Forum Dragon Ball Nao

» [Fanfik DB] W poszukiwaniu...

Szponiasty Mężczyzna
Ziemianin
Ziemianin
Szponiasty
Wiek: 25
Dni na forum: 1.775
Posty: 25
Skąd: Wrocław
Witam, wpadłem ostatnio na pomysł napisania fanfika o DB i chwycił mnie bardzo mocny bakcyl, dlatego też chciałem abyście go przeczytali i oceniali
Dla małego ułatwienia powiem tylko, że akcja rozgrywa się na samym końcu DB Z, czyli jeszcze przed poznaniem Uuba. Bra jest jeszcze niemowlęciem, a Pan się jeszcze nie narodziła Będzie tu prowadzonych kilka wątków i linii narracyjnych, czyli np. raz będę pisał z perspektywy Vegety, a innym razem Goku, a innym jeszcze kogoś innego.
Planuję, żeby to był "taśmowiec" czyli kilka rozdziałów, zależnie od tego jak wam się spodoba, tak długo będę ciągnął opowieść. Rozdziały będą miały mniej więcej koło 3 stron A4 w wordzie. Milego czytania
P.S. Każdy rozdział będe zamieszczał co Sobotę

„Widziałem ich. Oglądałem każdy program w telewizji, gdy tylko się pojawiali na ekranie, ja już przed nim siedziałem. Kiedy tylko udało mi się zdobyć wystarczająco pieniędzy, kupowałem bilety na Budokai Tenkaichi każdego roku, by tylko obejrzeć ich w akcji. I wtedy dopiero, gdy ujrzałem tę lśniącą kulę, przywaloną kilkoma kamykami w strumyku nieopodal mojego domu, zrozumiałem co trzeba czynić. Domu ocalałego podczas pogromu androidów. Domu, w którym się schroniłem, gdy potworny Buu zabijał wszystkich dookoła. Domu, którego już miałem nigdy więcej nie zobaczyć.”

Rozdział 1 – W poszukiwaniu smoczej zguby…

Słońce chyliło się już ku zachodowi i powoli ukrywało się za ogromną kopułą budynku Capsule Corporation. Miasto cichło, a nadchodząca noc zdawała się być tak spokojna, że nikt nie spodziewał się zdarzeń, które miały dopiero nastąpić.
W swym przestronnym pokoju urocza, błękitnowłosa kobieta pochylała się nad książką i swymi wielkimi, bystrymi oczami łowiła ostatnie słowa ostatniego rozdziału. Przeczytawszy, poprawiła okrągłe okulary na nosie i przeciągnęła się ziewając głośno. Wstała od krzesła i zgasiła lampkę, po czym skierowała się w stronę łóżka. Po drodze zatrzymała się przy wielkim lustrze stojącym w rogu, przyjrzała się swojej figurze, obracając się to w prawo to w lewo. Po krótkiej chwili, zadowolona z rezultatu, a nie dziw temu, gdyż była bardzo urodziwą kobietą, mrugnęła do swego skąpo odzianego odbicia w lustrze i ułożyła się spać. Ze zmęczenia, pogrążając się we śnie nie zauważyła cienia, który przemknął za oknem.
Nieopodal, w olbrzymim pomieszczeniu wypełnionym różnego rodzaju przyrządami, siedział dumny książę Sayian – zatrzymał ten tytuł i często sam się nim okrzykiwał, choć rasa Sayian dawno wyginęła pozostawiając jedynie czterech przedstawicieli. Vegeta, noszący imię po swojej matczynej planecie, był bardzo ponurym typem. Rzadko się odzywał, a kiedy już mówił, to zazwyczaj kogoś obrażał lub wyzywał na pojedynek. Był niewysoki, choć potężnie zbudowany – jego ciało odznaczało się wyjątkową muskulaturą. Jak większość Sayian miał czarne, spiczaste włosy, które w jego wypadku nieustannie sterczały pionowo.
Siedział milczący na pojedynczym, białym krześle z rękami założonymi na piersi, a z czoła spływał mu pot. Nic dziwnego, gdyż nie było to zwykłe pomieszczenie, lecz jego prywatna sala treningowa zaprojektowana i zbudowana przez ojca Bulmy, założyciela Capsule Corp. Ta sala była wyposażona we wszelkie urządzenia mające na celu utrudnić trening, a najlepiej zabić trenującego tu, między innymi w regulator ciążenia, który to był ustawiony na poziomie dwusetnym. A to oznaczało, że Vegeta, który spokojnie sobie siedział, tak naprawdę trudził się, by jego dolna część ciała nie zapadła się pod ziemię.
Mężczyzna zerwał się w mgnieniu oka i wyskoczył wysoko, zahaczając czubkiem włosów o sufit, jak gdyby nie zważając na potężną siłę przyciągania. Stanął pewnie na nogach, choć od impetu upadku, kilka kropel potu spadło i huknęło z łoskotem o podłogę. Vegeta podszedł do żelaznego manekina i bez namysłu przywalił w niego pięścią. Manekin w ułamku sekundy ożył i uchylił się. Mechaniczna ręka zaatakowała, ale Vegeta był znacznie szybszy, bo nim dotknęła celu, on zdążył już zniknąć i pojawić się za plecami maszyny. Potężnym kopniakiem posłał manekina w krótki lot, który skończył się z olbrzymim hukiem i pęknięciem w posadzce.
- Dobrze, że to pomieszczenie jest dźwiękoszczelne – szepnął sam do siebie. – Bulma by mnie zabiła…
Stalowa maszyna podniosła się bez trudu i zwróciła w stronę Sayiana, a za jej przykładem poszło kilkanaście kolejnych ustawionych w rogach pomieszczenia. Vegeta tak zajęty treningiem nie poczuł nikłego źródła energii, które wdarło się do budynku.

Trunks odgarnął włosy z czoła i odetchnął z ulgą, gdy mała Bra w końcu postanowiła zasnąć. Cichutko wyszedł z jej pokoju, gasząc za sobą światło i odwrócił się. Nie zdążył nawet zauważyć jak ktoś lub coś wymierzyło mu potężny cios w twarz. Zatoczył się i jęknął próbując odzyskać równowagę. Drugi cios powalił go na podłogę. Mdlejąc poczuł, jak z wargi buchnęła krew, a metaliczny posmak nieprzyjemnie zagnieździł się na języku.

Biegł korytarzami, skrzętnie ukrywając swoją energię. Jednym susem przeskoczył całe schody i skręcił w lewo. Zachowywał się, jakby znał drogę. Po dłuższej chwili przemierzania labiryntu korytarzy pracowni Capsule Corp. zatrzymał się przed pewnymi drzwiami. Uchylił je i chyłkiem wśliznął do środka. Był to pokój Bulmy, tego był pewien. Kobieta spała spokojnie w swoim łóżku, jej ciało częściowo było odkryte, aż nie mógł powstrzymać się od zawieszenia oczu na chwilę. Przypomniał sobie jednak o swoim celu i ciszej niż wiatr zaczął przeszukiwać cały pokój.
Minuty mijały, a nie znalazł tego ani w szafie, ani w komodzie, a szukanie w szufladach z bielizną od razu sobie odpuścił. Spojrzał na łóżko, podszedł do niego i bez zastanowienia sięgnął pod poduszkę. Jest! Ostrożnie wyciągnął okrągły przedmiot o zielonym ekranie i czerwonym przycisku sterczącym u góry.
- Mam cię… - szepnął w ciemność, a jego oczy zalśniły.
Bulma jęknęła i przewróciła się na drugą stronę, lekko uchyliła powieki. Zupełnie o niej zapomniał! Nim zdążył zareagować, kobieta wrzasnęła i wyskoczyła z łóżka lądując po jego drugiej stronie. Spojrzała z przerażeniem na mężczyznę stojącego nad jej łóżkiem odzianego w długi, czarny płaszcz. Spod kaptura sterczały brązowe włosy i patrzyły na nią przerażone, purpurowe oczy. W ręku trzymał Smoczy Radar.
- Ty… - wyjąkała przemagając strach. – Kim jesteś?! Oddawaj to!
Nie czekał na dalszy rozwój zdarzeń i szybkim susem wyskoczył przez okno. Strzaskane kawałki szkła spadły kilka metrów w dół wbijając się w ziemię, on natomiast zawisł w powietrzu.
- No, no… Masz niezłe jaja, włamując się do mojego domu i podnosząc rękę na moją rodzinę – powiedział Vegeta. – Co chcesz zrobić ze smoczymi kulami?
Mężczyzna przyczepił radar za pas i dyskretnie rozejrzał się.
- Wiesz, że nie jesteś w stanie mi uciec? Odpowiadaj, bo tracę cierpliwość.
Sayianin poczuł jak zadrżała wokół niego obca ki. Odruchowo naprężył mięśnie.
- Kaio-ken! – krzyknęła zakapturzona postać, a jego ciało okryła jasna, czerwona aura.
Płaszcz poderwał się do góry tańcząc na strzępkach energii, którą emanował nieznajomy. Nie było czasu, by się tym dziwić.
I tym razem refleks Vegety go nie zawiódł. Dumny Sayianin skupił swoją moc i w mgnieniu oka okrył się złocistą aurą, jego oczy przybrały turkusową barwę, a włosy zajarzyły się żółcią. Być może to właśnie przemiana uchroniła go przed potężnym atakiem obcego, który zjawił się obok nie wiadomo kiedy. Okryty płaszczem mężczyzna doskoczywszy do przeciwnika wyprowadził cios w twarz, chybiając dosłownie o włos. Siła zawarta w nim była tak potężna, że fala uderzeniowa trafiła w stojący na posesji Capsule Corp statek kosmiczny i rozniosła go na kawałki pozostawiając jedynie płytki lej wyżłobiony w gruncie. Vegeta nie pozostał dłużny, uderzył nieznajomego w brzuch, wbijając pięść głęboko pod żebra. Postać zgięła się i opadła nieruchomo na ramię Sayianina.
- Tch – prychnął Vegeta. – To by było na tyle.
Spróbował wyciągnąć pięść, ale ta zdawała się utknąć w ciele przeciwnika. Nim książę Sayian zdążył się obejrzeć, spod ciemnego płaszcza wysunął się olbrzymi ogon pokryty twardą i ostrą łuską. Owinął się wokół szyi Vegety i zacisnął żłobiąc nacięcia w skórze, z których popłynęła krew. Sayianin chwycił go dłońmi na próżno próbując się wyrwać, czuł jedynie zwiększający się nacisk. Nieznajomy ryknął nieludzko potężnie i napinając mięśnie cisnął przeciwnikiem prosto w budynek Capsule Corporation.
Vegeta wyrżnął w ścianę, robiąc wielką dziurę. Płyty pustaków, żelazne pręty i masa tynku nakryły ciało księcia Sayian. Bulma patrzyła na to ze zgrozą, a z oczu ciurkiem płynęły łzy. Chciała krzyknąć, ale głos utknął jej w gardle. Patrzyła jedynie, jak pod płaszczem nieznajomego przebiegają falę, jakby tysiąc oślizłych robaków przebiegało po jego plecach. Materiał falował, a postać rosła i do tego wyglądała, jak gdyby zwijała się z bólu. Klęczał, wbijając napuchnięte dłonie w ziemię, wypalając trawę samym dotykiem.
Nagle wszystko ustało, nieznajomy się uspokoił, fale zniknęły, a on sam zmalał.
Sięgnął dłonią pod połę płaszcza upewniając się, że Smoczy Radar nadal jest na swoim miejscu. I zniknął.

Gdzieś kilkaset mil na północ, Goku przewrócił się w swoim łóżku. Zerwał się prędko. Do pokoju wpadł Goten, budząc trzaskiem swoją matkę Chi-chi.
- Na Boga, co się dzieje… - wysapała zaspana kobieta.
- Vegeta-san ma kłopo…! – nim zdążył dokończyć, ojciec chwycił go za nadgarstek i razem zniknęli.
Szponiasty Mężczyzna
Ziemianin
Ziemianin
Szponiasty
Wiek: 25
Dni na forum: 1.775
Posty: 25
Skąd: Wrocław
I oto kolejny rozdział. Miłego czytania

„Opuszczam dom. Zabrałem ze sobą wszystkie potrzebne mi rzeczy… Meble, zdjęcia, te wszystkie rzeczy, które mi o nich przypominają muszą zostać. Kto wie, może jeszcze dane mi będzie je jeszcze zobaczyć. Łza pociekła mi po policzku, gdy zamykałem drzwi na klucz. Schowałem go tam, gdzie ona go chowała, w wiszącej na ganku czerwonej doniczce. Nie liczę jednak, że użyję go ponownie. Muszę znowu ich zobaczyć… Czy to po tej, czy po drugiej stronie.”
Rozdział 2 – W poszukiwaniu poszlak…
- Vegeta, powinieneś leżeć – Bulma ze złowrogim spojrzeniem położyła mężczyźnie dłoń na ramieniu i przycisnęła go do łóżka.
- Zamilcz – Vegeta pomimo groźnej miny ułożył się, choć z lekkim ociąganiem.
- Spokojnie Bulma, wygląda na to, że nic mu nie jest – Goku podrapał się po głowie. – Skoro wciąż jest obrażony na cały świat, to z pewnością nie uderzył mocno.
Książę Sayian zmierzył swojego odwiecznego rywala wzrokiem tak chłodnym, że Son poczuł gwałtowny spadek temperatury w pokoju. Po chwili dopiero jednak zdał sobie sprawę, że ów ochłodzenie spowodowane zostało otwarciem okna. Obejrzał się za siebie.
- Więc? – rzuciła krótko wysoka postać stojąca w cieniu firanek. Długi, biały płaszcz delikatnie falował na wietrze muskając co chwila podłogę. Potężne zielone ramie upstrzone czerwonymi kręgami w miejscu bicepsów sięgnęło uchwytu by domknąć okno. – Kim był?
Vegeta podniósł się z posłania i ściągnął opatrunek z szyi ukazując podłużne nacięcia na skórze, które błyszczały jeszcze od świeżo zaschniętej krwi. W tej krótkiej chwili wypełnionej ciszą wiele się wydarzyło. Piccolo zmrużył oczy przypatrując się ranom, Bulma skrzywiła się i odwróciła w poszukiwaniu waty i spirytusu, Goku natomiast rozszerzył oczy ze zdziwienia, gdyż czuł wciąż pulsującą z ran energię. Wszyscy ją czuli.
- Nie był człowiekiem, tego jestem pewien – przerwał ciszę Vegeta. – Był dziwny, nic co wcześniej bym spotkał, żadna pozaziemska rasa, jaką bym znał. I miał ogon.
- Ani ja, ani Goku nie wyczuliśmy żadnej ogromnej KI. Dziwne, że przy takich atakach nie wydzielał jej więcej – Piccolo zamyślił się, a Goku jedynie przytaknął.
- Nie była wcale duża, wręcz wydawała się nikła. Dlatego pewnie wcześniej ani ja, ani Trunks jej nie wyczuliśmy. Jest kilka rzeczy, które naprawdę mnie zdziwiły… - Vegeta spuścił wzrok i odwrócił się od nich, właśnie gdy Bulma nasączyła watę spirytusem i już się zabierała do opatrywania. – Był silny. Fizycznie, niesamowicie silny. Uderzyłem go z całej siły i poczułem, że pięść nie wbiła się w ogóle w ciało. Zupełnie jakbym trafił w skałę. Poza tym…
- Zna Kaio-kena – dokończył za niego Nameczanin.
- Co takiego?! – krzyknęli jednocześnie Goku i Bulma.
- Widziałem, jak używał go, by powstrzymać samego siebie przed jakąś przemianą. Gdy tylko mnie zobaczył, znikł bez śladu. I to też bez używania KI.
- W takim razie lecę do mistrza Kaio – krzyknął Goku, przykładając dwa palce do czoła. Zniknął.
W tym samym momencie drzwi do pomieszczenia się uchyliły a w nich pojawili się Goten i Trunks.
- Nie znaleźliśmy wiele – wyjaśnił starszy. – Poza kilkoma strzępami jego szaty, no i czymś takim…
Goten wyciągnął rękę, a na jego dłoni leżał niewielki skrawek czegoś co przypominało złuszczoną gadzią skórę. Była częściowo wyschnięta i traciła powoli zielonkawy kolor barwiąc się na brązowo. Pokryty był siatką wzorów, które wiły się na wzór wężowych łusek.
- To z ogona – powiedział Vegeta jednocześnie masując się po szyi, gdzie Bulma właśnie kończyła kolejny raz oczyszczanie ran.
- Myślałem, że moglibyśmy to przejrzeć pod mikroskopem i może dowiedzieć się, czym on jest – ciągnął Trunks. – W każdym razie żadnych innych śladów.
- Dziękuję, dobrze się spisaliście, malcy – Piccolo uśmiechnął się do nich nieznacznie. Goten oddał kawałek skóry Bulmie, która wrzuciła ją do plastikowego woreczka, po czym wraz z Trunskem skierowali się w stronę wyjścia. Vegeta lekko się obejrzał, ale widząc zatroskane spojrzenie swojego syna, prychnął jedynie i odwrócił wzrok. Goten zrozumiał przekaz i tym zapalczywiej wyciągnął Trunksa z pokoju,
- A właśnie, Kuririn poleciał do Kame Sennina opowiedzieć mu wszystko i będzie kontaktował się z resztą – najmłodszy Son rzucił na odchodne, zamykając za sobą drzwi.
W pomieszczeniu zostali tylko Vegeta, Piccolo i Bulma. Kobieta odkładała wszystkie marne przyrządy opatrunkowe na stoliczek z metalową tacą stojący przy łóżku. Zdjęła białe rękawiczki i zwróciła się do dwójki mężczyzn.
- Ten cały ktoś zabrał Smoczy Radar, a to znaczy, że szuka Smoczych Kul. Skoro nie jesteście w stanie znaleźć go za pomocą tej waszej energii i innych sztuczek to ja idę zbudować nowy radar. To powinno nas do niego doprowadzić.
Piccolo kiwnął głową, po czym odwrócił się, by ukryć lekkie zarumienienie przed całująca się parą. Bulma oderwała się od Vegety i z uśmiechem opuściła pokój. Nameczanin opanował się, choć nie obrócił się już. Stali kilka krótkich chwil w ciszy do siebie plecami.
- Nie zabił cię – wyrzucił w końcu Piccolo.
- Nie byłby w stanie – odparł spokojnie, choć nie od razu Sayianin.
- Ty go też nie zabiłeś.
Vegeta przemilczał. Wiedział doskonale, że Piccolo mówi prawdę i czekał jedynie, aż ten zada swoje pytanie.
- Mówiłeś, że zdziwiło cię kilka rzeczy, a wymieniłeś tylko dwie. O czym jeszcze nie powiedziałeś?
- Nie jestem pewien. Wszystko było dziwne. Zachowywał się, jakby wiedział o nas wszystko. Wiedział, że radar jest w pokoju Bulmy, a nie w żadnym sejfie, czy w innym bezpieczniejszym miejscu. Nie próbował uciec, wiedział, że bym go dogonił. Uciekł dopiero, gdy nie byłem w stanie go gonić, a ty spróbujesz mnie wygrzebać, zamiast za nim lecieć. Ukrył KI, żeby Kakarotto nie mógł się do niego teleportować. Za dużo tej precyzji… Do tego…
- Co? – spytał Piccolo nie mogąc doczekać się odpowiedzi.
- Nic – Vegeta uciął krótko i wyszedł z pomieszczenia. Nie chciał dać Nameczaninowi drugiej szansy na dalsze pytania. I tak poczuł się wyjątkowo wylewny. To zupełnie do niego nie podobne. Dlatego musi się wyżyć, zdenerwować… Przywalić komuś.
Grota była sucha. Mimo, iż wejście skrywał wodospad, to woda wpadała wpierw na niewielką półkę skalną, co zapewniało pewien odstęp od podłoża. W końcu tunelu żarzyło się światło ogniska, które odbijało się blaskiem w trzech kryształowych kulach leżących nieopodal. Ich bursztynowo-złota barwa rozpromieniała snopy świetlne i rozświetlała grotę gamą barw. W środku każdej kuli widniały szkarłatne gwiazdki. Te miały ich kolejno dwie, pięć i siedem.
Na gołej skale zastukały twarde obcasy. Mężczyzna zdjął zmoczony płaszcz i rzucił go w kąt. Koło paleniska wylądował kij z nabitymi nań dwoma łososiami oraz kosz wypełniony po brzegi różnymi owocami, począwszy od soczystych, czerwonych jabłek, a na drobnych czarnych jagodach skończywszy.
Mężczyzna był stosunkowo szczupłej postury i średniego wzrostu. Długie, brązowe włosy opadały mu spiczastymi kosmykami na ramiona, a zza nich patrzyły ciemne, niczym węgle, piwne oczy. Rysy jego twarzy były dorosłe, ale jeszcze dalekie od starości, choć po obu stronach nosa miał podłużne, widoczne linie, które mogły być zarówno zmarszczkami, jak bliznami. Przysiadł on na sporych rozmiarów kłodzie ułożonej nieopodal ogniska i ogrzał na ogniu dłonie. Skórę miał barwy kaukaskiej, czyli po prostu białą, lecz nie bladą. Odziany był w czarne, szerokie spodnie przepasane białym, jedwabnym pasem. Na ramiona narzuconą miał luźną tunikę, również ciemną, a pod nią leżał czerwony podkoszulek. Nadgarstki zwieńczył opaskami tego samego koloru.
Sięgnął on do kosza wyciągając jabłko i wgryzł się w nie z impetem, aż sok ściekł mu po brodzie kapiąc na zielony ekran Smoczego Radaru. Nie będąc pewien, wbijał wzrok w okrągłe urządzenie jeszcze przez kilka chwil, aż z letargu wyrwał go strzelający odgłos palonego drewna. W końcu nacisnął wielki guzik.
Ekran zamigał, a radar wydał z siebie kilka piknięć. W końcu pojawiła się na nim mapa, o promieniu kilkudziesięciu mil. Ku jego zaskoczeniu maszyna poinformowała go również, żółtą błyszczącą kropką, o położeniu jednej ze smoczych kul, o dziwo o kilka mil na zachód od niego. Mężczyzna uśmiechnął się sam do siebie, wsunął resztę ogryzka, wypluwając jedynie ogonek i wyskoczył z jaskini nie naciągnąwszy na siebie nawet płaszcza.
Grota znajdowała się kilka dobrych metrów nad ziemią, a mimo to, on wylądował na niej z gracją, niczym piórko. W mgnieniu oka puścił się biegiem przez las okalający okolicę i lawirując w niezwykłej szybkości między drzewami skierował się na zachód. Biegł tak prędko, że wiatr ciągnący się za nim strącał z drzew i krzaków owoce, orzechy, a czasem nawet i ptaki z ich legowiskami. Jednym susem przeskakiwał całe skały, czy zagajniki. W chwilę później zerknął na ekran radaru i widząc, że jest już niemal u celu, zwolnił. Wyskoczył w górę lądując na samotnej, pionowej skale piętrzącej się wysoko nad doliną. W podnieceniu zaczął nerwowo rozglądać się dookoła, próbując oczami wyłapać pojedynczy błysk kryształowej kuli.
I o to ujrzał ją.
Leżała sobie spokojnie w gnieździe jakiegoś dużego ptaka, obok kolorowych jaj, które rzeczywiście łatwo można było z nią pomylić, zawieszonego na koronie dużego drzewa. Już miał po nią zeskoczyć, kiedy poczuł coś.
Szybkim susem znalazł się pod pionową skałą. Spojrzał w niebo. W pewnej odległości dostrzegł znajomą mu osobę o długich, szarych włosach dryfującą w powietrzu w towarzystwie nieco mniejszego od niego chłopaka, który miał czarną, spiczastą i sterczącą we wszystkie strony fryzurę. Znał ich obu. I obaj oni, ku jego nieszczęściu, postanowili zatrzymać się właśnie na tej pionowej skale, pod którą on się znajdował.
Wyświetl posty z ostatnich:

Forum DB Nao » Różne » Nasza twórczość » Teksty » [Fanfik DB] W poszukiwaniu...
Przejdź do:  
Dragon BallForum DB NaoAnime GakureAnime PhrasesDr. Slump
Powered by phpBB
Copyright © 2001-2017 DB Nao
Facebook