czas patrzysz drowowi w jego oczy. Płonące czerwienią. I złem.
Gdy staje nad Tobą, spogląda na Ciebie uważniej, przyglądając się badawczo. Wasz wzrok spotyka się.
Twarz mrocznego elfa nagle się zmienia, pojawia się na niej zdziwienie. A po chwili również litość. Siłą podnosi Cię z ziemi i wpycha pod zwłoki Twej matki, po czym wychodzi bez słowa.

***

Stoisz nad drowem z kosturem wzniesionym do ciosu. Tara akurat uporała się z ostatnim przeciwnikiem, dosłownie rozcinając go na pół.
- No co jest, siostrzyczko? – mówi, zbliżając się do wciąż wymiotującego na ziemi wojownika i dobijając go – Czyżbyś się wahała?

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Wyświetl posty z ostatnich:
Strony: 1, 2, 3  następna

Forum DB Nao » Różne » Nasza twórczość » RPG Sesja On-Line » [Sesja] W cieniu Siedmiu
Przejdź do:  
Dragon BallForum DB NaoAnime GakureAnime PhrasesDr. Slump
Powered by phpBB
Copyright © 2001-2017 DB Nao
Facebook