Forum Dragon Ball Nao

» [Sesja] W cieniu Siedmiu

Strony: poprzednia  1, 2, 3
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.726
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Gdy Xan wszedł do naszej sali stanąłem na równe nogi i uścisnąłem go po bratersku widząc powracające na jego twarzy kolory. Ronin lekko się zachwial więc kazałem mu usiąść. Z chęcią też zabrał się za spożywanie jadła gdyż podczas jego męczarni z xillem nie był w stanie praktycznie nic zjeść. Jednak powracał do zdrowia i to było najważniejsze. Jeden z kapłanów uczestniczących w rytuale uprzedził Xana i nas aby przez kilka następnych dni starał się nie przemęczać gdyż jego organizm musi dojść do siebie. Zacząłem 'głośno' myśleć zastanawiając się nad jakimś koniem dla mego przyjaciela, ale nasze fundusze, które i tak były już prawie na wyczerpaniu nie wystarczyły na taki zakup. Z chęcią pomocy natychmiast wyskoczył Ragven. Baryłkowaty krasnolud zaczął nam mówić, wykonując przy okazji tysiąc niepotrzebnych gestów rękoma, jakich to on nie ma znajomości w Keczulli i, że zdobycie konia nie stanowi dla niego żadnego problemu. Szczerze podziękowałem naszemu nowemu niespodziewanemu kompanowi i obiecałem mu, że Helm na pewno [ ort! ] mu pobłogosławi. Wszyscy (a najbardziej ja i naturalnie Xan) odprężyliśmy się po odegnaniu choć jedengo niebezpieczeństwa jakim był xill. Rozmowa zaczeła schodzić na dużo bardziej weselsze tematy. Szczególnie dzięki Ragvenowi, opowiadał nam o swojej niedawnej bójce (kolejnej w tym tygodniu) w karczmie. Nie trudno było polubić krasnoluda. Był bardzo otwarty w stosunku do nas wszystkich i rozmawiał z nami swobodnie. Szybko jednak rozmowa się urwała gdyż zauważyłem, że nie ma z nami Solace już od jakichś dziesięciu minut. Zaniepokojony spytałem Tary czy nie wie gdzie poszła jej siostra. Ta prychając machneła ręką mówiąc od niechcenia, że poszła do naszego mrocznego przyjaciela. Wymawiając słowo przyjaciel robiła to w sposób wyjątkowo ironiczny.

***

Solace wyszła przed świątynie na droge oświetloną przez liczne latarnie. Niedaleko spokojnie zmierzały w drugim końcu alejki jakieś dwie osoby, a kolejna postać wchodzila do świątyni znajdującej się naprzeciw świątyni Helma. Rozglądała się troche niespokojnie po okolicy gdy usłyszała szept z pobliskiego zaułka. Znała ten głos, to był Veldrin. Natychmiast pobiegła do niego z uśmiechem wręczając mu porcje mięsa. Powaga na twarzy mrocznego elfa natychmiast powiedziała jej, że coś jest nie tak.
-Słuchaj Solace, ktoś nas śledzi i ten ktoś jest w mieście. Wracaj do reszty i ostrzeż ich, nie mamy wiele czasu.
-Ale... - zaczeła elfka, ale drow przerwał jej
-Prosze, sam nie wiem dokładnie kto to jest i czego od nas chce, ale musimy być gotowi.
Veldrin spojrzał na nią zaniepokojony, a druidka kiwnięciem głowy zgodziła się z nim i szybkim krokiem zaczeła wracać w kierunku świątyni.

***

Shadow i trzech jego ludzi obserwowało świątynie Helma tym razem ostrożnie i z dużo lepszego miejsca. Tym razem także byli doskonale skryci lekko zaniepokojeni osobnikiem którego zauważył Nissar, szpieg Shadowa. Mistrz w czarnym kapturze spostrzegł z ledwością przenikającą w ciemności między cieniami szczupłą sylwetek. W nocy widział doskonale niemal wszystko, ale tym razem miał problem z dokładniejszym śledzeniem tej osoby. Lekkim ruchem dłoni przywołał do siebie Nissara.
-To chyba on - rzekł sługa.
Shadow nie mial wątpliwości, że to ta sama osoba, gdyż musiał to być jeden z towarzyszy grupy paladyna. Możliwe, że zostawili go dla pewności, że nikt ich nie śledzi. Chyba Shadow ich nie doceniał... Człowiek ten poruszał się ze wspaniałą gracją. Był kimś doświadczonym i sprawnym. Tego złodziej był pewien, wyczytał to z jego ruchów. Czekał jeszcze jakiś czas wciąż obserwując gdy ze świątyni wyszła elfka, jedna z towarzyszek ich celu. Złodziej lekko drgnął układając w swej głowie szybki plan. Tajemniczy osobnik, ktorego również obserwowali zniknął za ścianą jednego z budynków. Po chwili druidka poszła w tamtym kierunku. Oszpeconą twarz Shadowa wykrzywił złośliwy uśmiech skryty pod maską. Może wykorzystać tą dwójke do wywabienia reszty ze świątyni nie narażając się na starcie z kapłanami, przy okazji dowie się kim jest tajemiczy osobnik. Językiem migowym porozumiał się z resztą swych towarzyszy przekazując im szybko tylko kilka znaków, a świetnie wyszkolony oddział wiedział już co ma robić.

***

Solace truchtem zmierzała do drzwi gdy między kamienie w ulicy wbiła się tuż przed ją stopą strzała. Elfka rozejrzała się zaniepokojona, a gdy z powrotem zwróciła swe lico przed siebie z cienia wyłaniał się już mężczyzna ubrany na ciemno wraz z opuszczonym nisko czarnym kapturem. Z zaułka z krzykiem wybiegł Veldrin dzierżąc już w rękach miecz. Brzęk cięciwy łuku... Czuły słuch drowa uslyszał to i świst nadlatującej strzały. Zręcznie wymachując swym mieczem przeciął ją w locie. Strzelający z pobliskiego dachu złodziej był bardziej niż zdziwiony, nie tylko wspaniałą defensywą, ale i widokiem drowa. Mroczny elf jednak wykonując ten manewr obronny nie mógł obronić się przed drugą nadlatującą strzałą. Wbiła mu się głęboko w ramie a bełt tylko zadrgał grzęząc w mięśniach. Wybity z rytmu Veldrin automatycznie przystanął zaciskając zęby z bólu. Wykorzystał to trzeci ze złodziei posyłając drowowi kolejny śmiercionośny pocisk w noge. Mroczny elf padł na kolano. Atakujący uczynili dokładnie tak jak kazał im zrobić Shadow. Nie mieli ich zabijać. na razie [ ort! ]...
-Veldrin!! - krzykneła wstrząśnięta widokiem rannego elfa Solace
-Prosze cię Solace, uciekaj!! - wrzasnął drow stając na nogi i nie zwarzając na ból biegnąc w kierunku Shadow'a stojącego na drodze druidki. Kolejna strzała przeszyła powietrze, ale nie trafiła mrocznego elfa. Zdołał on w ostatniej chwili odskoczyć na bok. Nie tracąc czasu w chwili uniku napiął wszystkie mięśnie i skoczył do przodu chcąć pokonać ostatni odcinek drogi dzielącej go od Shadow'a. Złodziej nie był zaskoczony tym atakiem gdyż był on łatwy do odczytania, a drow działał bardziej pod wpływem emocji niż rozumu chcą chronić kobiete. Błąd, na który Shadow sobie nigdy nie pozwoli. Wykorzystał pęd Veldrina i lekko uchylił się na bok. Rozpędzony elf nie mógł natychmiast zmienić kierunku ataku, a złodziej ponownie wykorzystując to uderzył mocno kolanem w brzuch drowa, ten czując jak ma miażdżone wnętrzności padł na ulice upuszczając swój oręż. Na zakapturzoną głowe złodzieja spadał już kostur jednak doświadczony zabójca złapał go w ostatniej chwili i szybkim oraz gwałtownym ruchem machnął nim za siebie odrywając w ten sposób druidke od ziemi gdyż ściskała ona mocno swą broń. W odpowiednim momencie puścił kostur, a Solace uderzyła plecami o mur. Świat zawirował jej przed oczyma. Wściekły Veldrin ponownie chwycił miecz i tym razem z głośnym wrzaskiem machnął nim w kierunku złodzieja. Był zbyt pochłonięty walką by zauważyć, że reszta oddziału tylko się przygląda...

***

Revan i reszta usłyszeli na zewnątrz jakieś hałasy, a po chwili krzyk drowa. Wszyscy zerwali się na równe nogi i pobiegli ku wyjściu, nawet Xan, a Revan wiedział, że nie ma sensu chociaż próbować odwlec go od tego. Wypadli na zewnątrz, prosto na ulice. Zobaczyli próbującą dojść do siebie Solace i Veldrina, z dwoma sterczącymi z niego strzałami i starającego się mimo ran nawiązać jakąś równą walke z postacią w czarnym kapturze. Trzech złodziei na dachu ukryło się natychmiast gdy grupa wyłoniła się z drzwi naciągając już na cięciwy nowe strzały. Shadow był zadowolony widząc wszystkich, zobaczył też, że dołączył do nich jakiś krasnolud. Przeciwników robiło się zbyt wielu, a dłuższa walka przyciągnie kapłanów Helma, a także i po pewnym czasie straż. Musiał działać szybko, należało wytrącić ich z równowagi aby zaczeli popełniać błędy i wystawili się dla jego łuczników. Znał sposób, ponownie emocje, jak wiele razy, zgubią jego przeciwników. Przemieżył swym zimnym wzrokiem w ułamku sekundy po wszystkich twarzach i wybrał... Veldrin ponownie skoczył do ataku padając jednak na kolana gdy ból przeszył jego ranne udo. Revan już miał miecz w rękach, podobnie jak Xan i reszta swe bronie. Shadow kopnął w twarz mrocznego elfa, a ten zalał się krwią. Gdy wszystkie oczy automatycznie zwróciły się ku niemu posłał ukryty sztylet prosto w pierś Tary. Ostrze dotarło do celu odbierając elfce ostatni oddech w jej życiu...

Obraz
"You can almost say music is beyond all race, color of skin and religion. There are so many problems in the world, but music is truly beyond... It is fantastic."
SUGIZO
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.712
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Budzę się gwałtownie, momentalnie kończąc swój sen. Leżę na twardej ziemi, usłanej miejscami rzadką, suchą trawą.
Lekko się podnoszę i siadam. Ze zdziwieniem stwierdzam, że czuję się nieźle. Rozglądam się. Wokół nikogo nie ma. To musi być sen.
Wstaję i zauważam, że stoję na szczycie wzgórza. Podchodzę do jego krawędzi. Jest bardzo strome.
Obserwuję okolicę. Promienie zachodzącego słońca oświetlają znajdujący się u stóp wzgórza las, podobny do tego, przez który wędrowałem wraz z Revanem. Jednak jest w nim coś niepokojącego.
- Piękne miejsce, nieprawdaż?
Tichondrius.
- Jednak próżno by było go szukać na Pierwszym Materialnym. To Krainy Bestii.
Jak na zawołanie gdzieś z oddali słychać wycie wilka.
- Chaos tu panujący jest wspaniały – kontynuuje demon – Jednak niestety towarzyszy mu dobro. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Nie odpowiadam. Zamiast tego zamykam oczy i zaczynam szeptać wszystkie modlitwy do Ilmatera, jakie tylko przychodzą mi na myśl.
- Coś ty taki wystraszony? – mówi inkub z udawanym zdziwieniem – Nie chcę ci w żaden sposób zaszkodzić. Mam propozycję. Bardzo opłacalną.
Robi efektowną pauzę. W głowie słyszę głos namawiający mnie, bym mu zaufał, zagłuszam go jednak żarliwymi modłami. Po chwili demon zmuszony jest kontynuować, nie doczekawszy się z mojej strony żadnej odpowiedzi.
- Przyłącz się do mnie! – woła z zapałem, naiwnie, lecz dziwnie przekonująco – Razem zniszczymy Siedmiu i zawładniemy wieloświatem!
Przerywa, oczekując odpowiedzi. I doczekuje się.
- Idź do diabła – mówię twardo, zaciskając powieki.
- Nie, dziękuję, nie przepadam za baatezu! – śmieje się sztucznie.
- Zostaw mnie.
- Ależ przemyśl...
- Odejdź! – krzyczę. Mój głos drży, jednak nie wiem, czy bardziej ze złości, czy strachu – Przepadnij, demonie!
Tichondrius milknie. Po chwili przemawia ponownie, cicho i zimno.
- Nie jestem zbyt dobry w gadaniu z wrogami – cedzi – Jednak jaki jestem w walce z nimi, zapewne pamiętasz. A więc propozycję zamieniam na ultimatum: przyłącz się do mnie albo zginiesz.
Nie odpowiadam, tylko jeszcze mocniej zaciskam powieki. Przekonujący szept ponownie rozbrzmiewa w mojej głowie, lecz nie zwracam na niego uwagi.
- Odważny jesteś – w głosie czarta brzmi wyraźna złośliwość – Nie boisz się o swoje życie. Jednak co by było, gdybym zabił twego przyjaciela, Revana? Też byś był taki twardy?
Błyskawicznie się obracam, zadając potężne kopnięcie z półobrotu. Moja stopa przebija ciało Tichondriusa dokładnie pośrodku jego klatki piersiowej. Jednak nie wydaje się, by demon się tym przejął.
Inkub spogląda na moją nogę i kręci głową, po czym błyskawicznie chwyta mnie oburącz nieco powyżej łydki. Gwałtownym szarpnięciem łamie kość, czemu towarzyszy ohydne chrupnięcie. I mój krzyk.
- Nie chciałeś po dobroci – mówi, odpychając mnie od siebie i cofając się o krok – To będzie po złości.
Zaczyna koncentrować manę między dłońmi, zaś ja wznawiam swoje modły do Ilmatera. Które zostają wysłuchane.
- Zostaw go.
Głos jest twardy, nieznoszący sprzeciwu. Słyszałem go już. To Rabican.
- Zostaw go – powtarza.
- O, czyżby najpotężniejszy z Siedmiu, legendarny Śniący Lisz, zainteresował się poczynaniami takiego skromnego demona jak ja? Zaszczyconym, zaszczyconym! – woła Tichondrius.
- Zostaw go.
- Czy tylko tyle potrafisz powiedzieć? – kontynuuje inkub kpiarskim tonem – A może podczas Przemiany wysechł ci język? Zapewne podobnie jak genitalia. Cóż, nie dziwię się, że Shar jest niezadowolona, skoro jej kochanek...
- Czy ty potrafisz tylko gadać? – mówi falsetem nieumarły – Jesteś aż tak słaby w walce?
Słychać warknięcie. Czym prędzej odczołguję się na większą odległość. Dostrzegam, że Tichondrius przyjmuje postać olbrzymiego demona o potężnych, błoniastych skrzydłach.
- Teraz poczujesz prawdziwą moc! – woła, gdy przemiana dobiega końca.
Fala uderzeniowa ognistej kuli rozchodzi się na wiele metrów od bestii, lecz z niewiadomego powodu w ogóle jej nie odczuwam.
- Ah, masz osłonę! – kiwa z uznaniem głową inkub – Ciekawe, czy przetrwa ona to!
Klaszcze dłońmi. Czuję, jak osłona pęka. Ale za nią jest druga, trzecia, czwarta...
- To wszystko, na co cię stać? – komentuje zimno Rabican.
Demon warczy i rzuca się do walki. Pokonuje dwa metry, zastyga w bezruchu i wybucha w oślepiającej eksplozji. Na jego miejscu znajduje się kupka popiołu i pięknie wykonany sejmitar.
Lisz podchodzi bliżej, pochyla się i podnosi z ziemi broń. Ostrze lśni złowieszczo.
- Stary, dobry Widmowy Rodzaj – uśmiecha się upiornie.
Zwraca ku mnie swą wysuszoną twarz, marszcząc skórę nad pustymi oczodołami. Kulę się pod tym spojrzeniem, jednak nieumarły nie ma najwyraźniej złych zamiarów. Podchodzi spokojnie i przystaje tuż obok mnie.
Spodziewam się, że poda mi rękę i pomoże wstać, jednak on tylko beznamiętnym ruchem wsuwa swój piękny oręż do pochwy na plecach. Podpierając się o drzewo, podnoszę się i patrzę w nieodgadnione oblicze najpotężniejszego z Siedmiu.
- Cóż – mówi, rozglądając się – Chyba powinieneś już wrócić na swój plan, prawda?
Przytakuję skwapliwie.
- Dobrze – otwiera granatowo-fioletowy portal – Wejdź, proszę.
- Tak po prostu? – pytam ze zdumieniem – Żadnej rady?
- Tak po prostu – odpowiada zimno – Żadnej rady. Pamiętaj, nie jestem twoim przyjacielem. Chociaż należę do tej samej organizacji, co Yoel, mam na twój temat zupełnie odmienne poglądy niż on.
Spoglądam jeszcze raz na Rabicana, po czym bez słowa przekraczam magiczną bramę.

***

Budzę się z jękiem na twardym, kamiennym katafalku. Niewielka komnata, w której się znajduję, jest oświetlona dziesiątkami kul magicznego światła, których blask z początku mnie oślepia. Dopiero po paru chwilach, gdy mój wzrok częściowo przyzwyczaja się do lśnienia, dostrzegam zdobiące ściany liczne tarcze. Na każdej z nich namalowane jest Otwarte Oko – jeden z symboli Helma.
Zsuwam się na krawędź zimnej płyty i dopiero wtedy zauważam, że jest to łóżko. Cóż, świątynie Strażnika nigdy nie słynęły z wygody, przypominając bardziej koszary lub strażnice niż siedziby kapłanów jednego z najpopularniejszych kultów w Faerunie.
Nagle tuż przed moją twarzą pojawia się ogromne oko, a pod nim pełna zębów paszcza. Wrzeszczę odruchowo, na co oko i paszcza reagują gwałtownym odsunięciem się ode mnie. Wtedy dostrzegam, że tak naprawdę jest to maleńki beholder, który teraz mruży swe główne ślepie i krzywi się z niesmakiem.
- Trzeba się było tak drzeć? – mówi płynnym wspólnym, z wyraźnym wyrzutem – Jest jeszcze noc. Chcesz obudzić całą świątynię czy co?
- Przepraszam – czuję się lekko zakłopotany – Twój wygląd jest dość... ekstrawagancki.
- To samo ja mogę powiedzieć o twoim – odpowiada, oblatując mnie dookoła – Tylko jedna para oczu, małe zęby i te całe... jak wy to nazywacie? 'Kończymy'?
- Może 'kończyny'? – podpowiadam z uśmiechem, czując się już znacznie swobodniej.
- Właśnie! – przytakuje z entuzjazmem potwór, oblizując się swym wielkim różowym językiem – Nie jesteś wcale taki głupi. Jak na człowieka, oczywiście.
- Jesteś spectatorem? – postanawiam zmienić temat.
- Nie – odpowiada poważnie bestia – Cnotą utraconą zeszłego lata przez cycatą córkę młynarza.
Wybucha śmiechem, który wzmaga jeszcze moje zmieszanie.
- Przepraszam – mówię cicho, czerwieniejąc.
- Nie ma sprawy, człowieczku – szczerzy się beholder.
- Co powiesz na to, byśmy się bliżej poznali? – proponuję – W końcu chyba nie będziemy się do siebie zwracać po nazwie rasy. Ja mam na imię Xan.
- Mojego imienia – potwór wydaje z siebie odgłos, który ma być zapewne westchnieniem, ale brzmi jak spuszczane z dętki powietrze – nie da się wymówić w waszym dziwnym języku.
- A więc wypowiedz je w mowie beholderów – sugeruję.
Spectator bierze głęboki oddech, po czym wydaje dźwięk będący czymś pośrednim między muczeniem krowy, odgłosem miażdżonych kości oraz czkawką.
- Ładnie, prawda? – mówi z zadowoleniem – To znaczy 'Trzykrotnie Przeklinany przez Wielką Matkę'.
- Nie czcisz jej? – jestem szczerze zdumiony.
- Oczywiście, że nie! – obrusza się bestia – Jest zła do szpiku kości i chaotyczna niczym wiatry Pandemonium. Moim bóstwem opiekuńczym jest Helm – kończy z dumą.
- Nie jest dla ciebie zbyt poważny?
- Gdzie tam! – woła, podlatując to w górę, to w dół – On też ma poczucie humoru, ale rzadko je okazuje. Po prostu całą swoją uwagę poświęca na obowiązki. Nie jest takim sztywniakiem, jak o nim opowiadają.
- Podobnie jak jego sługi – dodaję – Mój przyjaciel jest paladynem w służbie Czujnego i...
- Jasna cholera! – beholder zatrzymuje się w powietrzu i wytrzeszcza główne oko – Na śmierć zapomniałem! Miałem cię odesłać do komnaty gościnnej, gdy tylko się obudzisz! Twoi towarzysze czekają tam na ciebie!
Zeskakuję z twardego łóżka na jeszcze twardszą podłogę. Moje osłabienie daje o sobie znać i o mało się nie przewracam. Gdy odzyskuję równowagę, zrywam się ponownie w kierunku drzwi i nagle przypominam sobie, że jestem nagi.
Odwracam głowę w kierunku spectatora, lecz nim zdążę cokolwiek powiedzieć, moje kimono uderza mnie prosto w twarz. Zakładam je czym prędzej, kątem oka łowiąc drwiący uśmieszek potwora.
- Eh, wy ludzie! – mówi, podając mi telekinezą pas i pochwy z mieczami – Po co nosicie te całe 'ubrania'? Rozumiem, chronią przed chłodem, ale tobie chyba nie jest za zimno?
Pozostawiam to bez komentarza. Beholder zmienia temat i pokrótce opisuje mi sposób dotarcia do komnaty, w której znajdę swoich kompanów. Dziękuję mu i żegnam się szybko, pragnąc jak najprędzej spotkać się z towarzyszami.

***

Idąc zgodnie ze wskazówkami danymi przez poznanego spectatora, bez trudu odnajduję drogę wśród licznych koszar, zbrojowni i sal ćwiczeń, docierając w końcu do komnaty zajmowanej przez moją drużynę.
Gdy wchodzę do środka, Revan wstaje i obejmuje mnie po bratersku. Oddaję uścisk, patrząc z uśmiechem w lśniące łzami wzruszenia oczy paladyna. Gdy mnie puszcza, tracę na chwilę równowagę i o mało się nie przewracam. Mój przyjaciel podtrzymuje mnie i każe mi usiąść.
Spoczywam na twardym krześle i dopiero wtedy zauważam, że kompania wzbogaciła się o jeszcze jedną osobę. Revan przedstawia mi baryłkowatego krasnoluda, Ragvena, który wznosi toast za moje zdrowie kuflem złocistego trunku. Uśmiecham się przyjaźnie do brodacza, po czym słucham z uwagą opowieści o jego licznych przygodach, posilając się jednocześnie twardym, lecz wspaniale smakującym chlebem.
Po paru chwilach do sali wchodzi bez pukania kapłan Helma, oznajmiając bezceremonialnie, że nie powinienem się przemęczać przez kilka najbliższych dni, gdyż mój organizm jest wciąż osłabiony. Uśmiecham się cierpko, a Revan zaczyna głośno rozważać możliwość zakupu konia, sam jednak dochodzi do wniosku, że nas na to po prostu nie stać.
Wtedy swą pomoc oferuje krasnolud, chwaląc się swymi znajomościami w Keczulli, w której się zapewne znajdujemy. Nim zdążę zaprotestować, paladyn dziękuje mu z uśmiechem za wsparcie, a rozmowa ponownie przechodzi na lżejsze tematy.
Kiedy brodacz opowiada sprośną historyjkę o swojej przygodzie z miejscową ladacznicą, kątem oka dostrzegam, że Revan półgłosem pyta o coś Tarę. Elfka odpowiada bardzo krótko, prychając i machając gniewnie ręką. Wtedy zauważam, że Solace gdzieś znikła i nie ma jej z nami od dobrych dziesięciu minut.
Nagle wszyscy w sali milkną. Z zewnątrz dobiegają niepokojące hałasy, przypominające odgłosy walki. Na dźwięk potwornego wrzasku podrywamy się jednocześnie, chwytając swą broń. Mój przyjaciel chce mnie zatrzymać, bym się nie narażał, lecz powstrzymuję go spojrzeniem. Wybiegamy z komnaty, zmierzając ku bramom świątyni.



Część MG:


Shadow z zadowoleniem obserwuje, jak jego działania odnoszą zamierzony skutek. Paladyn i krasnolud rzucają się z bojowym okrzykiem ku niemu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami tego nieroztropnego czynu. Niestety, jego cel, czarnowłosy wojownik z dwoma mieczami, jest bardziej ostrożny i pozostaje nieco z tyłu. Ciebie również dopadnę, myśli złodziej, nawet na ciebie znajdę sposób. Pod ciężką pokrywą stalowej maski pojawia się złowieszczy uśmiech.
Skrytobójca krótkim gestem daje znak swym sługom, by dwóch spośród nich włączyło się do walki wręcz. Łucznicy z kocią gracją zeskakują na ziemię, stając w pobliżu swego pana z obnażonymi ostrzami.
Revan, płonąc gniewem i wykrzykując imię swego boga, rzuca się ku zabójcom. Shadow tylko na to czekał. Błyskawicznym piruetem unika potężnego ciosu oburęcznego brzeszczotu, niebezpiecznie zbliżając się do paladyna. Święty wojownik broni się rozpaczliwie, tnąc ukośnie, lecz złodziej nurkuje pod śmiercionośną klingą i przejeżdża swym mieczem po nieopancerzonej klatce piersiowej przeciwnika.
Paladyn krzyczy z bólu i wypada z rytmu. Skrytobójca przenosi ciężar ciała na drugą nogę, gwałtownie skręcając i omijając ciężki, krasnoludzki topór. Uderza plecami o drzewo, odbija się od niego i biegnie w kierunku wojownika z dwoma mieczami, po drodze szybkim kopnięciem powalając usiłującego wstać drowa.
Zabójca ściera się z wciąż panującym nad emocjami Xanem i okrąża go, by móc jednocześnie walczyć i obserwować, jak radzą sobie jego podwładni. Ronin jednak domyśla się zamiarów złodzieja, zmuszając Shadowa do ponownego odwrócenia się twarzą w kierunku świątyni.
Skrytobójca zgrzyta zębami, lecz nie traci panowania nad sobą. Krótkim gestem daje znak łucznikowi, który posyła strzałę w kierunku ramienia czarnowłosego wojownika.
Xan dostrzega pocisk, lecz jest zbyt związany walką, by go odbić lub przeciąć. Desperacko tnie kataną, wystawiając się na ciosy złodziejskiej klingi, lecz zmuszając przeciwnika do parady osłaniającej go przed lecącym szypem.
Strzała ociera się o maskę złodzieja, krzesząc na niej iskry. Shadow jednak nie zwraca na to uwagi. Omija zręcznie oba miecze ronina, zbliżając się do nieprzyjaciela na zaledwie kilka centymetrów. Nie chce go zabić, za żywego dostanie pewnie więcej złota, więc uderza go rękojeścią w twarz. Wargi wojownika pękają jak dojrzałe wiśnie, a on sam pada oszołomiony na ziemię.
Zabójca jednak już tego nie widzi. Wpada między krasnoluda a przytomną już druidkę, uchylając się przed ciosami. Kostur i topór zderzają się ze sobą, a krasnoludzka stal przecina zaczarowane drewno. Solace odrzuca zniszczoną broń, jednak nim zdąży rozpocząć przemianę w łasicołaka, miecz skrytobójcy zakreśla na jej udzie głęboką, czerwoną szramę.
Elfka krzyczy i odruchowo łapie się za ranę, a złodziej wznosi klingę do końcowego ciosu. Wtedy dostrzega jednak, że drow zdążył podnieść się z ziemi i teraz biegnie w jego kierunku. Szybkim piruetem ucieka z zasięgu krasnoludzkiego toporzyska, krzyżując ostrze z mrocznym elfem.
Nie daje mu jednak satysfakcji pojedynku. Wykorzystuje przejęty impet do dostania się pomiędzy Revana a dwóch swych podwładnych, dając jednocześnie ręką znak trzeciemu.
Szczęk cięciwy i świst przecinającej powietrze strzały splatają się w jeden dźwięk. Paladyn zastyga ze wzniesionym mieczem, a po chwili pada na kolana. W jego lewym barku tkwi długi, prawie półmetrowy szyp.
Shadow unika zręcznie ciosu krasnoludzkiego topora i rzuca drobny sztylecik w krępą postać swego przeciwnika. W tym samym momencie orientuje się, że jasnowłosy rycerzyk znalazł się poza zasięgiem jego miecza. Wściekły, że nie może osobiście pozbawić go życia, daje wymowny znak swym dwóm sługom.
Złodzieje jednocześnie wznoszą swój oręż, a Revan przymyka oczy w oczekiwaniu śmierci. Jednak wtedy w środek twarzy jednego z zabójców trafia miecz o cienkim, lekko zakrzywionym ostrzu i srebrno-zielonej rękojeści. Zaraz za nim pojawia się jego właściciel, doskakując do martwego skrytobójcy i wyszarpując rzuconą broń z jego czaszki.
Xan blokuje cios drugiego złodzieja przy pomocy wakizashi, częściowo się odsłaniając. Zdradziecka klinga Shadowa napotyka stanowczy opór katany, lecz ronin znajduje się przez to w trudnym położeniu. Zamaskowany morderca skrzętnie to wykorzystuje, szybkim kopnięciem łamiąc wojownikowi prawą nogę.
Krzyk bólu Xana zlewa się w jeden dźwięk z głuchym odgłosem uderzenia okutej pięści. Cios jego przeciwnika łamie mu nos i powala na ziemię. Ronin pada na wznak obok swego przyjaciela, wciąż niemogącego się podnieść.
Zamaskowany zabójca zostaje zmuszony do nawiązania pojedynku z upartym krasnoludem, więc do zabicia dwóch rannych wrogów oddelegowuje swego sługę. Jednak ponownie nie jest mu dane tego dokonać.
Wspaniały, bogato zdobiony oburęczny miecz o lśniącej klindze przebija na wylot zdumionego złodzieja. Nim skrytobójca zdąży krzyknąć, drow błyskawicznie wyciąga z niego ostrze i szybkim cięciem odcina mu głowę.
Shadow zauważa to kątem oka i daje znak wciąż doskonale ukrytemu łucznikowi. Xan dostrzega delikatny gest i zrywa się ostatkiem sił, chcąc osłonić mrocznego elfa.
Wypuszczona z długiego łuku strzała grzęźnie w plecach ronina, przebijając się nieco powyżej jego nerki. Shadow klnie plugawie i wykonuje krótki ruch lewą dłonią, przywołując do siebie ostatniego ze swych podkomendnych.
Nim łucznik, zeskoczywszy na ziemię, zdąży podbiec do walczących, jego przywódca uderza łokciem Veldrina. Osłabiony drow próbuje utrzymać równowagę, lecz potyka się i przewraca. Zamaskowany zabójca wykorzystuje okazję i błyskawicznie odcina mu prawą rękę.
Wrzask bólu elfa znajduje godnego towarzysza w krzyku kopniętego w krocze krasnoluda. Nim jednak Shadow zdąży spożytkować zdobytą przewagę, spada na niego ogniste ostrze dzierżone przez Solace.
Czarny płaszcz, ledwo muśnięty płonącą głownią, zapala się. Jego właściciel klnie i zrzuca go z ramion, dając elfce czas na wyprowadzenie kolejnego ataku. Shadow jednak nie przestaje być czujny i szybkim piruetem oddala się o kilka metrów. Druidka i krasnolud podążają za nim.
Tymczasem łucznik, zeskoczywszy z drzewa, dobiega do próbującego zatamować krwotok Veldrina. Złodziej wyciąga swój długi miecz i wznosi go, chcąc dobić drowa. Mroczny elf przymruża oczy w oczekiwaniu najgorszego.
Nagle głowa zabójcy przekrzywia się w trudny do opisania sposób. Po chwili ciało pada bezwładnie na ziemię. Słychać cichy szum wiatru.
- Ostatnia przysługa... – szepcze drow.
Revan pokonuje ból i doczołguje się do swego miecza. Opierając się na nim, wstaje z trudem. W tym momencie otacza go złocista aura, a siły zaczynają wracać.
Paladyn trzeźwym wzrokiem ocenia sytuację. Ujrzawszy, że Solace ma kłopoty, biegnie w jej kierunku, wykrzykując imię swego boga. W ostatniej chwili blokuje klingę Shadowa, ratując druidkę przed śmiercią.
Aura otaczająca świętego wojownika tężeje, jednak złodziej się tym nie przejmuje. Wykonuje szybki zwód, wytrąca broń krasnoludowi i kopie Solace w zdrową nogę. Elfka traci równowagę i przewraca się, a zabójca zostaje sam na sam z jasnowłosym rycerzem.
Skrytobójca wykonuje unik przed szerokim cięciem paladyna, po czym odbija się plecami od drzewa i, nie zatrzymując się, zadaje cios. Ostrza zderzają się ze sobą, obrzucając walczących dziesiątkami iskier.
Przeciwnicy równocześnie odskakują, po czym znów zbliżają się do siebie. Złodziej nurkuje pod ciężkim brzeszczotem Revana, lecz paladyn zna już tę sztuczkę i odwraca ruch swego miecza. Zabójca zostaje zmuszony do zablokowania ciosu. Spod kling znów sypią się iskry.
Shadow zręcznym półpiruetem ucieka z zasięgu świętego wojownika i z całej siły kopie krasnoluda, odrzucając go o ponad dwa metry. Chwyta oburącz swój miecz i wznosi go nad głowę, rzucając się w kierunku Revana.
Brzeszczoty zderzają się ze sobą w oślepiającym błysku magicznej energii. Zabójca chce wykorzystać oszołomienie paladyna do poprawienia cięcia, lecz wtedy zauważa, że jego miecz pękł. Zatrzymuje się, patrząc tępo na pozostałości swego oręża.
Revan podchodzi do niego powoli, wywijając zaklętą bronią syczącego młyńca. Od tyłu zbliżają się do złodzieja Solace i Ragven. Zabójca otrząsa się nagle z otępienia i orientuje się, że stoi bezbronny pośród swych wrogów. Klnie szpetnie i sięga prawą ręką za pazuchę, odrzucając resztki miecza.
Dobiegające z oddali okrzyki odwracają na chwilę uwagę krasnoluda, elfki i paladyna. Shadow tylko na to czekał. Błyskawicznie mija swych przeciwników i podbiega do drzewa, zręcznie odbijając się od ziemi i chwytając jeden z konarów. Nim ktokolwiek zdąży się zorientować, skacze w kierunku jednego z budynków, łapiąc okiennicę mieszkania na drugim piętrze, by następnie, odpowiednio się rozhuśtawszy, wskoczyć na dach.
Członkowie drużyny początkowo chcą ruszyć w pościg za uciekającym mordercą, lecz powstrzymują ich od tego jęki rannych towarzyszy. Veldrin rozpaczliwie usiłuje zatamować krwotok, a Xan próbuje usztywnić swą złamaną nogę przy pomocy wakizashi. Jednak Solace przebiega koło nich, nie obdarzając ich nawet najmniejszym spojrzeniem.
Druidka klęka obok nieruchomej Tary, rwąc jej kubrak i szepcząc zaklęcia leczące. W tej samej chwili do swej pani podbiega Blank, który najwyraźniej dopiero teraz uwolnił się z zamknięcia. Obwąchuje ciało tropicielki i zaczyna żałośnie wyć.
- Zostaw ją, dziecinko – mówi Ragven, wraz z Revanem pomagając Xanowi – Jest już martwa.
Elfka nie reaguje.
- Solace! – woła krasnolud – Polegli nie potrzebują twojej pomocy!
Druidka odwraca się, wyrwana z odrętwienia. W jej wielkich oczach lśnią łzy. Wstaje i bez słowa podchodzi do opatrujących Veldrina towarzyszy.
- Nie dam rady zatrzymać krwawienia – szepcze – Mam zbyt mało mocy.
- Zostawcie mnie – cedzi drow przez zaciśnięte z bólu zęby – Uciekajcie...
- Zaraz przybiegną kapłani – rzuca paladyn, spoglądając w kierunku świątyni – Oni ci pomogą...
- Zabiją mnie – przerywa beznamiętnie wojownik – A jak nie oni, to straż miejska. I was też przy okazji, sądząc po jatce, którą tutaj urządziliśmy.
Milknie, a jego oczy lśnią łzami. I strachem.
- Nie zostawię cię – mówi z uporem w głosie Solace – Wystarczy, że jedna osoba, którą kochałam, nie żyje. Nie chcę utracić drugiej.
Revan lekko blednie, nie przestaje jednak pruć koszuli drowa.
- Jest tylko jeden sposób – mówi ledwo słyszalnie mroczny elf – Widziałem, że znasz zaklęcia ognia. Przypal moją ranę.
- Nie! – krzyczy druidka – Za dużo krwi, za dużo bólu! Nie!
- A więc pogódź się z moją śmiercią.
Elfka zamyka oczy i zaciska zęby. Po chwili dotyka dłońmi kikuta i wykrzykuje krótką inkantację.
Na dźwięk potwornego, nieludzkiego wrzasku bólu Revan zasłania uszy i odwraca się. Ragven spluwa i spuszcza wzrok, rozmazując plwocinę butem. Zaś Xan przewraca się na bok i wymiotuje tym, co ma jeszcze w żołądku.

***

Wykorzystując zamieszanie panujące na murach, kapłanka Lathandera wbiega niezauważona do miasta. Przy jej boku w rytm kroków podskakuje ciężki buzdygan. Ma nadzieję, że zjawiła się na czas.
Nagle powietrze przecina ogłuszający krzyk bólu. Strażniczka Poranka przyspiesza, wiedząc, że każda sekunda jest na wagę złota.

***

Drużyna pospiesznie pokonuje kolejne boczne uliczki. Byle dalej od pobojowiska, byle dalej od zapachu krwi i śmierci, byle dalej od wciąż istniejącego niebezpieczeństwa. Drobni łotrzykowie schodzą jej z drogi, widząc doskonałe uzbrojenie i opancerzenie.
Z przodu biegnie Revan, sprawdzając bezpieczeństwo drogi. Z jego lewego ramienia wciąż sterczy strzała, jednak nie czas się nią teraz zajmować. Z tym trzeba poczekać do chwili, gdy wszyscy będą bezpieczni na zewnątrz Keczulli.
Za nim podąża Solace, kuśtykając lekko. Cios złodziejskiej klingi zadał jej dotkliwą ranę, lecz jest likantropem, więc ohydna szrama zdążyła się już znacznie zwęzić. Druidka ściska w dłoniach Furię Niebios, ostatnią pamiątkę po ukochanej siostrze. Ragven kazał jej zostawić ciało Tary. Koło nóg elfki plącze się Blank, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć.
Na końcu biegnie krzepki krasnolud, niosąc na plecach Xana i Veldrina, którzy zdążyli w międzyczasie zemdleć. Mimo że brodacz dźwiga również swój ciężki topór oraz pawęż i jest zakuty w zbroję płytową, nie daje oznak zmęczenia czy przeciążenia.
Kompania dociera w końcu w pobliże północnej bramy Keczulli i tam się zatrzymuje, jednak strażników nigdzie nie widać. Paladyn podbiega do wrót i rozgląda się, po czym daje reszcie znak, że nikogo nie ma. Rycerz ciężkim kołowrotem otwiera bramę i wraz z towarzyszami opuszcza przez nią miasto.

***

Na ulicach Keczulli znajdujących się w pobliżu świątyni Helma powstał kompletny chaos, który usiłują opanować strażnicy i kapłani Czujnego. Ludzie, zbudzeni odgłosami walki, wylegli z domów i utworzyli tłum gapiów, rozganiany przez obrońców porządku.
Miriel wykorzystuje zamieszanie, by przekraść się niepostrzeżenie w pobliże pobojowiska. Dostrzega tam trzy trupy złodziei i jedno ciało należące do elfiej tropicielki. Paladyna, najemnika ani druidki nigdzie nie widać. Klnie pod nosem. Jednak nie zdążyła.
Biegnie dalej, kierując się ku najbliższej, północnej bramie miasta. Musi odnaleźć pozostałych poszukiwaczy przygód. Bez jej pomocy czeka ich niechybna śmierć.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.726
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Odeszliśmy jak najdalej od miasta kierując się do przyjaźnie wyglądającego zagajnika utworzonego z młodych i pachnących sosen. Był na tyle gęsty aby można było się w nim ukryć, zwłaszcza pod dodatkową osłoną nocy. Jakieś krzyki dochodzące z miasta, bieganina strażników na murach powiedziały mi, że wciąż szukają zamieszanych w małą rzeź jaka rozegrałą się na ulicach Keczulli, a dokładniej w dzielnicy świątyń. Niesety, byliśmy to my. Mimo, że tylko broniliśmy się przed atakującą nas grupą to nie sądze aby strażnicy tak łatwo w to uwierzyli, zwłaszcza, że naszym towarzyszem był drow. No właśnie, przypomniałem sobie o poważnej ranie Veldrina. Spojrzałem na mroczego elfa siedzącego pod jednym z drzew. Solace akurat kończyła rzucanie kolejnego zaklęcia. Krew przestała płynąć strumieniami ze sterczącego kikuta lecz Veldrin mocno przeżywał strate. Nie płakał jednak nad utratą przedramienia lecz co chwile spoglądał niespokojnie na swój miecz oburęczny spoczywający w pochwie przylegającej do pleców drowa. Zapewne martwiło go, że nie będze już w stanie używać swej wspaniałej klingi w walce, a przecież sam wspominał o jeszcze jednym niebezpieczeństwie grożącym nam ze strony niewidzialnych napastników. Mój szacunek do niego stale rósł.
Przy okazji tego wszystkiego moje myśli same zaczeły krążyć wokół skrytobójcy, który tak nas urządził. Ranił poważniej każdego z naszej grupy z wyjątkiem może tylko krasnoluda twardego niczym górski kamień. Niebieski błysk i szum na chwile wyrwał mnie z zamyślenia. To Solace wyleczyła złamaną noge Xana. Jakie to szczęście, że jest z nami. Druidka wydawała się już zmęczona ciągłym uzdrawianiem (pomogła wcześniej i mnie), a najmocniej wykończyło ją leczenie ran Veldrina. Podszedłem do elfki i używając prostego leczniczego zaklęcia znanego wszystkim paladynom zdołałem usunąć rany druidki. Przyglądałem się jej troche za długo aż zadłem sobie sprawe co robie i natychmiast odszedłem w kierunku najbliższego drzewa stając plecami do reszty i oddając się ponownie rozmyślaniu. Cała sytuacja wymagała rozważenia jej. Tara nie żyje, Ragven i ja trzymamy się nieźle, drow stracił ręke i mimo czarów musi dojść do siebie. Tak samo zmęczona dużą ilością zaklęć Solace. Spojrzałem zmartwiony na Xana. Ledwo co usuneliśmy z niego xilla, a już ponownie został narażony na rany i cierpienie; zwłaszcza teraz gdy miał o siebie dbać. Moge mieć tylko nadzieje, że nie będzie z tego żadnych nieprzyjemnych konsekwencji... Prawie uderzyłem się ze złości w głowe gdy przypomniałem sobie o koniu dla Xana. Opuściliśmy miasto i teraz, w nocy, nie mamy już możliwości powrotu do niego. Z ukosa patrzyłem też na wilka. Stracił swą pani lecz wydaje się posłuszny wobec Solace. Zapewne przyda się nam jeszcze w niejednym boju.
Mroczny morderca... Zabiliśmy jego trzyosobowy oddział nie bez strat jednak. Nie wiem czego zabójca chciał od nas, ale nie były to raczej nasze sakiewki, w których chulał wiatr. Nie ma sensu się nad tym głowić bo i tak nie dowiem się w ten sposób prawdy. Gdyby jednak doszło do kolejnej potyczki, musimy być przygotowani. Mam nadzieje, że nie zjawi się z jeszcze liczniejszą grupą. Jednego natomiast jestem pewny. W następnej walce będe walczył jak najlepiej potrafie doceniając tym razem w pełni przeciwnika. Tak samo zrobi pewnie doświadczony krasnolud. Xan, mimo swego osłabienia ma chyba jako jedyny szanse dorównać w szybkości furkoczącym klingom złodzieja. Solace w porywie złości będzie pewnie walczyła z gniewem chcąc pomścić siostre... Obawiam się iż skrytobójca lubi walczyć w ten sposób i może to wykorzystać przeciwko niej. Postaram się jedenk ze wszystkich sił ochronić elfke. Drow bez jednej ręki nie za wiele może zdziałać swym ciężkim mieczem. Oby i on nie dał się ponieść emocjom dążąc do odwetu za swą strate. Podszedłem do niego podając mu sztylet, który miałem przy sobie na wszelki wypadek. Mroczny elf skinął mi głową i nie potrzebowałem więcej żadnych oznak wdzięczności. Wszyscy zgodnie postanowiliśmy, że trzeba rozbić obóz i odpocząć tej nocy. Trzeba było jednak udać się troche dalej na północ. Po godzinie drogi, która wydawała się o wiele dłuższa znaleźliśmy gęstszy las w pobliżu coraz bliższych gór. Ragven zapewniał nas iż możemy spać spokojnie gdyż ewentualne zagrożenie czeka nas najwyżej dopiero na górskich szlakach. Po szybkim przygotowaniu obozu wszyscy z wyjątkiem krasnoluda, który chciał koniecznie czuwać udaliśmy się na spoczynek.

***

Shadow zatrzymał się na jednym z dachów gdzieś w centrum Keczulli. Znowu stracił trop, znowu zgubił swoją 'zdobycz' czyli ronina. Obawiał się, że kapłani Maski mogą się zniecierpliwić i jego nagroda, pieniądze oraz cenny miecz, mogą mu przejść koło nosa. Przeczucie rzadko myliło złodzieja, tak było i tym razem...

***

Zwykły szkielet bez żadnej zbroi niosący tylko w kościstym łapsku długi miecz wybiegł z kępy krzaków. Padł na kolana przed zakutym w czarną zbroje jeźdźcem i przekazał najświeższe nowiny:
-Lordzie Malaku, grupa paladyna zatrzymała się w lesie, jakieś piętnaście kilometrów on naszego miejsca pobytu.
Czerwone ogniki oczu upadłego paladyna niebezpiecznie się zwęziły. Był blisko celu jak nigdy wcześniej. Nadszedł czas działania...

***

W ciemnym pokoju oświeconym tylko przez dwie świece siedziało dwóch mężczyzn w czarnych szatach. Byli wyraźnie podekscytowani, ale i zniecierpliwieni. Jeden z nich, zupełnie ogolony na łyso przemówił do drugiego, wysokiego, którego twarz szpeciło kilka blizn.
-Mamy szczęście, że akurat przebywał w Athakali.
-Raczej mamy szczęście, że w ogóle udało nam się z nim skontaktować - odrzekł wysoki.
-Taaak... Zaraz tu będzie!! - nieomal podskoczył z krzesełka łysy
-Wiem, Artemis Entreri nigdy się nie spóźnia...

Obraz
"You can almost say music is beyond all race, color of skin and religion. There are so many problems in the world, but music is truly beyond... It is fantastic."
SUGIZO
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.726
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
CZĘŚĆ II

Ragven wpatrywał się w mrok wytężając oczy. Wiele lat spędził w kopalniach więc ciemność nie była mu obca, ale tej nocy coś złego wisiało w powietrzu. Cichy szelest liści; krasnolud natychmiast chwycił swój topór obracając się w strone wciąż jeszcze lekko płonącego ogniska. Stała tam młoda i ładna kobieta ze znakiem Lathandera na piersi. Brodacz chciał już się wydrzeć na nią co do jasnej cholery robi ona w ich obozowisku lecz ta uciszyła go zanim zdołał cokolwiek powiedzieć wyciągając przed siebie ręke. Krasnolud nawet nie zdążył się zastanowić czemu ten gest tak go zastopował gdy kobieta przemówiła.
-Nie krzycz dobry krasnoludzie, nie mam wobec was złych zamiarów, a po co macie ściągać na siebie dodatkowe niebezpieczeństwo jakie kryje las?
Ragven tylko zamrógał oczami, chciał już coś powiedzieć lecz zauważył, że Veldrin siedzi na swym posłaniu i przygląda się niespodziewanemu gościowi.
Kapłanka zwróciła się teraz do niego.
-Mroczny elfie, twe umiejętności nie będą mogły się na wiele przydać gdy będziesz walczył zwykłym sztyletem. Weź ten miecz półtoraręczny. Pomoże ci on w nadchodzącej walce.
Drow nie wiedząc co powiedzieć wziął rękojeść miecza nie mrugnąwszy nawet okiem. Ragven stał rozdziawiony gdy w jego głowie rozbrzmiało echo ostatnich słów dziewczyny '...w nadchodzącej walce'.
-Co... Jakiej walce do jasnej niczym amnijskie piwo cholery?!
Krzyk krasnoluda pobudził reszte grupy. Solace patrzyła na wszystko zastanawiając się czy wciąż nie śpi lecz Revan i Xan natychmiast poznali kapłanke. Paladyn zerwał się na równe nogi.
-To ty!! Pomogłaś nam wtedy!
-Naprawde nie mam czasu na dłuższą rozmowe ani wyjaśnienia. Zaraz zjawi się tu potężny przeciwnik. Musicie zrobić wszystko aby przeżyć i wygrać. Pamiętajcie, zniszcie mrocznego jeźdźca, a jego sługi także zginą.
-Pani, wybacz, ale... - chciał coś powiedzieć Xan lecz Miriel kontynuowała nie zważając na to, czas działał przeciwko nim.
-Moja siła w ciemnościach nocy jest mocno ograniczona i moge wam się nie przydać. Służe panu poranka lecz do tego czasu będzie już po walce. Moge zebrać większość mych sił i zrobić chociaż to...
Wszyscy towarzysze stali oczekując niewiadomego gdy kapłanka zbierała między rękoma dziwną mieniącą się różnymi kolorami energie. Jej słowa wymawiające zaklęcie rozbrzmiewały echem po czym otoczyła ją aura błękitnego światła rozwiewając leżące w pobliżu liście i prawie gasząc ognisko. Skierowała swe ręce na Revana i cała poświata przeszła na paladyna. Ten nie wiedząc co się stało spoglądał tylko w osłupieniu na błyszczące mu dłonie.
-Rzuciłam na ciebie zaklęcie Siły Czempiona. Mam nadzieje, że pozwoli ci to zmierzyć się z nadchodzącym niebezpieczeństwem. Twój przeciwnik także ma moc pochodzącą od bogów...
-Moc do bogów? Ale kto to? Zaczekaj chwile!! - krzyknął Revan za oddalającą się kobietą, a ta zanim znikneła w mroku nocy rzekła jeszcze.
-Wybaczcie mi, ale nie moge wam pomóc! Szykujcie się, już tu prawie są!

***

Shadow po długiej bieganinie na dachach domów Keczulli przypuszczał, że grupa ronina opuściła miasto. Siedział teraz głęboko skryty w cieniu na murach obserwując krajobraz widoczny od strony północnej bramy gdyż do niej było najbliżej uciekającej drużynie. Niebieski błyk, ledwo zauważalny nie umknął czujnemu zabójcy. Złośliwy uśmiech wykrzywił oszpeconą twarz pod maską...

***

Natarli nagle i niespodziewanie z każdej strony. Kilkanaście szkieletów, makabrycznych wojowników nie czujacych strachu, bólu ani zmęczenia. Byli tylko ślepo posłuszni swemu władcy. Towarzysze chcąc walczyć w świetle zdołali rozniecić wielki ogień i staneli w kręgu wokół ogniska, choć pozycja ta wydawałą się mieć wielkie luki, nie było jednka czasu na bardziej przemyślaną taktyke. Dwa kościeje z małymi młotami bojowymi natarły na Revana. Sługa Helma z ogromną siłą i szybkością ciął po nogach przeciwników gdy ci wzosili broń do ataku. Zanim szkielety zorientowały się iż nie mają już nóg, oburęczny miecz paladyna natychmiast ciął po ich głowach zostawiając za sobą niebieską smuge zaklęcia Miriel. Czaszki zamieniły się w kupe drzazg.
Ragven nie był gorszy, gdy wyskoczył na niego nieumarły zaopatrzony podobnie jak on w topór, krasnolud nie mogąc się powstrzymać zaatakował z drwiącym śmiechem. Puste oczodoły głowy jego przeciwnika patrzyły z ziemi gdy ciało szkieleta zostało rozerwane na kawałki przez dwa szybkie cięcia brodacza. Następny kościej biegł w kierunku Ragvena z wysuniętą przed siebie włócznią. Krasnolud uniknął ciosu robiąc nagły zwrot w prawo po czym uderzył toporem w drzewiec broni niszcząc ją. Zaskoczony szkielet chciał kontynuować pojedynek rzucając się swymi szponiastymi łapami do gardła Ragvena jednak karzeł naparł na niego barkiem przewracając nieumarłego. Skoczył na jego nieosłoniętą klatke piersiową swymi ciężko obutymi nogami. Suchy trzask kości był radosną muzyką dla krasnoluda. Wciąż z usmiechem na twarzy uderzył toporem jeszcze w głowe wroga kończąc z nim zupełnie.
Xan wywijał kataną z zawrotną prędkością. Dwa szkielety, jeden z długim mieczem, a drugi z wekierą, natarły pewne siebie. Nim zdążyły jednak wymierzyć cios w przeciwnika, ostra broń ronina już pozbawiła z łatowścią każdego z nich kościstej łapy, w której dzierżyli swą broń. Xan ciął z chirurgiczną dokładnością. A jego wspaniałe ostrze nie miało problemów z rozszczepianiem tych nietypowych przeciwników na kawałki. Do walki wkroczył kolejny kościej. Tym razem uzbrojony i dużo większy wznosząc do ciosu potężny miecz oburęczny. Ronin zablokował cięcie lecz siła uderzenia zwaliła go na plecy. Nie wstając z ziemi uderzył kataną w piszczel rozcinając kościstą noge wraz z butem. Nieumarły natychmiast stracił równowage lecą do przodu. Wakizashi wbił się w czaszke przebijając ją na wylot. Zadowolona mina Xana znikła jednak gdy potwór złapał go za ramie i przyciągnął do drugiego łapska, w którym bez problemów dzierżył ciężki miecz. Najemnik trzymał jednak wciąż w drugiej dłoni katane. Szybkie poziome cięcie pozbawia makabrycznego stwora reszty magicznego życia.
Gdy do Solace zbliżał się wielki szkielet w pancerzu, ta była już w trakcie rzucania zaklęcia. Kilka ciemnych chmur na niebie zebrało się do kupy grzmiąc groźnie. Nieumarły nic sobie z tego nie robił będąc coraz bliżej druidki. Nagle niebo przeszył grom rozjaśniając całą okolice i sprawiając, że każdy z walczących odruchowo zerknął sprawdzić co się stało. Tam gdzie przed chwilą stał jeszcze wróg elfki była teraz tylko kupka popiołu. Zwykły kościej skoczył ku Solace ze swym krótkim mieczykiem. Ta zablokowała cios z łatwością swym kosturem i wykonując zwodniczą serie ruchów uderzyła go raz pod rzebra łamiąc mu pare a następnia zadała miażdżący cios z gury rozbijając czaszke szkieleta.
Malak miał dość patrzenia na nieudolność swych słóg, uderzył ostrogami w boki swego wielkiego, czarnego rumaka przedzierając się do przodu. Po drodze stratował nawet jednego ze swych szkieletów nie zwracając na to większej uwagi. Morczniejsze od samego mroku ostrze wzniosło się do ataku nad druidką. Solace zablokowała cios jednak jej kostur pękł na pół krzesząc iskry ulatniającej się z niego magii. Veldrin, który właśnie zręcznym cięciem pozbawił życia drugiego ze swych przeciwników zobaczył co się dzieje. Ponownie miłość zaślepiła drowa. Skoczył do Malaka myśląc tylko o ratowaniu ukochanej gdy zza drzewa wyłonił się kolejny nieumarły. Młot szkieleta uderzył elfa w łopatke posyłając go na trawe. Zdezorientowany Veldrin z trudem chciał złapać kolejny oddech gdy młot ponownie uderzył w plecy drowa pozbawiając go przytomności i uszkadzając kręgosłup. Ragven wyjmując topór z kupy kości kolejnego powalonego przeciwnika skoczył ku Solace któej pomagał już wstać Revan patrząc groźnie na Malaka; paladyn wciąż był otoczony czarem kapłanki. Drow zapewne by zginął od lecącego już ku niemu trzeciego uderzenia gdyby nie interwencja Xana. Rzucone z odłegłości jakichś dziesięciu metrów wakizashi pewnie trafiło w pusty oczodół przeciwnika dosięgając tylnej części czaszki. To dało czas roninowi by podbiegł do wroga i szybkim cięciami posłał go tam gdzie jego miejsce czyli do krainy umarłych.
Blank ze swoim zębami niewiele mógł zdziałać przeciw wzmocnionemu magią szkieletowi zopatrzonego do tego we wspaniałą zbroje. Uwiesił się zaciskają szczęki na ręku monstrum. Kości zaczeły powoli pękać. Niewystarczająco szybko jednak i cięcie miecza znajdującego się w drugim łapsku nieumarłego rozlało strumień krwi wilka na jego białej sierści. Zwierze zgineło nie wydając z siebie nawet ostatniego pisku bądź skowytu jakby duma mu na to nie pozwalała.
Malak ciął sprawnie i pewnie lecz paladyn z całą swą mocą wzmocnioną zaklęciem radził sobie bardzo dobrze parując ciosy jeźdźca z taką samą siłą i gniewem. Ragven rzucił małtym toporkiem zatkniętym za pas rozłupując czaszke jeszcze jednego szkieleta. Kątem lewego oka spojrzał na Xana. Ronic stojąc przy nieprzytomnym drowie blokował ciosy dwóch nieumarłych. Solace doszła już do siebie i sięgneła po Furie Niebios. Gdy zobaczyła martwego wilka rzuciła się w wir walki z jeszcze większą złością. Jej klinga przeciała na pół przeciwnika wraz z jego mieczem. Kościej nawet nie zdążył się zdziwić słabością swego oręża. Wykonując kopnięcie z pół-obrotu przewróciła kolejnego wroga i ten wpadł na swego towarzysza. Dwa szkielety rozłożyły się jak długie na ziemi. Nie na długo jednak bowiem Furia przebiła głowe jedengo docierając do następnej aż nie zagłębiła się w ziemi. Zniszczone magią klingi kościeje rozpadły się tworząc sterte porozrzucanych kości. Płonące ogniem oczy elfki zerkneły na Revana blokującego cios za ciosem. Rzuciła się nisko pod wielkiego konia Malaka. Gdy znalazła się pod nim katana jednym pewnym cięciem pozbawiła mroczne zwierze przednich kopyt. Wierzchowiec zarżał w nagłym bólu i poleciał do przodu. Upadły paladyn spadł ze swego rumaka przeataczając się zaskoczony po ziemi. Czarny płaszcz zaplątał się mu na głowie. Rozdrażniony zerwał płachte rzucając ją wściekle daleko od siebie. Był już gotów do dalszej walki gdy zza wijącego się w bólu rumaka wyskoczyła druidka z mieczem przygotowanym do ostatecznego cięcia. Zaskoczony rycerz nie był w stanie natychmiast podnieść swej broni do kontrataku. Zanim opadł na niego śmiertelny cios uderzył pięścią elfke w brzuch posyłając ją w krzaki. Krzyk Revana przypomniał mu o drugim niebezpieczeństwie. Omal jego własne miecz nie ściął mu głowy gdy pod naporem ataku paladyna zdołał zatrzymać jego klinge trzymając własną zepchnniętą siła ciosu przy swej szyi. Rozpoczął się dziki pojedynek. Dwie, wielkie klingi świszczały w powietrzu i zderzały się krzesząc iskry niemal w ten sam sposób. Walczący wydawali się różni jak noc i dzień jednak ich ciosy były tak samo dokładnie wymierzone, tak samo szybkie.
Ragven miał spory kłopot walcząc z najsilniejszym szkieletem we wspaniałej wysadzanej klejnotami zbroi. Był to kapitan nieumarłych oddziałów Malaka. Topór krasnoluda wywijał się zręcznie w każdą strone odbijając wściekłe ataki przywódcy.
Xan wykończył właśnie swego ostatniego przeciwnika. Szybko ocenił sytuacje na polu walki. Veldrin leżał nieprzytomny lecz już bezpieczny. Blank był martwy, Solace nigdzie nie było widać, a Revan nieźle sobie radził z mrocznym rycerzem. Uwage ronina przykuł krasnolud coraz trudniej broniący się przed atakami kościotrupa. Xan rzucił się mu na pomoc, ale w połowie biegu z jego piersi wyrwał się niemy krzyk gdy szkielet silnym ciosem sprowadził topór nisko do nóg Ragvena, a potem cioł pionowo rozłupując baryłkowatego brodacza. Wściekły najemnik nie myśląc już o własnym bezpieczeństwie pokonał resztki odległości od wroga wykonując skok i salto w powietrzu. Gdy spadł z kataną gotową do ciosu kapitan zablokował cios swym mieczem. Wakizashi w drugiej dłoni ronina ponownie tej nocy znalazło luke aby wbić się w głowe nieumarłego. Tym razem jednak sztuczka ta wydawała się nie zrobić na nim żadnego wrażenia. Monstrum kontynuowało swoją walke przyspieszając niebezpiecznie przy każdym z ciosów. Ponowny grzmot na niebie powiedział Xanowi co się zaraz stanie. Skoczył do tyłu jak najdalej potrafił, a drugi dziś piorun uderzył w kościeja paląc trawe wokół niego i doszczętnie niszcząc potwora. Xan, opierając jedno kolano na ziemi zobaczył Solace wychodzącą z krzaków z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Jej klinga, pamiątka po siostrze, ponownie wróciła do dłoni drudki.
Niczym kot z drzewa obok ronina zeskoczył Shadow. Złodziej miał w dłoniach dwa sztylety i rzucił się ku najemnikowi. Mimo, że tym razem był sam to grupa była osłabiona po walce i mniej liczna. Xan zablokował kataną jedno cięcie lecz boleśnie przypomniał sobie o wakizashi leżącym pewnie teraz w popiołach szkieleta gdu drugi sztylet rozciął mu ramie. Rana była wyjątkowo paskudna. Tym razem Shadow chciał uśmiercić swój 'cel'. Nie było czasu na zabawy choć zapłata będzie pewnie mniejsza. Furia Niebios spadła na złodzieja w pełni nabierając mocy swego imenia gdy dzierżyła ją teraz Solace. Elfka nie miała juz nic do stracenia. Było jej obojętne co czeka ją w tej walce. Ten morderca zabił jej siostre, pozbawił ręki Veldrina, a na dodatek druidka cały gniew po stracie Ragvena i Blanka przelała na obecną walke. Xan przez chwile zastanawiał się czy to ta sama osoba gdy zobaczył jak katana tańczy we wszystkich możliwych sposobach przecinając powietrze. Shadow zawachał się. Po raz pierwszy od tak wielu lat. Nie był w stanie przełamać mistrzowskiego ataku elfki. Z coraz większym niepokojem patrzył jak jest spychany do obrony. W pewnym momencie Solace wytrąciła mu z dłoni jeden sztylet. Skrytobójca zdenerwowany takim obrotem spraw zebrał się w sobie zyskując coraz większą przewage atakujac w najróżniejsze wymyśle sposoby. Xan tylko patrzył, wiedział, że to walka druidki mimo, że szczerze się o nią obawiał. Gdy walka stała się równiejsza Shadow zdecydował, że czas przechylić szale zwycięstwa na jego strone. Odturlał się na bok podnosząc drugi sztylet i już stał na nogach gotów walczyć dalej gdy noga solace kopneła go w krocze. Złodziej padł na kolana odruchowo łapiąc się za trafiony czuły punkt upuszczając sztylety. Ze strachem, obcym mu od zawsze zreknął do góry gdy poczuł chłód stali przy gardle. Stała nad nim Solace. Jej twarz była poważna, a oczy miała chłodne.
-Wykorzystuje twoje słabości - w tym momencie na jej twarzy pojawił się uśmiech, radość z chwili zemsty - tak jak ty wykorzystywałeś nasze.
Szybki cios zakończył życie Shadowa.
Revan czuł jak czar wspomagający go zaczyna uciekać, Malak stawał się z każdą chwilą trudniejszym przeciwnikiem. Wtem, pierwsze promienie wstającego dnia rozlały się po niebie. Były jednak dziwnie jaskrawe, zbyt silne jak na dopiero co wstające słońce. W tym świetle paladyn jak i Malak ujrzeli znajomą postać, kapłanke Lathandera. Promienie światła bijące od niej ugodźiły mrocznego rycerza, a ten zawył z bólu. Nie czekając na kolejną okazje Revan wbił głęboku swój miecz w jego czarne serce...

Obraz
"You can almost say music is beyond all race, color of skin and religion. There are so many problems in the world, but music is truly beyond... It is fantastic."
SUGIZO
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.712
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
- ... jest teraz spokojem. – kończy modlitwę Solace, dosypując do kurhanu ostatnią garść ziemi.
- Jesteś pewna, że nie chcesz, bym ich wskrzesiła? – pyta siedząca obok Veldrina kapłanka Lathandera – Teraz, gdy noc nie ogranicza już moich możliwości, jestem w stanie tego dokonać.
- Nie – odpowiada krótko elfka, ocierając spływającą po bladym policzku łzę – Śmierć jest nieodłącznym elementem życia, częścią wiecznego cyklu, zręcznie i pięknie zrównoważonego przez Silvanusa, Rillifana i inne bóstwa natury. Nie wolno naruszać go dla własnych korzyści – kończy łamiącym się głosem.
Druidka wybucha bezsilnym, przepełnionym żalem płaczem. Revan wstaje i zbliża się do niej, klękając obok. Obejmuje elfkę i przytula ją, dotykając ustami jej jasnych włosów. Solace wyszarpuje się z uścisku i obraca gwałtownie, lecz jej gniew gaśnie momentalnie, gdy dostrzega zakłopotanie malujące się na twarzy paladyna. Sługa Helma podnosi się czym prędzej i odchodzi zawstydzony, po drodze rzucając smutne, lecz pozbawione zazdrości spojrzenie na nieprzytomnego z wyczerpania drowa.
Paladyn siada koło mnie, wyciągając swój sztylet. Staram się nie okazywać bólu, gdy przy jego pomocy rozcina pozlepiany krwią rękaw mego kimona, docierając do paskudnej rany zadanej mi przez zamaskowanego zabójcę. Kładzie na niej swe dłonie i wykorzystuje paladyńską zdolność nakładania rąk, zwężając ohydną szramę do cieniutkiej kreseczki, ledwo widocznej na mym poznaczonym bliznami ramieniu. Dziękuję mu uśmiechem, lecz on już tego nie widzi, obróciwszy się w kierunku kobiet i przysłuchując się ich rozmowie.
- Kim ty właściwie jesteś? – pyta Solace, pociągając nosem i ocierając twarz wierzchem dłoni – Nic nie wiemy ani o tobie, ani o twych celach. Nie podałaś nam nawet swego imienia.
- Jestem Miriel, Strażniczka Poranka – odpowiada spokojnie kapłanka – Moi konfratrzy ze Słonecznej Duszy zwali mnie jednak Dawczynią Świtu.
- Jesteś zakonniczką? – przerywa ze zdziwieniem Revan.
- Byłam – poprawia go kobieta, przygładzając swe krótkie włosy – Reprezentowałam zbrojne ramię zakonu. Jednak odeszłam z niego, uznawszy, że sztywne przepisy utrudniają czynienie dobra. Teraz jestem... czymś więcej.
- Czym? – pyta bezceremonialnie paladyn.
- Na razie lepiej będzie, jeśli ta wiedza pozostanie dla was ukryta – mówi Miriel, wstając – Mogę was jednak zapewnić, że dowiecie się wszystkiego we właściwym czasie.
- Czyli kiedy?
- Już niedługo – odpowiada z uśmiechem kapłanka, podchodząc do zwłok skrytobójcy i mrocznego rycerza – Na razie jednak pochowajcie swych poległych przeciwników.
- Niech ich flaki rozwleką po lesie dzikie zwierzęta! – wybucha gniewem Solace – Zabili naszych towarzyszy! Są czystym złem! Nie zasługują na godny pochówek!
Przez twarz Strażniczki Poranka przebiega grymas bólu.
- Nie wiesz jeszcze, czym jest prawdziwe zło, młoda druidko – mówi, zamknąwszy oczy.
- Pokaż mi je więc!
Spod zaciśniętych powiek zaczynają płynąć łzy. Spomiędzy warg dobywają się ciche słowa, ledwo słyszalne na tle odgłosów lasu:
- Wierz mi, nie chciałabyś go ujrzeć.
Miriel klęka przy martwym ciele złodzieja, wsuwając dłonie pod jego głowę. Po chwili rozlega się kliknięcie, a kapłanka zdejmuje maskę zakrywającą jego twarz.
Wszyscy, łącznie z rozbudzonym już Veldrinem, podchodzą zaciekawieni. Nawet ja wstaję i zbliżam się zaintrygowany. Gdy spoglądam na zwłoki mordercy, wzdycham mimowolnie.
Cała jego głowa poznaczona jest ciężkimi oparzeniami, śladami ognia, który spalił włosy i oszpecił twarz. Poniżej nosa, a właściwie zeskorupiałej krwawej miazgi, która z niego została, szczerzą się w upiornym uśmiechu połamane, lecz wciąż białe zęby, nieosłonięte przez brutalnie odcięte wargi.
- Skrzywdzono go – mówi szeptem Dawczyni Świtu – Nie zawsze tak wyglądał.
Dotyka dłonią oszpeconego oblicza. Gdy ją odejmuje, wzdycham ponownie.
Długie, czarne włosy, zdobiące bladą twarz o delikatnych, niemal dziewczęcych rysach, rozlewają się po ziemi, lśniąc w blasku przedzierającego się przez liście słońca. Powyżej rozwartych w przestrachu ust, wypełnionych równym uzębieniem, oraz kształtnego nosa znajdują się szare, zeszklone oczy, nadal wypełnione panicznym strachem.
Strażniczka Poranka zamyka je dłonią, podobnie jak usta. Przez moment gładzi złodzieja po twarzy, lecz po chwili wstaje i zbliża się do drugich zwłok. Klęka przy nich i zdejmuje wielki, rogaty hełm, odsłaniając oblicze upadłego paladyna.
Blada, sina wręcz skóra zlewa się w jedno z włosami tego samego koloru. Jedynie pod oczyma jej pomarszczone fałdy przybierają czerwoną barwę, kontrastując z ohydnie żółtymi ślepiami, wciąż zmrużonymi z bólu i wściekłości, lecz pozbawionymi już dawnego blasku. Rozwarte w gniewie wargi ukazują rzędy krzywych, czarnych zębów.
Miriel bez słowa obdarza odrażającą twarz czułym dotykiem, zmieniając ją nie do poznania.
Na ogorzałym obliczu o surowych, twardych rysach znajdują się liczne blizny, nieszpecące go jednak, lecz nadające szlachetnego, poważnego wyglądu. Poniżej siwych, krótko ostrzyżonych włosów błyszczą czarne, lekko zmrużone oczy. Otwarte usta zdają się wykrzykiwać jakieś słowo, lecz nie sposób go z nich odczytać.
Łzy kapłanki rozpryskują się na zbroi rycerza ciemności, a jej dłoń zamyka mu oczy i usta. Strażniczka Poranka wstaje i przemawia cichym, smutnym głosem:
- Żaden z nich nie był z natury zły. Wypaczyła ich pierwotna, boska niegodziwość. Ten złodziej, Shadow, przyjął pomoc od Maski, zaś upadły paladyn, Malak, od Bane'a i Velsharoona. Jednak nie tylko to było powodem ich zbłądzenia. Przyczyniły się też do tego zawiść, okrucieństwo, brak zrozumienia, nadmierna surowość przy karaniu, chęć odwetu i zwykła, ludzka nienawiść – przerywa, robiąc efektowną pauzę – To wszystko razem zrodziło zło tam, gdzie nigdy nie powinno się pojawić. Uważajcie, by i was negatywne emocje nie zepchnęły na drogę ciemności.
Nikt z nas nie wie, co powiedzieć. W moim sercu wzbiera litość, którą obdarzam dwóch naszych wrogów, nie zapominając jednak o krzywdach, które nam wyrządzili. Sądząc po wyrazach twarzy moich towarzyszy, ich odczucia są podobne do moich.
- Pogrzebcie ciała i resztki szkieletów – głos Miriel wyrywa mnie z odrętwienia – Ja zaś w tym czasie pójdę się odrobinę odświeżyć.
Nie ma tak pięknie, myślę, obserwując jak Dawczyni Świtu powoli się oddala, wchodząc coraz głębiej w las. Ze mną nie pójdzie ci tak łatwo, moja droga. Mnie nie oszukasz.

***

Stąpam powoli, ostrożnie stawiając kroki na miękkim leśnym runie. Uważam, by szelest liści pod mymi stopami lub trzask złamanej przez nieuwagę gałązki nie zdradził mnie, niwecząc długotrwały wysiłek.
Trzymam się w cieniu, lawirując między drzewami. Staram się niwelować jaskrawą biel mej szaty mrokiem wywoływanym przez gęstą warstwę liści. Skradam się, pełznąc momentami przez leśne poszycie i kryjąc się za szerokimi pniami.
Jednocześnie rozglądam się i czujnie nasłuchuję, bacząc, by nie dać się zaskoczyć ani zajść od tyłu. Knieja nie wygląda na zbyt bezpieczną, a poza tym wszędzie mogą czaić się niewidzialni łowcy lub inne sługi złowrogiego rakszasy.
Revan bardzo się zdziwił, gdy poprosiłem go o możliwość śledzenia jasnowłosej kapłanki. Zna mnie dość dobrze, by wiedzieć, że nie robię tego tylko po to, by uniknąć pracy przy kopaniu grobu. Zresztą i tak nie pozwoliłby mi na żaden wysiłek fizyczny, martwiąc się o stan mojego zdrowia po usunięciu z mego ciała przeklętego xilla. Jego troska bywa czasami wręcz krępująca.
Do mych uszu dociera szum wody. Zastygam w bezruchu, po czym kładę się na ziemi i zaczynam czołgać w kierunku, z którego dochodzi dźwięk. Znajduję sobie wygodne miejsce pośród gałązek krzewu cassilu i, przyczaiwszy się, rozpoczynam obserwację.
Na brzegu wartkiego, leśnego strumyka leży skórzana zbroja z symbolem Pana Poranka na piersi. Obok, rzucona niedbale, znajduje się luźna, biała koszula. Nieco dalej dostrzegam modne, obcisłe spodnie kremowej barwy.
Przesuwam spojrzenie na samą rzeczkę. Krew uderza mi na policzki, gdy dostrzegam znajomą Dawczynię Świtu. Przełykam głośno ślinę, stwierdzając, że Lathander nie bez powodu jest jednym z patronów fizycznego piękna. Jednak w osobie Strażniczki Poranka coś mnie niepokoi...
- Zboczeniec.
Głos należy do Miriel, lecz dobiega sponad mnie. Zdziwienie nie pozwala mi się ruszyć, paraliżując mnie całkowicie.
- Z twojego dotychczasowego zachowania wnioskowałam, że jesteś dobrą i szlachetną osobą – mówi z wyrzutem – A ty okazujesz się zwykłym podglądaczem.
- Wiesz dobrze – wstaję i odwracam się, spoglądając jej w oczy – że nie przyszedłem tutaj, by podziwiać twe piękne ciało.
- Wiem, powiadasz? – pyta drwiąco.
- Tak – odpowiadam sucho – Przyszedłem tu, by poznać twą tajemnicę, 'pani'.
- Chcesz dowiedzieć się, kim jestem?
- Nie – zaprzeczam – Chcę dowiedzieć się, 'czym' jesteś.
- Jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś – mówi zimno – jestem dwudziestosiedmioletnią ludzką kobietą.
- Mnie nie nabierzesz, 'pani'.
- O co ci chodzi?
- O to, że żadna 'dwudziestosiedmioletnia ludzka kobieta' nie jest w stanie zaskoczyć rakszasy. O to, że żaden człowiek nie mówi w ten sposób 'zwykła, ludzka nienawiść'. O to, że spodziewałaś się, że ktoś cię będzie śledził. O to, że usłyszałaś moje kroki, a ja twoich nie, mimo że podobno jesteś zwykłą kapłanką. O to, że najwyraźniej posiadasz ogromną wiedzę o wszystkich naszych wrogach i nas samych. O to, że mimo młodego wieku potrafisz używać potężnych zaklęć iluzji i przywrócenia. I o to, że aby wstąpić do sił zbrojnych Słonecznej Duszy, trzeba mieć przynajmniej trzydzieści lat – kończę dobitnie.
Dawczyni Świtu jest wyraźnie zdumiona i nie wie, co powiedzieć. Kiedy po kilkunastu sekundach zbiera się w sobie i chce już przemówić, powietrze przecina wycie wilka. Niebezpiecznie bliskie.
Ciarki przechodzą mi po plecach. Odruchowo sięgam do wiszących u pasa pochew, dobywając moich dwóch mieczy. Staję w gotowości do walki, przyjmując odpowiednią pozycję do odparcia ewentualnego ataku. I wtedy orientuję się, że Strażniczka Poranka nie poruszyła się nawet o milimetr.
Nim zdążę cokolwiek powiedzieć, z mroku kniei wyskakuje wilkołak, pędząc w naszym kierunku. Jego oczy lśnią żądzą krwi, a pysk ocieka spienioną śliną zmieszaną z posoką. Gdy zbliża się na odległość około trzech metrów, przenoszę ciężar ciała na lewą nogę, przygotowując się do skoku. Jednak Miriel mnie uprzedza.
Kapłanka wykonuje krótki gest dłońmi, kumulując między nimi magiczną moc. Nie mija nawet sekunda, gdy kieruje ręce na bestię, przekazując jej zgromadzoną energię. Potwór zatrzymuje się gwałtownie i zaczyna zmieniać.
Jego sierść staje się coraz krótsza, aż w końcu całkowicie znika, odsłaniając bladą skórę. Wyszczerzone kły i zakrzywione pazury kurczą się, przemieniając w normalne, ludzkie zęby i paznokcie. Cała sylwetka likantropa ulega znacznemu pomniejszeniu, gdy wielkie niczym arbuzy muskuły przekształcają się w ledwo zarysowane pod skórą mięśnie.
Na miejscu potężnej bestii stoi teraz nagi młodzieniec o ciemnych, rozczochranych włosach i głupim wyrazie twarzy. Jego szczupłe, wzniesione do góry ramiona nie wyglądają już groźnie, lecz śmiesznie. Z płuc mężczyzny dobywa się cichy skowyt, wyrażający jego zdumienie i strach.
Nim zdążę zareagować na niespodziewany obrót spraw, człowiek błyskawicznie zawraca i rzuca się do ucieczki. Chcę go gonić, lecz Miriel kładzie mi dłoń na ramieniu, powstrzymując przed rozpoczęciem pościgu. Patrzę jeszcze przez chwilę na niknącą w leśnym mroku postać, po czym obracam się twarzą do Strażniczki Poranka.
- Nawet Elminster nie potrafiłby tak szybko rzucić 'usunięcia klątwy' bez wspomagania magicznymi przedmiotami lub akceleracją – mówię – Poza tym zaklęcie nie powinno teraz zadziałać, gdyż jest jeszcze dzień – dodaję – Powiesz mi teraz, kim lub czym naprawdę jesteś?
- Jeśli koniecznie chcesz się tego dowiedzieć – odpowiada z westchnieniem – Jednak przyrzeknij, że nie zdradzisz niczego swym towarzyszom, nim nadejdzie właściwy czas.
- Przyrzekam.
- Dobrze. Wierzę ci. Przygotuj się!
Od Dawczyni Świtu zaczyna bić olśniewająco białe światło. Odruchowo zamykam oczy. Gdy je otwieram, na tle oślepiającego blasku dostrzegam zarys prawdziwej sylwetki kapłanki. Wzdycham z zachwytem.
- A więc jesteś...
- Sza! Nie wymawiaj tego głośno, póki nie dam ci wyraźnego pozwolenia! – krzyczy Miriel głosem przypominającym dźwięki harfy – Wiesz teraz, czym jestem naprawdę...
W ciągu niecałej sekundy światło gaśnie, a kapłanka powraca do swej poprzedniej formy.
- ... lecz pamiętaj, że nie przybrałam swej naturalnej postaci – mówi z uśmiechem – To tylko iluzja.
Stoję oniemiały, wpatrując się w kobietę tępym wzrokiem.
- Chodźmy już – jej polecenie wyrywa mnie z odrętwienia – Nasi towarzysze zaczęli się już pewnie niepokoić.
Przytakuję kiwnięciem głowy. Strażniczka Poranka rozprasza wciąż kąpiące się mamidło, po czym odwraca się, zmierzając w kierunku obozowiska. Ruszam za nią, starając się nie zostać w tyle. Martwię się, czy drużyna nie została zaatakowana przez dzikie bestie zamieszkujące las, lecz spokój Miriel, znającej z pewnością zaklęcia wieszczenia, wyraźnie mnie uspokaja. Poza tym moi towarzysze wielokrotnie udowadniali, że potrafią zadbać o siebie (a czasem i o mnie), więc czym ja się właściwie przejmuję?

***

Gdy wkraczamy do obozowiska, Revan rzuca mi pytające spojrzenie. Odpowiadam mu bezgłośnie, ruchem ust informując, że wszystkiego dowie się później. Kiwnięcie głowy upewnia mnie, że paladyn zrozumiał, co miałem mu do przekazania.
- Cóż, chyba możemy ruszać – mówi kapłanka, rozglądając się – Polegli pogrzebani, ja odświeżona, słońce coraz niżej, a cel już blisko.
- Może najpierw powiesz nam, czym właściwie jest ten 'cel'? – wtrąca niezbyt miłym tonem Solace – Pomogłaś nam i jesteśmy ci za to wdzięczni, lecz nie zobowiązuje nas to do wykonywania w ciemno twych poleceń.
- Dowiecie się wszystkiego w swoim czasie – oświadcza twardo Dawczyni Świtu – Na razie musi wam wystarczyć informacja, że sojusz Pana Poranka, Ognistowłosej Pani i Księżycowej Panny wybrał was na swoje narzędzia, których użyje do zniszczenia potężnego zła.
- A jeśli się na to nie zgodzimy? – mówi leżący na mchu Veldrin, podpierając się swą jedyną ręką – Bogowie nie mają prawa narzucać nam swej woli!
- Każdy z was, świadomie lub nie, związał już swój los ze złem, przeciw któremu musicie teraz wspólnie wystąpić – przemawia Miriel – Inaczej jego cień zawsze będzie na was ciążył, grożąc wam i wszystkim w waszym otoczeniu. Musicie zniszczyć Al-Rawida!
- Skąd mamy wiedzieć, że mówisz prawdę? – pyta mroczny elf – Skąd mamy wiedzieć, że możemy ci zaufać?
- Uratowałam wam życie – mówi jasnowłosa kobieta, marszcząc brwi – Niektórym nawet więcej niż raz. Czy to nie wystarczy?
- Wiele lat spędziłem w służbie u Al-Rawida i jego braci – odpowiada drow – Podstęp i zdrada nie są im obce. Wielokrotnie udowadniali, że są gotowi na wszystko, byle tylko osiągnąć zamierzony cel.
- W takim razie twoja lojalność też nie jest wcale taka pewna – rzuca zimno Strażniczka Poranka – Sam przecież przyznajesz, że służyłeś trójce złych do szpiku kości rakszas.
Veldrin odwraca twarz, kryjąc wstyd i smutek. Dawczyni Świtu zbliża się do mrocznego elfa, przykucając za nim i dotykając dłońmi jego ramion.
- Wierzę w twą uczciwość – mówi delikatnym głosem – Jednak musiałam ją zakwestionować, by udowodnić swoją własną.
Jej prawa dłoń zjeżdża niżej, do wciąż świeżej rany. Drow syczy z bólu, próbując powstrzymać kapłankę, lecz Miriel stanowczo mu na to nie pozwala.
- By pokazać ci moje dobre intencje – jej ton jest spokojny i miły dla ucha, przypominający nieco dźwięki harfy – zrobię coś dla ciebie. Coś dobrego.
Spomiędzy jej palców, zaciśniętych na kikucie Veldrina, zaczyna dobywać się jaskrawe, białe światło.
- Nie pożałujesz tego – dodaje z uśmiechem.
Światło staje się coraz jaśniejsze, aż w końcu przemienia się w oślepiający blask. Zamykam oczy i zakrywam je dłońmi, lecz i tak zostaję oszołomiony przez porażające lśnienie. Gdy odzyskuję wzrok, mrugam kilkakrotnie i spoglądam ponownie na kapłankę i drowa.
Veldrin ze zdumieniem ogląda swoją prawą rękę...
PRAWĄ RĘKĘ?!
Osłupienie moje oraz moich towarzyszy przyciąga uwagę Miriel. Strażniczka Poranka uśmiecha się beztrosko i mówi:
- Chyba nie myśleliście, że skoro mogę wskrzeszać umarłych, to nie potrafię zregenerować odciętej mechanicznie kończyny?
- Pani – głos Revana drży z podekscytowania – Jak możemy ci się odwdzięczyć?
- Wystarczy, że mi zaufacie – odpowiada pogodnie Dawczyni Świtu – To wszystko, o co was proszę.
- Jeżeli to prawda, że służysz dobrym bogom – przemawia z namaszczeniem paladyn – to bez wahania oferuję swoje usługi, a nawet życie, jeśli trzeba.
- Jestem gotowa zaryzykować – mówi Solace, przytulając się do mrocznego elfa – Jeśli tylko Veldrin się zgodzi.
- W takim razie nie mam nic do stracenia – drow uśmiecha się, obejmując jasnowłosą druidkę – Nawet śmierć nie wydaje się groźna, gdy jest się blisko ukochanej osoby.
- Mnie się nawet nie pytajcie – dodaję pogodnym tonem – Przyjaciele zawsze mogą na mnie liczyć.
- A więc ruszajmy! – rzuca kapłanka – Czas działa na korzyść naszego przeciwnika! Im dłużej będziemy czekać, tym lepiej przygotuje swą obronę!

***

Młody, szczupły mężczyzna biegnie niemal na oślep przez gęsty las. Jest nagi, a na jego bladej skórze znajdują się liczne rany, krwawe ślady spotkań z ciernistymi krzewami. Zdaje się ich jednak nie zauważać, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do swego celu.
Między drzewami zaczyna prześwitywać ciemnoczerwone światło. Młodzieniec przyspiesza. Ludzkie ciało jest słabe i męczy się szybko, lecz chłopak zdobywa się na ten wysiłek, chcąc jak najszybciej spotkać się z Mistrzem Łowów.
Wpada bezceremonialnie na niewielką polanę, otoczoną kręgiem potężnych, zakrzywionych do wewnątrz głazów, przypominających nieco olbrzymie kły. Chwiejąc się na nogach próbuje dotrzeć do jej centrum, lecz wyczerpanie odbiera mu siły i pada bezwładnie na ziemię.
Stojący pośrodku kręgu mężczyzna przerywa mroczny rytuał, a światło dobywające się spomiędzy jego palców natychmiast gaśnie. Leżący na prostym, kamiennym ołtarzu jednorożec będzie musiał poczekać na swoją kolej.
Człowiek odwraca się, chwytając i zakładając leżące nieopodal smocze pazury. Jest nagi, jeśli nie liczyć pokrywających całe ciało tatuaży przedstawiających szponiaste łapy bestii, przepaski biodrowej z tym samym symbolem oraz hełmu zrobionego z czaszki wielkiego kota.
Podchodzi spokojnie do leżącego młodzieńca, przykucając tuż obok. Nie zwraca uwagi na podekscytowanie panujące wśród innych, podobnie wyglądających druidów, zajmujących znaczną część polany. Odczekuje kilka sekund, po czym odzywa się szeptem:
- Awarze.
Młodzik porusza się lekko, jęcząc cicho. Po chwili podpiera się rękoma i podnosi, siadając na trawie i obrzucając półprzytomnym spojrzeniem swe najbliższe otoczenie.
- Co się stało? – pyta wytatuowany mężczyzna.
- Ta kapłanka... – chłopak przełyka ślinę – Ta, którą miałem śledzić...
- Mów wreszcie! – niecierpliwi się druid.
- Oddaliła się od grupy. Zaatakowałem ją i wtedy... i wtedy...
- No? – ponagla.
- Rzuciła na mnie zaklęcie! – krzyczy młodzieniec – I od tamtej pory nie mogę się przemienić! Mistrzu Wasatho, co ona mi zrobiła?! – kończy z rozpaczą w głosie.
Gharbei Wasatho z Tashalaru, naturalny lampartołak i fanatyczny druid Malara, od szesnastu lat Mistrz Łowów Kręgu Krwawych Szponów, zwany Czujnym Pazurem i Bestią, Która Czeka, waha się. Strażniczka Poranka, którą tak pragnie upolować, potrafi zdjąć klątwę likantropii przy pomocy zaklęcia nawet podczas dnia. Dysponuje najwyraźniej ogromną mocą. Atakowanie jej może być dla sfory bardzo niebezpieczne...
A jeżeli to próba, myśli Gharbei. Test zesłany przez samego Władcę Bestii, mający sprawdzić oddanie wyznawców? W takiej sytuacji ryzyko nie ma żadnego znaczenia. Trzeba zademonstrować Malarowi ofiarność jego wiernych sług.
Poza tym, dodaje w myślach Czujny Pazur, powoli wstając, żądza krwi malarytów jest zbyt wielka, by powstrzymać ich przed polowaniem. Wierni nie znają strachu, ale także ostrożności.
- Likantropia – przemawia zimnym, twardym głosem – jest darem Malara. Kto zostaje z niej wyleczony, traci łaskę Lamparta Czarnej Krwi.
Zadaje potężny cios smoczymi pazurami. Stalowe ostrza błyskawicznie dosięgają wstającego Awara, rozpłatując mu brzuch. Młodzieniec rozpaczliwie łapie się za ranę, usiłując zatrzymać wypływające wnętrzności. Mistrz Łowów ponawia uderzenie, rozcinając chłopakowi szyję. Młodzik pada na ziemię, drgając w agonii. Wasatho nawet na niego nie spogląda.
- Ruszamy na polowanie! – woła, zwracając się do innych druidów.
Zgraja półnagich mężczyzn reaguje kotłowaniną i wyciem. Gharbei zdejmuje swój hełm i szponiaste karwasze, kładąc je ostrożnie na ziemi. Następnie zrzuca swą przepaskę i rozpoczyna przemianę.
Parę minut później sfora wilków przetacza się przez las. Zło od niej promieniujące sprawia, że wszystkie żywe stworzenia schodzą jej z drogi. Grupie przewodzi duży lampart o lśniącej sierści, któremu towarzyszą trzy inne wielkie koty.

***

Wychodzimy z obozowiska spokojnym krokiem, zabrawszy wcześniej niezbędny ekwipunek. Krocząca na samym przedzie Miriel przystaje co pewien czas, rozglądając się i nasłuchując, jakby coś ją niepokoiło. Nie dziwi mnie to – otaczająca nas knieja nie wygląda na zbyt bezpieczną, nawet teraz, oświetlona promieniami popołudniowego słońca.
Zaraz za kapłanką idzie Veldrin, obejmując Solace lewym ramieniem. Para prezentuje się przepięknie i bardzo romantycznie, gruchając do siebie niczym dwa gołębie. Jedyną rzeczą niepasującą do ich nastrojowego wizerunku są groźnie wyglądające miecze: smukła Furia Niebios wisząca u pasa druidki oraz potężny oburęczny brzeszczot zdobiący plecy drowa.
Pochód zamykam ja oraz idący tuż obok Revan. Paladyn jest zasępiony i smutny, pogrążony w rozmyślaniach, których nie chcę mu przerywać. Znam go na tyle dobrze, że domyślam się, iż chodzi o Veldrina i Solace. Mój przyjaciel, podobnie jak ja, polubił towarzyszącego nam drowa i obdarzył go zaufaniem. Jednak jest mu przykro, że druidka kocha mrocznego elfa, nie dostrzegając nawet cichego uczucia jasnowłosego człowieka.
Revan stara się tego nie okazywać, lecz wiem, że jest bardzo nieszczęśliwy. Najbardziej boli mnie to, że nie mam pojęcia, jak mógłbym mu pomóc. Wiele samotnych lat sprawiło, że jestem bardzo nieśmiały, nawet wobec przyjaciół. Spróbuję z nim jednak później porozmawiać, może to coś da.
Miriel zatrzymuje się, rozgląda, nasłuchuje. Przykuca, badawczo przeszukując ściółkę. Po krótkiej chwili wstaje.
- Rozbijemy tu obóz – zarządza.
- Już? – dziwi się Veldrin – Jest jeszcze całkiem jasno.
- Tak – odpowiada stanowczo kapłanka – Widziałam w tym lesie likantropy. Dużo likantropów. Sami nie dacie im rady, a jeśli zaatakują pod osłoną nocy, nie będę mogła wam pomóc.
- Ale w takim razie robienie postojów jest pozbawione sensu – mówi Revan – Jeśli napaść bestii nastąpi podczas naszego odpoczynku, będziemy bez szans. Lepiej przyspieszyć kroku i jak najszybciej dotrzeć do celu naszej wędrówki.
- W miejscu, w którym się teraz znajdujemy – wyjaśnia spokojnie Dawczyni Świtu – znajdowała się niegdyś świątynia Selune. Żaden zły likantrop nie wejdzie z własnej woli na ten obszar.
- Chram Srebrnej Pani... – szepcze ledwo słyszalnie Solace – Tak, to prawda. Nawet teraz jej moc jest tu wyraźnie wyczuwalna.
- Jeśli chcecie dobrze wypocząć, powinniśmy się pospieszyć – stwierdza Strażniczka Poranka – Musimy dojść do naszego celu przed południem, a konieczne jest strzeżenie obozowiska przez całą noc. Wszak nie tylko likantropy zamieszkują tę knieję.
Nikt nie odpowiada. Zamiast tego zgodnie zabieramy się do pracy. Ja oraz Solace zostajemy oddelegowani do zastawienia kilku prostych pułapek, które uchronią nas od ewentualnego ataku orków lub innych złych humanoidów. Miriel ma za zadanie przygotowanie ogniska, zaś Revan i Veldrin zapuszczają się w las, by upolować kolację.
Pół godziny później kilka apetycznie wyglądających kuropatw skwierczy już nad ogniem, ociekając tłuszczem. Mroczny elf z chęcią użyczył nam swego magicznego miecza, który pełni teraz rolę rożna. Cała drużyna milczy – wszyscy, nawet druidka, oczekują z niecierpliwością chrupiącego pieczystego. No, prawie wszyscy. Paladyn wciąż wpatruje się w elfkę smutnym wzrokiem, nie zaprzątając sobie uwagi niczym innym.
Kiedy kończymy posiłek i układamy się do snu, Revan zgłasza się na ochotnika do pierwszej zmiany nocnego czuwania. Ma ona trwać dwie godziny, później na jego miejsce przyjdzie Veldrin.
Gdy jestem pewien, że wszyscy twardo zasnęli, wstaję i podchodzę do mego przyjaciela. Paladyn siedzi nieruchomo, wpatrując się w bezchmurne, rozgwieżdżone niebo. Zajmuję miejsce obok niego i towarzyszę mu w obserwacji.
Sam nie wiem, kiedy nawiązuje się między nami rozmowa. Z początku tylko pojedyncze słowa zakłócają panującą wokół ciszę. Potem Revan zaczyna się przede mną otwierać, dzieląc się swym smutkiem i żalem.
Staram się mu pomóc, dodać otuchy przyjaznymi słowami, lecz przychodzi mi to z trudem. Kiedy dowiaduję się, że podczas poszukiwań czegoś nadającego się do zjedzenia nie zamienił z Veldrinem ani słowa, radzę mu, by szczerze porozmawiał z mrocznym elfem.
Gdy paladyn jest bliski płaczu, milknie, opierając się plecami o pień powalonego drzewa i przenosząc wilgotne spojrzenie na jasny od gwiazd nieboskłon. Po chwili zasypia. Nie chcę go budzić ani mówić nikomu o naszej rozmowie, więc dobrowolnie przyjmuję wartę do samego rana.
Nim zabieram się do czyszczenia i polerowania swych mieczy, ostrożnie przenoszę śpiącego młodzieńca na koc narzucony na miękki mech i przykrywam go jego własnym płaszczem. Wiem z doświadczenia, że Revan o wiele gorzej ode mnie znosi niewygodę i zmęczenie nią spowodowane.

***

- Revanie.
Na dźwięk swego imienia otwierasz gwałtownie oczy. Leżysz na twardym łóżku w ciemnej, cuchnącej rybami komnacie. Smród wydaje Ci się dziwnie znajomy...
Podnosisz się i chcesz usiąść, lecz delikatne kobiece dłonie powstrzymują Cię od tego. Opadasz z westchnieniem na posłanie, rozpoznając ten dotyk.
- Matko – szepczesz – Tak długo cię nie widziałem...
- Cicho, synku – uspokaja cię jej dźwięczny głos – Już wszystko dobrze.
Ogarnia cię poczucie szczęścia. Tyle lat już minęło od czasu, gdy opuściłeś swój rodzinny dom. Tyle lat spędzonych w zakonie, a później na gościńcu i w dziczy. Tyle długich lat z dala od swych ukochanych rodziców...
Nagle dostrzegasz jej twarz. Jest wciąż piękna, dokładnie taka, jaką ją zapamiętałeś. Nieliczne zmarszczki tylko dodają jej charakteru i szlachetnego wyrazu.
- Szkoda, że to tylko sen – mówisz cicho, przymykając powieki.
- Zgadza się – przyznaje kobieta, siadając na łóżku – Ale ja nie jestem tylko marą, synu.
- Jak to? – pytasz, unosząc głowę.
- Umarłam, Revanie.
Straszna prawda eksploduje w Twym umyśle, odbierając Ci zmysły. Tracisz na chwilę oddech, nie wiedząc, co powiedzieć.
- To tylko sen... – szepczesz sam do siebie – To tylko zły sen...
- Wiesz doskonale, że nie – mówi Twoja matka, opuszczając głowę – Zdajesz sobie sprawę, że naprawdę umarłam.
- Jak to się stało? – pytasz z rozpaczą w głosie – Jak to się mogło stać?
- Orkowie – odpowiada półgłosem – Wielu orków. Wymordowali naszą wioskę...
- Nie, nie, nie... – powtarzasz, zalewając się łzami.
- Ojca przebili włócznią... – opowiada z boleścią – A ja... nie chcąc, by mnie zhańbili... wzięłam jego miecz i...
- Dość! – przerywasz – Nie chcę tego słuchać.
Skrywasz twarz w dłoniach i płaczesz jak dziecko. Gdy się uspokajasz, spoglądasz znowu na swą matkę. Nie poruszyła się, wciąż siedzi w tej samej pozycji.
- To wszystko przeze mnie – szepczesz z goryczą, opuszczając wzrok – Gdybym was nie opuścił...
- Gdybyś nas nie opuścił, zginąłbyś razem z nami – ucina sucho – Nie mogłeś nic na to poradzić, synu. Orków było zbyt wielu...
- Jestem paladynem – przypominasz z czymś na kształt dumy – Potrafię walczyć.
Kobieta kręci głową.
- Nie dałbyś im rady – mówi sceptycznie – Ich liczebność wielokrotnie przewyższała twoje umiejętności.
Milczycie oboje, pogrążeni w rozmyślaniach.
- I pomyśleć, że chciałem was teraz odwiedzić – przerywasz ciszę, ciężko wzdychając.
- Zastałbyś tylko gruzy i spaloną ziemię – oświadcza zimno – Atak nastąpił kilka miesięcy temu, od tamtego czasu wszyscy orkowie zdążyli zginąć od zimnego żelaza lub konopnych sznurów używanych na miejskich szubienicach.
Komnatę znowu napełnia ponure milczenie.
- Jednak nie spotkałam się tutaj z tobą, by cię zasmucać – Twoja matka uśmiecha się delikatnie – Życie po życiu nie jest wcale takie złe, zwłaszcza w służbie mego ojca. I właśnie jego chciałabym ci przedstawić.
- Dziadka? – dziwisz się – Był przecież prostym strażnikiem.
- Mój ojciec – twarz kobiety znów rozświetla uśmiech – jest kimś o wiele znaczniejszym.
- Nie rozumiem.
- Jestem córką Helma.
- Niemożliwe!
- A jednak – kobieta wzdycha i rozpoczyna opowieść – Czujny miał tylko jedną boską kochankę. Zwała się Murdane, była pomniejszym bóstwem rozsądku i pragmatyzmu. Niestety, poniosła śmierć podczas Kataklizmu Świtu, a Strażnik został sam. Po pewnym czasie zauważył, że niewielka część esencji martwej bogini z niewiadomego powodu połączyła się ze zwykłą ludzką kobietą z małej rybackiej wioski. Twoją babką – przerywa, uśmiechając się, lecz po chwili kontynuuje – Helm dostrzegł w niej wiele cech swej zmarłej ukochanej i zapałał do niej wielkim uczuciem. W wolnych chwilach przyjmował postać jej męża, prostego strażnika, by spotykać się ze śmiertelniczką bez wzbudzania podejrzeń. Dzięki temu zrodziłam się ja.
- Niesamowite!
- Nie zdawałam sobie sprawy ze swego dziedzictwa, a mój ojciec nie chciał zakłócać mi normalnego życia. Dlatego spędziłam je na byciu skromną żoną rybaka, mieszkającą w małej wiosce na wybrzeżu Morza Mieczy. Gdy Czujny zrozumiał, że mój wielki potencjał się w ten sposób marnuje, było już dla mnie za późno – mówi ze smutkiem – Jednak bóg się nie poddał. Natchnął ciebie, moje jedyne dziecko, ambicją, która nakazała ci opuścić rodzinny dom i w końcu doprowadziła do zakonu paladynów Helma, zwanego Czujnymi Oczami Bóstwa. Dzięki odbytemu tam treningowi stałeś się godnym sługą Strażnika i wykonawcą jego woli.
Pochylasz w zamyśleniu głowę.
- Czy to on pomagał mi podczas podróży? – pytasz.
- Tak – odpowiada Twoja matka – Teraz zaś, gdy nastał dla ciebie czas próby, również chce ci pomóc. Ma dla ciebie wspaniały dar. Ale lepiej będzie, jeśli przekaże ci go osobiście.
Jedyne drzwi łączące ciasny pokój ze światem zewnętrznym otwierają się gwałtownie. Do komnaty wpada porażająco jasne, błękitne światło, oślepiając cię na chwilę. Gdy odzyskujesz wzrok, widzisz wkraczającego do środka potężnego mężczyznę w pełnej zbroi płytowej, trzymającego w opancerzonych dłoniach wspaniały oburęczny miecz.
Błyskawicznie zeskakujesz z łóżka i padasz na kolana. Chcesz pochylić się i dotknąć czołem podłogi, lecz stanowczy gest wykonany przez bóstwo zabrania Ci tego. Klęczysz z opuszczonym wzrokiem, nie śmiejąc spojrzeć na wielką, stalową przyłbicę zasłaniającą szczelnie twarz Twego boga. Po chwili Helm przemawia, a jego głos przypomina brzmienie dzwonu:
- Powstań, Revanie.
Wykonujesz polecenie, nie przerywając jednak milczenia i wciąż wpatrując się w podłogę. Strażnik unosi trzymany za ostrze miecz, prezentując jego kunsztowne wykonanie, lecz Ty nie obdarzasz go nawet najmniejszym spojrzeniem, onieśmielony spotkaniem z bóstwem.
- Podnieś wzrok, mój wierny sługo – mówi Helm – Gdyż inaczej nie ujrzysz tej wspaniałej broni, która niedługo będzie twoją własnością.
Patrzysz z niedowierzaniem na doskonałą klingę, a bóg kontynuuje swą przemowę:
- Miecz ten wykonał wiele wieków temu najlepszy kowal jednego z wielu światów Pierwszego Planu Materialnego. Pomógł mu w tym mój przyjaciel i sojusznik, szlachetny cornugon, który porzucił zło, oddając się szerzeniu praworządności. Brzeszczot, który teraz widzisz, był orężem wielu wielkich herosów, lecz ostatecznie trafił ponownie do rąk prawego baatezu. Ulepszony przez niego, służył mu wiernie w walce z potężnym i nikczemnym tanar'ri. Jednak gdy diabeł dowiedział się o twej świętej misji, polecił mi ci go oddać.
Czujny podrzuca gwałtownie miecz i zmusza go do tańca w powietrzu, z niebywałą zręcznością uderzając dłońmi w głownię. Po chwili łapie go ponownie i podaje Tobie, przesuwając broń w Twoim kierunku.
- Oto Żelazne Pióro.
Chwytasz niepewnie rękojeść, a Helm puszcza ostrze. Spodziewasz się, że nie dasz rady utrzymać jedną ręką ciężkiego oręża, jednak ze zdziwieniem odkrywasz, że jest bardzo lekki, a nazwa doskonale oddaje tę jego właściwość. Bez trudu wywijasz nim syczącego młyńca, po czym spoglądasz na Strażnika. Chociaż nie widzisz jego twarzy, mógłbyś przysiąc, że się uśmiecha.
- Panie – mówisz cicho – Nie jestem godzien...
- Jesteś – przerywa bóg – Wielcy wodzowie mają wielkie potrzeby, a potężni wojownicy potężną broń.
Czerwienisz się, opuszczając wzrok, Helm zaś kontynuuje:
- Wkrótce czeka cię wielka próba. Musisz być do niej dobrze przygotowany. Tam, gdzie będziesz toczyć swe boje, nie będę mógł ci pomóc.
Chcesz coś powiedzieć, lecz ucisza Cię gestem.
- Wiem, że masz mnóstwo pytań, lecz nie mogę na nie teraz odpowiedzieć. Mam swoje obowiązki, których nie wolno mi zaniedbać. Nawet ja nie potrafię przewidzieć, jak zakończy się twoje spotkanie z pozaplanarnym złem, z którym jest ci pisane się zetrzeć. Jedyna rada, której mogę ci udzielić, brzmi: zaufaj przyjaciołom. Teraz zaś zbudź się, Revanie.
Twoje otoczenie zaczyna się rozmywać, po czym gwałtownie wywija kozła. Tracisz zmysły, a wszystko wokół ogarnia ciemność.

***

- Zbudź się, Revanie.
Głos nie może należeć do Helma. Nie ma nic wspólnego z tym potężnym, grzmiącym tonem, który wywołał u Ciebie bogobojną trwogę. Jest cichy i miękki, tchnie cierpliwością i spokojem.
- Revanie.
Otwierasz oczy, a świat natychmiast nabiera barw i ostrości. Pamiętasz to miejsce. Tutaj zatrzymaliście się na krótki odpoczynek, a Ty przyjąłeś pierwszą nocną wartę. Tutaj przeprowadziłeś z Xanem poważną rozmowę na temat Solace. Solace...
- Wreszcie cię obudziłem.
Odwracasz głowę w kierunku, z którego dobiega głos. Koło Ciebie siedzi Xan, uśmiechając się delikatnie.
- Masz twardy sen – mówi – Ale już prawie świta, więc musiałem ci go przerwać.
Zrywasz się gwałtownie.
- Zasnąłem na warcie! – niemal krzyczysz.
- Spokojnie – ronin znów obdarza Cię uśmiechem – Przyjąłem ją za ciebie.
Opadasz z westchnieniem na posłanie, zaś on kontynuuje:
- Jednak jeśli chcemy, by nasza rozmowa nie wyszła na jaw, musisz udawać, że czuwałeś całą noc.
- Zaraz – przerywasz – Czy to znaczy, że ty w ogóle nie spałeś?
Najemnik wzrusza ramionami.
- Co za różnica? – pyta – To przeszłość. Ważne jest tu i teraz.
Podnosisz się, biorąc i zarzucając na ramiona swój płaszcz, służący Ci w nocy za przykrycie. Xan tymczasem składa koc i umieszcza go w bagażach, po czym kładzie się na swym legowisku.
Nim zabierasz się do budzenia towarzyszy, postanawiasz dla lepszego pozoru zawiesić przy pasie swój miecz. Gdy sięgasz po pochwę, by przypiąć ją sobie u bioder, Twą uwagę zwraca jej niezwykła lekkość. Kiedy Twój wzrok pada na rękojeść, poznajesz ją. A więc to nie był sen...

***

Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Revan obudził drużynę, udając, że pełnił wartę całą noc. Nikt nie zorientował się w tym drobnym oszustwie, dzięki czemu udało nam się ukryć naszą rozmowę przed towarzyszami.
Podczas pakowania bagaży i składania obozowiska coś zaniepokoiło mnie w oburęcznym brzeszczocie paladyna. Zdawało mi się, że jego rękojeść wyglądała inaczej niż przedtem. Ale pewnie był to skutek zmęczenia, w końcu nie spałem od grubo ponad doby.
Teraz ponownie przedzieramy się przez las, w takim samym szyku jak poprzednio. Jednak Miriel idzie bardzo szybko, nawet mi ciężko za nią nadążyć. Kapłanka wygląda na mocno zdenerwowaną. Nie dziwię się jej. Coś wisi w powietrzu i nie są to tylko pajęczyny.
Veldrin i Solace, mimo szybkiego marszu, zdają się nie interesować niczym poza sobą. Revan czasami spogląda na nich ze smutkiem, wzdychając cicho, lecz i tak od wczoraj stał się o wiele pogodniejszy. Przez większość czasu rozmawia ze mną o różnych technikach walki bronią sieczną lub dyskutuje zawzięcie o dogmatach bóstw zamieszkujących Dom Trójcy.
Nagle spomiędzy drzew przed nami zaczyna wydobywać się wyjątkowo jasne, lekko czerwone światło. Wszystkie rozmowy momentalnie milkną, a członkowie drużyny przystają i wpatrują się jak urzeczeni w nadzwyczaj piękny widok. Dawczyni Świtu macha ręką, zachęcając nas do podążenia za nią, po czym wprowadza kompanię na polanę.
W jej centrum, na kamiennym postumencie, spoczywa ogromny, wielofasetkowy rubin, promieniujący ciepłym, czerwonym blaskiem. Jest przepiękny, a jego skomplikowany szlif jednym słowem zachwyca. Liczne ścianki klejnotu rozpraszają lśnienie po całej okolicy, sprawiając, że wygląda na miłą i przytulną.
Strażniczka Poranka podchodzi do piedestału od przeciwnej strony, odwracając się twarzą w naszym kierunku. Krótkim gestem przywołuje nas bliżej, po czym rozpoczyna przemowę:
- Oto Zwiastun Świtu, święty rubin Lathandera – mówi, dotykając dłońmi klejnotu – Tylko z jego pomocą mogę przełamać potężne zabezpieczenia chroniące planarną siedzibę Al-Rawida i dostać się do jego tajemnego sanktuarium. Jednak mogę to zrobić tylko w południe, gdy siła słońca jest największa.
Przerywa, robiąc efektowną pauzę. Po paru sekundach absolutnej ciszy kontynuuje:
- Niestety, chociaż większość blokad zdołałam usunąć, kilka wciąż jest sprawnych. Dlatego nie będę mogła towarzyszyć wam w niebezpiecznej misji zniszczenia nikczemnego rakszasy. Moja esencja nie jest w stanie przeniknąć przez bariery postawione przez Al-Rawida i jego braci.
- Kim właściwie jesteś, o pani? – pyta Revan – Obiecałaś nam to powiedzieć, jednak do tej pory nie wyjawiłaś nam tego sekretu, zachowując bezwarunkowe milczenie.
- Jeśli koniecznie chcecie się tego dowiedzieć – wzdycha Miriel – to pokażę wam moją prawdziwą formę.
Od kapłanki zaczyna bić jaskrawe światło, będące jednak niczym w porównaniu z olśniewającym blaskiem Zwiastuna Świtu. Jej włosy błyskawicznie się wydłużają, opadając na ramiona i plecy w pięknych, wielobarwnych splotach. Niewielka postać Strażniczki Poranka zaczyna gwałtownie rosnąć, rozsadzając koszulę, przyciasne spodnie, a nade wszystko skórzaną zbroję.
Jednak jej ubranie nie pęka w szwach. Ono po prostu wybucha.
Stwierdzam z niezadowoleniem, że się rumienię. Spoglądam kątem oka na Revana. Nie jest z nim lepiej – paladyn poczerwieniał jak piwonia i rozkaszlał się niebezpiecznie. Veldrin na szczęście jest drowem, więc jedynym objawem jego... 'zachwytu' pozostają wytrzeszczone oczy i szeroko otwarte usta. Tymczasem Solace również lekko pokraśniała, spoglądając z wyrazem żalu i zażenowania na twarzy na swe niewielkie uroki, ledwo zaznaczające się pod druidzką szatą.
Spoglądam ponownie na Dawczynię Świtu i ze zdziwieniem zauważam, że nie jest wiele większa niż wcześniej. Z podekscytowania zapominam, czym jest naprawdę, i zaczynam się zastanawiać, dlaczego jej odzież nie wytrzymała tak nieznacznej zmiany rozmiaru ciała. Po chwili odpowiedź pojawia się sama.
Ogromne, bajecznie kolorowe skrzydła, skryte do tej pory za plecami kapłanki, rozkładają się, ocieniając całkiem sporą część polany. Jej nogi splatają się ze sobą i rozciągają w długi, opierzony na końcu ogon. Strażniczka Poranka zwija swe wężowe zwoje i osłania się skrzydłami niczym płaszczem, po czym przemawia:
- Jestem Miriel z Błogosławionych Pól Elizjum, służka i wysłanniczka Pana Poranka – jej melodyjny głos przypomina dźwięki harfy – Jak widać, należę do rasy lillendów, lecz jestem mniej chaotyczna od większości mych braci i sióstr, więc tylko wyjątkowo złe i nikczemne istoty mogą obawiać się mego gniewu.
- Pani – szepcze Revan, padając na kolana.
- Powstań, paladynie – mówi poważnie Dawczyni Świtu – Nie jestem boginią, lecz skromną istotą służącą potężnemu Lathanderowi.
Mój przyjaciel wstaje, nieco zakłopotany, zaś Miriel kontynuuje przerwaną przemowę:
- Aby przeżyć podróż do domeny Al-Rawida, trzeba być obdarzonym iskrą boskości. Bez jej choćby najdrobniejszego skrawka przekraczanie międzyplanarnej bariery zakończy się śmiercią nawet najpotężniejszego śmiertelnika. Jednak na szczęście w waszym przypadku nie stanowi to problemu – Strażniczka Poranka spogląda na nas wymownie.
- Jak to? – pyta szczerze zdumiona Solace.
- Każdy z was ma w sobie odrobinę boskiej mocy, wrodzoną lub nabytą – mówi lillend – Dla przykładu: Revan jest wnukiem Helma. Wiedziałeś o swym pochodzeniu, paladynie? – pyta.
- Tak – odpowiada młodzieniec, zaskakując całą drużynę, a także kapłankę – Od niedawna – dodaje szybko, słysząc za plecami nieprzyjemne szepty.
- Xan – ciągnie Miriel, zwracając się do mnie – również jest nią obdarzony, chociaż jej źródło pozostaje dla mnie nieznane.
- Dla mnie też – ucinam zimno, dając wszystkim do zrozumienia, że nie życzę sobie dyskusji na ten temat.
- Ty, elfko – Dawczyni Świtu zwraca się do druidki, zupełnie ignorując mój szorstki komentarz – iskrę boskości zdobyłaś niedawno, podczas walki z Shadowem.
- Nie rozumiem – stwierdza wprost Solace.
- Furia Niebios – tłumaczy spokojnie Strażniczka Poranka – została wykuta, gdy esencja jednego ze wschodnich bóstw rozproszyła się po wieloświecie, łącząc z wieloma zwykłymi śmiertelnikami. Wściekły bóg, pragnąc odzyskać dawną rangę i pozycję, zlecił potężnemu, piekielnemu kowalowi stworzenie broni, która mu to umożliwi. Baatezu wykonał powierzone mu zadanie, konstruując katanę wysysającą boską energię z zabitego przeciwnika i przekazującą ją właścicielowi miecza. Jednak gdy jego pracodawca odmówił mu zapłaty, diabeł zabił go bezlitośnie, a swoje dzieło sprzedał za bezcen, ukrywając jego właściwości i pierwotne przeznaczenie. Tak rozpoczęła się długa i krwawa historia potężnego oręża, który należy teraz do ciebie.
Elfka spogląda z niedowierzaniem na swą piękną broń.
- Shadow był wybrańcem Maski – kontynuuje przemowę lillend – i został przez niego obdarzony potrzebną nam teraz iskrą boskości. Przejęłaś ją, zabijając skrytobójcę przy pomocy Furii Niebios.
Druidka stoi oniemiała, zaś kapłanka delikatnie się uśmiecha.
- A co ze mną? – pyta cicho Veldrin.
- Niestety – mówi Dawczyni Świtu – Nie masz w sobie nawet krzty boskiej esencji. Ale nie ma się czym martwić – dodaje, widząc zmartwioną minę drowa – Zaraz coś na to poradzimy.
Wznosi ręce i wzrok ku górze, po czym wykrzykuje kilka słów w nieznanym mi języku. Na mrocznego elfa spływa z nieba słup światła. Gdy gaśnie, czarnoskóry młodzieniec patrzy z niekrytym zdumieniem na swoje dłonie, lśniące nienaturalnym blaskiem.
Jego zdziwienie znajduje oddanego towarzysza w naszym. Cisza, która zapada, nie zostaje przerwana nawet przez Solace, która w całkowitym milczeniu podchodzi do Veldrina, obejmuje go i całuje delikatnie w usta. Obydwoje spoglądają na Miriel, uśmiechając się.
- Teraz przejście do siedziby Al-Rawida nie jest już dla ciebie niebezpieczne – mówi kapłanka – Przekazałam ci część mojej mocy, którą wieki temu obdarzył mnie Lathander.
- Czy wiąże się to z jakimiś nowymi umiejętnościami? – pyta drow.
- Nie – stanowczo odpowiada Strażniczka Poranka – Tak mała ilość boskiej energii nie wynosi cię nawet do statusu quasi-bóstwa. Gdyby tak się stało, wpadłbyś w wir obłędu, niezdolny poradzić sobie z rozszerzoną perspektywą boskiej istoty.
Ponownie wszyscy milkną.
- Czy zanim wyruszymy w podróż do innego planu – pyta po chwili Revan, odchrząknąwszy uprzednio – moglibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej o naszych wrogach? Tych pokonanych i tych, z którymi dopiero mamy się zmierzyć.
- Rytuał musi być przeprowadzony w południe – mówi dźwięcznie lillend – Mamy jeszcze dość czasu, bym mogła opowiedzieć wam o waszych nieprzyjaciołach.
Bierze głęboki oddech, a następnie rozpoczyna przemowę:
- Malak, czarny rycerz, którego zabił Revan, był niegdyś potężnym paladynem w służbie Torma. Jednak za odejście od zasad wiary skazano go na wygnanie i zablokowano olbrzymie magiczne moce, bardzo rzadkie wśród przedstawicieli jego profesji. Kiedy tułał się po świecie, przeklinając Lojalną Furię i jego wyznawców, napotkał grupę kapłanów Bane'a. Czarna Dłoń osobiście się nim zainteresował, odblokowując dawne moce, lecz jednocześnie wypaczając je. W ten sposób Mroczny Władca zyskał wiernego sługę, czyniąc jednocześnie na złość swemu arcywrogowi. Chcąc jeszcze bardziej zwiększyć potęgę Malaka, namówił do współpracy Velsharoona, który obdarzył rycerza ciemności wspaniałym mieczem i zbroją, a także nekromanckimi umiejętnościami oraz niewielką armią. W zamian za to Władca Zapomnianej Krypty zażądał iskry boskości, która pozwoliłaby mu uniezależnić się od Azutha. Pan Ciemności zgodził się na to, lecz nie chcąc osłabiać siebie samego, odszukał istotę nadającą się idealnie do celów Arcymaga Nekromancji. Odszukał ciebie, Revanie.
Dawczyni Świtu ponownie uzupełnia zapas powietrza w płucach, po czym kontynuuje. Nie zwraca uwagi na paladyna, który przestał słuchać, opuściwszy głowę. Wiem, że mój przyjaciel obwinia się za śmierć naszych towarzyszy, lecz nie mam pojęcia, jak powinienem teraz postąpić, jak mu pomóc, jak wesprzeć go w trudnej chwili. Koncentruję się tylko na tym, słowa Strażniczki Poranka przelatują gdzieś obok, obojętne i nieistotne.
- ... wtedy Shadow dostał zlecenie od kapłanów Talosa, interesujących się z nieznanych mi powodów Xanem – melodyjny głos Miriel wyrywa mnie z zamyślenia – Jako nagrodę za dostarczenie go do ich świątyni, żywego lub martwego, miał dostać pękaty mieszek złota oraz magiczny miecz zwany Milczącym Ostrzem. Broń ta była dla złodzieja szczególnie cenna, gdyż oręż przez niego posiadany, Zimne Żelazo, stanowił z nią potężny duet. Przynajmniej dopóki nie został zniszczony przez Revana – kapłanka robi krótką pauzę, uśmiechając się promiennie i uroczo – Tak czy inaczej, mimo pomocy Maski, skrytobójca zawiódł, ponosząc klęskę. Teraz już wam nie zagraża.
- Podobnie jak Malak – odzywa się niespodziewanie Solace – Jednak choć zabójca i upadły paladyn zginęli, inni nasi wrogowie wciąż żyją i oddychają, a my nadal znajdujemy się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
- To prawda, druidko – przyznaje po chwili lillend – Zło, z którym teraz przyjdzie wam się zmierzyć, jest trudne do zrozumienia. Ci, których udało wam się dotąd pokonać, nie byli źli z natury. Wasz obecny przeciwnik jest zaprzeczeniem wszystkiego, co dobre i szlachetne. Istoty pokroju Malaka i Shadowa są niczym w porównaniu z nim.
- Kim on właściwie jest? – przerywa Veldrin – Nawet mi, swemu wiernemu słudze, nigdy tego nie zdradził.
- Wiele wieków temu – Dawczyni Świtu spogląda przed siebie pustym wzrokiem, sprawiając wrażenie pogrążonej we wspomnieniach – Bane związał się z potężną rakszasą, mającą znaczne wpływy na Niższych Planach. Owocem ich związku była trójka dzieci, trzech mrocznych braci obdarzonych nieprzeciętnymi umiejętnościami. Pierwszy urodził się Al-Rawid, okrutny, mściwy, pozbawiony litości i skrupułów, lecz jednocześnie uprzejmy, skrupulatny, ostrożny i przewidujący, najpotężniejszy i najsprytniejszy z całej trójki. Drugi był Al-Belhim, nienawidzący starszego brata i służący mu tylko ze strachu, ale czuły i opiekuńczy wobec młodszego – Al-Rastima, porywczego i gwałtownego, lecz cenionego za odwagę i wierność rodzinie, której dochowywał wręcz fanatycznie.
Strażniczka Poranka robi efektowną, kilkusekundową pauzę, po czym kontynuuje:
- Mroczny Władca dał swoim synom pewną swobodę działania, zaznaczając jednak, by nie wchodzili mu w drogę i stawiali się na ewentualne wezwania. Rakszasy rozpoczęły więc tworzenie potężnej, tajnej organizacji, mającej wpływy na całym Torilu. Nie osłabiła ich nawet śmierć Pana Ciemności podczas Kryzysu Awatarów. Bracia nawet się nią nie przejęli, gdyż znali plany swego ojca dotyczące Iyachtu Xvima. Wszystko szło jak po maśle, dopóki jeden z ich agentów, wampir Vicorius, przez własną głupotę i nieostrożność nie został zabity przez Revana.
Kapłanka spogląda z uśmiechem na paladyna, lecz on wciąż stoi z opuszczoną głową, zasmucony i milczący, obwiniając się za śmierć Ragvena i Blanka. Spróbuję go później pocieszyć, lecz najpierw muszę wybaczyć samemu sobie cierpienia, których doświadczyli moi towarzysze ze strony polującego na mnie Shadowa.
- Wtedy zaczęły się kłopoty – ciągnie Miriel – Misterny plan Al-Rawida zaczął się sypać. Kiedy śledziłam resztki grupy służących mu yuan-ti, rozgromionej przez Tarę i Solace, udało mi się zlokalizować jego kryjówkę. Wkrótce potem zabiłam Al-Rastima, ratując przed nim Revana i Xana. Później jeszcze wielokrotnie pomagałam wam wszystkim, jawnie lub w ukryciu, cały czas zbierając moc i gromadząc ją w Zwiastunie Świtu. Jednak przejście do domeny rakszas to tylko połowa roboty. Aby wejść do sali tronowej Al-Rawida potrzebne są pewne specyficzne przedmioty...
- Sztylety Wejścia! – wykrzykują jednocześnie paladyn i drow, po czym spoglądają na siebie ze zdziwieniem. Uśmiecham się lekko.
- Zgadza się – przytakuje lillend, również się uśmiechając – Jeden na każdą osobę, która chce wejść do osobistej komnaty najstarszego z trzech braci.
- My mamy trzy – stwierdza mój przyjaciel.
- A niech to! – druidka łapie się za głowę – Mój został przy Tarze!
- Nie patrzcie tak na mnie – mówi mroczny elf, gdy wszystkie spojrzenia padają na niego – Wyrzuciłem swój Sztylet, by nie stać się łatwym celem dla mego dawnego pana.
Milkniemy, zastanawiając się, kogo spośród nas zostawimy na progu sali tronowej naszego wroga. Mogę się założyć, że zarówno Revan, jak i Veldrin typują Solace, nie chcąc jej narażać. Nagle Miriel wybucha perlistym śmiechem i przemawia swym pięknym głosem:
- Nie martwcie się. Do siedziby rakszasy możecie udać się wszyscy razem, a tam na pewno trafi się ktoś, kto będzie miał przy sobie niezbędny nam artefakt.
Zapada cisza, jednak nie jest ona niezręczna, raczej wyczekująca. Po kilku sekundach zostaje przerwana przez Dawczynię Świtu:
- Do południa nie zostało już wiele czasu – przemawia – Muszę rozpocząć tajemne rytuały, które pozwolą wam przejść do domeny Al-Rawida.
Przez chwilę mówi coś o wielopołączeniowej naturze półplanów, a także międzyplanarnej osmozie oraz jej spaczeniach spowodowanych bliskością Baator i Planu Pozytywnej Energii, lecz po chwili milknie, zauważając, że nikt z nas nic z tego nie rozumie, posiadając nikłą wiedzę o wieloświecie. Strażniczka Poranka podnosi wspaniały rubin spoczywający na piedestale, po czym obraca się, rozkłada pierzaste skrzydła i wznosi nad ziemię, rozwijając długi, wężowy ogon. O tym, że cały czas rzuca zaklęcia, świadczą tylko nagłe rozbłyski światła oświetlające co pewien czas okolicę oraz towarzyszące im fale ciepła.
My tymczasem rozsiadamy się wygodnie na miękkim dywanie trawy i mchu, zaścielającym obrzeża polany. Veldrin i Solace tradycyjnie trzymają się na uboczu, zajęci tylko sobą, zaś ja nieodmiennie prowadzę z Revanem dysputy teologiczne. Uznaję, że nie jest to odpowiedni moment na poważne rozmowy o odpowiedzialności za śmierć naszych towarzyszy. Na to przyjdzie jeszcze czas. O ile obaj przeżyjemy dość długo, dodaję w myślach.

***

Wilki stąpają ostrożnie, powoli otaczając polanę zwartym pierścieniem. Nikt nie może uciec, nikt nie może ujść ich kłom i pazurom. Taka jest wola Malara.
Rozkazy wydaje im duży lampart o lśniącej sierści, pozlepianej miejscami od krwi, którą ocieka również potężny pysk zwierzęcia. Porozumiewanie się z psowatymi sprawia mu znaczne problemy i wyraźnie go irytuje, lecz wytrzymuje to, podobnie jak głupotę swych podwładnych. W końcu nie może sobie pozwolić na wybuch gniewu w takim momencie.
Otaczają go trzy inne wielkie koty. Z przodu stoi olbrzymi tygrys, przypatrujący się z zaciekawieniem wydarzeniom na polanie i kręcący bez przerwy ogonem. Z tyłu leży, liżąc łapę, duży samiec pantery, zdający się mieć wszystko wokół w głębokim poważaniu. Zaś obok lamparta stoi piękna, wysmukła samica tego samego co on gatunku, cały czas mrucząca do niego zalotnie.
Do kotów podbiega czarny wilk. Przez parę sekund trwa w niepewności, lecz po chwili ośmiela się i cicho powarkuje. Lampart odpowiada krótkim, gwałtownym warknięciem. Pies zbliża się do skraju ściany drzew. Jego przywódca odchodzi od swej towarzyszki i idzie za nim.
Kocie źrenice zwężają się pod wpływem ostrego światła. A po chwili znowu rozszerzają, gdy ich właściciel dostrzega, co dzieje się na polanie.

***

- Przejście gotowe! – woła Miriel, przerywając nasze rozmowy.
Jak jeden mąż spoglądamy w jej kierunku. Kapłanka odlatuje nieco na bok i składa skrzydła, odsłaniając wielki, lśniący różnymi odcieniami różu i czerwieni portal.
- Możecie przechodzić! – kontynuuje – Im szybciej, tym lepiej!
- Co nas czeka po drugiej stronie? – pyta Revan, podchodząc do bramy.
- Labirynt – odpowiada Veldrin – Poznałem jedynie ułamek dziedziny mego dawnego pana, lecz tyle mogę z całą pewnością stwierdzić.
- Czy twoja wiedza jest wystarczająca, by nas przezeń przeprowadzić? – zwraca się do niego Solace.
- Nie – odpowiada szczerze drow – Jednak może pomóc i uchronić nas przed niektórymi niebezpieczeństwami.
- A więc chodźcie! – zachęca lillend – Każda sekunda utrzymywania portalu coraz bardziej mnie wyczerpuje, a ponowne zgromadzenie mocy potrzebnej do jego otwarcia potrwałoby miesiące.
Każdy z nas bierze podręczne bagaże, na które składają się tylko najbardziej niezbędne przedmioty. Podchodzimy do portalu i po kolei go przekraczamy.
Pierwszy przechodzi Veldrin. Solace, nie chcąc rozstawać się z nim nawet na chwilę, podąża zaraz za nim. Kiedy przychodzi moja kolej, do mych uszu dociera stłumiony ryk. A potem wycie wilków.

***

Lampart reaguje błyskawicznie. Jego ryk daje wilkom sygnał do ataku. Zwierzęta rzucają się na polanę, śliniąc się i wyjąc. W ich oczach błyszczy pierwotny szał, żądza krwi zesłana przez samego Malara.

***

Odwracam się gwałtownie. W kierunku Strażniczki Poranka biegnie bardzo liczne stado wilków. Na jego czele sadzą wielkimi susami dwa lamparty, tygrys i pantera.
Revan również to zauważa. Rzuca się w stronę kapłanki, sięgając do pochwy po miecz. Chwytam go mocno za barki, lecz on natychmiast próbuje wyzwolić się z mego uścisku.
- Puść mnie! – krzyczy – Ona potrzebuje pomocy!
- Jeśli przejdziemy przez portal, nie będzie musiała go utrzymywać i odzyska całą swoją moc! – odpowiadam – To dla niej najlepsza pomoc!
Paladyn na chwilę przestaje się wyrywać, a ja gwałtownym szarpnięciem pozbawiam go równowagi. Wchodzę tyłem do portalu, wciągając go ze sobą. Nim zapadam w miękką ciemność, dostrzegam jeszcze, że Dawczyni Świtu radzi sobie w walce z bestiami całkiem nieźle, miażdżąc je celnymi ciosami buzdyganu.

***

Budzi mnie rozmowa, spokojne, choć lekko podniesione głosy. Otwieram oczy, a świat powoli nabiera barw oraz ostrości. Dostrzegam nad sobą twarz Revana, patrzącą jednak gdzieś w bok. Dopiero po chwili paladyn zauważa, że się obudziłem, i spogląda na mnie, uśmiechając się lekko.
- Długo spałem? – pytam bezceremonialnie.
- Owszem – odpowiada młodzieniec – Ale krócej ode mnie.
Podnoszę się powoli i naraz zauważam, że podczas snu moja głowa spoczywała na kolanach Revana. Dziękuję mu spojrzeniem, gdyż twarda, kamienna posadzka z pewnością nie należy do szczególnie wygodnych, po czym dokładnie rozglądam się po pomieszczeniu.
Jedynym źródłem światła jest w nim osiem magicznych pochodni. Na każdej ścianie, pomiędzy dwoma z nich, znajduje się duży, lśniący portal. Poza tym nie ma w komnacie nic interesującego.
- Nie przybyliśmy jednocześnie? – pytam.
- Nie – odpowiada siedzący obok swej ukochanej Veldrin – Pierwsza była Solace, potem ja, następnie Revan, a na końcu ty. Każdy przez pewien czas był nieprzytomny.
- To dziwne – mówię, wpatrując się w jeden z portali – Nie powinno tak być.
- Znam tego przyczynę – stwierdza druidka – Jesteśmy bardzo blisko Planu Pozytywnej Energii.
Odwracam się gwałtownie.
- Jesteś pewna??
- Tak – przytakuje elfka – Nie czujesz tego?
- Czuję – przyznaję – I niepokoi mnie to.
- Mnie też. Tutaj prawie każdy rodzaj magii jest o wiele silniejszy niż na Pierwszym Planie Materialnym.
- I nie można nic na to poradzić – wzdycham – Cóż, możemy iść tylko do przodu. Trzeba przejść przez któryś z portali. Jakieś propozycje? – pytam.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.726
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Grupa towarzyszy stała nieruchomo wpatrując się w portale. Który z nich wybrać? Czy tylko jeden jest właściwy czy każdy z nich w ostatecznym rozrachunku i tak zaprowadzi ich do Al-Rawida?? Oczy trójki bohaterów powoli zerkneły na Veldrina. Drow wydawał się tym zakłopotany.
-Nie patrzcie tak na mnie! Musimy przejść przez jeden wielki labirynt, którego nawet ja nie znam choćby w połowie. W tej chwili liczy się tu intuicja każdego z nas.
Revan zaczął iść pewnym krokiem ku najbliższemu portalowi czym zdziwił reszte. Xan starał się interweniować.
-Zaczekaj Revanie! Od teraz każdy nasz krok musi być przemyślany...
-Być może tak powinno być, ale nie mamy praktycznie żadnego pojęcia co nas czeka i nie wiemy co stało się z Miriel. Być może teraz potrzebuje naszej pomocy. Moim zdaniem po prostu musimy przeć do przodu. W końcu gdzieś zajdziemy.
Paladyn wbiegł w magiczne przejście nim ronin zdołał odpowiedzieć. Potrząsnął tylko głową i ruszył za przyjacielem. Veldrin i Solace nie mogąc zrobić nic innego uczynili to samo.

***

Wokół mnie tańczyły tysiące różnych barw. Czułem się jakbym spadał lecz lot był niezwykle spokojny, a żaden wiatr nie uderzał w me pędzące ciało. Nagle wszystko znikneło. Lekko wstrząsneło mną gdy gwałtownie stanąłem nogami na zimnej, kamienistej podłodze. Dzwinym trafem nie miałem problemu z tak pewnym lądowaniem choć nawet nie starałem się o nie...
Wszystko to przestało mieć znaczenie gdy zauważyłem gdzie jestem. Była to olbrzymia sala, ciągneła się gdzieś daleko, tak bardzo, że nie widziałem jej końca. Stwierdziłem jednak, że znajduje się w pomieszczeniu ponieważ oparłem się o jedną ściane, a dwie inne widać było po bokach. Sala nie była szeroka, lecz bardzo długa. Na pewno była też dziwna. W całym swym, niezbyt zresztą długim, życiu nie widziałem czegoś takiego. Z sufitu zwisały tysiące łańcuchów. Jednych olbrzymich, innych malutkich. Niektóre prawie dodatykały ziemi inne zwisały do połowy. Uczucia grozy dodawał panujący tu pół-mrok.
Wszystkie moje rozmyślania przerwało nagłe pojawienie się obok Xana. Miyamoto był na początku lekko zdezorientowany jak ja po czym spojrzał w moją strone równie zdumiony dziwnym miejscem. Kolejny błysk i dołączyli do nas Veldrin wraz z Solace. Druidka potrząsneła głową by dojść do siebie podczas gdy mroczny elf spokojnie przemierzył wzrokiem pomieszczenie. Wcale nie wydawał się być zaskoczony tutejszym widokiem.
-Ty już tu byłeś... - stwierdziłem widząc opanowanie drowa.
-Tak i nie mamy się czego obawiać. Sala ciągnie się przez jakieś 10-15 kilometrów. Mamy szczęście, że wybrałeś właśnie tę droge. Wystarczy, że dojdziemy do jej końca by móc ruszyć dalej. Chodźcie za mną.
Veldrin pewnym krokiem ruszył przed siebie, za nim Solace, a na końcu ja z Xanem. Być może Veldrin miał racje. Może miejsce to nie było niebezpieczne jednak ostatni raz drow był tu gdy nie był jeszcze wrogiem dla Al-Rawida...

***

Grupa towarzyszy parła pewnie do przodu. Na czele Veldrin, spokojny i pewny siebie. Solace, widząc drowa w tym stanie, również po pewnym czasie przestała mieć jakieś wątpliwości co do tego miejsca. Revan rozglądał się niespokojnie i raz nawet wydawało mu się, że zauważył gdziś ruch lecz przetarł tylko oczy i nic nie powiedział. Xan natomiast im dalej brneli tym bardziej czuł się osaczony i obserwowany. Niektóre łańcuchy lekko drgały, mało kto zauważył by ten szczegół jednak dla tak doświadczonego wojownika jak Xan to było coś nie do przeoczenia. Ronin gwałtownie przystanął wyciągając swe ostrza. Revan zwolnił kroku aż stanął patrząc na przyjaciela. Ufając jego intuicji złapał za wspaniałą rękojeść swego miecza gotów wyciągnąć go gdyby zaszła taka potrzeba. Drow i elfka staneli zdumieni troche dalej. Solace spojrzała pytająco na Veldrina, a ten tylko wzruszył ramionami.
-O co chodzi?? Przecież mówiłem, że...- reszta słów nie wyszła z gardła mrocznego elfa ponieważ zagłuszył je głośny skrzeczący wrzask. Druidka odruchowo chwyciła ukochanego za ramie. Po sali rozniósł się głośnym echem śmiech. Xan zacisnął zęby, Veldrin przeklinał siebie w duszy za swoją bezmyślność i pewność siebie, która go zaślepiła. Revan po kilku takich chwilach gdy w powietrzu niósł się co jakiś czas diabelski śmiech nie wytrzymał.
-Wychodźcie wreszcie tchórze!!
Kilka łańcuchów zadrgało, na początku lekko, potem coraz gwałtowniej. Na końcach paru z nich pojawiły się ostre niczym brzytwa haki. Łańcuchy wijąc się teraz jak węże ruszyły do ataku. Veldrin dobył swego miecza, a Solace wydobyła Furię. Staneli do siebie plecami parując dzikie ataki haków. Kolejne dwa dosłownie fruneły na paladyna. Ten w ostatniej chwili szybkim i zamaszystym ruchem wyciągnął jedną ręką swój wielki miecz. Kawałki łańcuchów padły nieruchomo na ziemie, a ich górna część pozbawiona broni cofneła się. Xan patrzył zdumiony na Revana. Na początku zdziwił go fakt jak szybko jego towarzysz dobył swej ciężkiej broni, zrobił to na dodatek jedną ręką!! Wszystkie te pytania jednak odpłyneły gdy ronin zobaczył nową, wspaniałą broń paladyna. Z pięknej, długiej jak na miecz oburęczny przystało, rękojeści wychodziło ostrze utworzone niczym z światła. Łańcuch uderzył Xana w plecy rozdzierając mu ubranie, a ronin złajał się za swoją bezmyślność. Natychmiast stanął na nogach po czym odbił kataną lecący w jego strone hak. Następny łańcuch, bardzo gruby, zawinął się wokół ręki trzymającej wakizashi. Wojownik został oderwany od podłoża i z wielką szybkością ciśnięty między inne, zwisające z sufitu żelastwa. Łańuch zawracał z powrotem. Najemnik uderzał wolną ręką w której trzymał katane, ale nie było żadnego efektu prócz większej ilości iskier. Gdy świat wirował mu wokół usłyszał krzyk Revana. Paladyn wznosząc do ataku swój wspaniały miecz krzyknął:
-Helm!!!
I przeciął z łatwością trzymające Xana ogniwa. Miyamoto upadł na twarde kamienie wypuszczając z siebie ze stęknięciem powietrze.
Veldrin i Solace wciąż dobrze się bronili doskonale się uzupełniając i pomagając sobie nawzajem. Jednak ich wysiłki szły na marne. Odbite haki za każdym razem wracały, wijąc się na łańcuchach i próbując zaatakować z innej strony. Zdenerwowany drow chwycił z całej siły swój wielki brzeszczot i zamachnął się potężnie rozszczepiając jeden z dręczących ich łańcuchów. Cios ten obrócił go niemal o 180 stopni i kolejny hak boleśnie zahaczył o udo mrocznego elfa, zdołał on jednak na czas odsunąć się unikając poważniejszych obrażeń. Druidka nie radziła sobie gorzej, Furia Niebios co chiwle zmieniała swe ułożenie w jej delikatnych dłoniach odbijając atak czasem pod, zdawałoby się, niemożliwym kątem. Jednak wąskie ostrze elfki, mimo całej swej magicznej mocy nie było wystarczające by przeciąć łańcuchy grube niczym nogi verbeegów. Druidka nie miała też nawet chwili wytchnienia by spróbować rzucić jakieś zaklęcie.
Ronin doszedł so siebie. Wokół niego szarżował paladyn wraz ze swym nowym mieczem. To dało Xanowi chwile na ogarnięcie całej sytuacji. Miyamoto niedługo zastanawiał sie jak powstrzymać atakujące ich łańcuchy ponieważ jego uwage przykuło coś zupełnie innego. Dziwna, humanoidalna istota przemieszczała się nadzwyczaj zwinnie i szybko po wiszącym żelastwie. Jej jedynym ubiorem były... łańcuchy. Wojownik zerwał się na nogi biegnąc w jej kierunku. Gdy istota zorientowała się iż została zauważona, łańcuchy spowijające jej ciało ruszyły do ataku. Xan odbijał je zmniejszając stale odległość dzielącą go z kytonem. Tak bowiem zwały się zamieszkujące ten teren baatezu. Niezby inteligentne, jednak zwinne i niezwykle niebezpieczne (dzięki swym niesamowitym zdolnościom) stwory. Kyton skakał po łańcuchach z ogromną łatwością i szybko zniknął z oczu najemnikowi.
Veldrin tylko warknął powstrzymując krzyk bólu. Jeden z haków zahaczył go pod żebra unosząc drowa kilkadziesiąt centymetrów w góre. Wojownik zdołał jednak w pore się oswobodzić nim ostry koniec haka wbił się w jakiś ważny organ. Upadł na kolano, a Solace natychmiast podbiegła by sprawdzić czy wszystko z nim w porządku. Mroczny elf rzucił się do przodu ciągnąc za sobą Solace, a kolejny łańcuch świsnął im nad głowami rozwiewając włosy na ich głowach. Revan wykonując szybkie i zręczne obroty Żelaznym Piórem siał spusztoszenie wśród atakujących ich, ożywionych magią, łańcuchów. Kupa żelastwa, sterty ogniw, w szybkim czasie zaczeły zalegać na zimnych kamieniach podłogi. Gdyby nie paladyn, zapewne dwójka elfów byłaby już martwa. Świetliste ostrze wykręciło się w jednym ręku paladyna. Sługa Helma robiąc obrót, przerzucił sobie z niezwykłą łatwością za plecami broń do drugiej, wolnej ręki, przy okazji nisząc kolejne dwa haki.
Xan oddalił się z lekka od przyjaciół goniąc baatezu. Zdecydował się na ryzykowny ruch. Rzucił przed siebie wakizashi. Opłaciło się. Ostrze przebiło ramie kytona, a ten, tracąc równowage, spadł. Robiąc przewrót w przód po podłożu, ronin zatrzymał się przykucnięty przy stworze. Błysk metalu i świst powietrza. Kyton pada na ziemie z odciętą głową. Xan wstaje gotów pomóc towarzyszom lecz coś go przed tym powstrzymuje. Miyamoto odwraca się i patrzy w dół... Łańcuchy z ciała potwora otoczyły jego kostki u nóg!! A na dodatek, kyton siada mimo, że stracił głowe! Wojownik przewrócił się ciągnięty przez żelastwo. Stwór podniósł łeb i przyłożył go do szyi. Wszystko to wyglądało makabrycznie, ale głowa przyrosła z powrotem na swoje miejsce! Xan patrzył się z rozdziawioną buzią zapominając zupełnie w jak niekorzystnej sytuacji się znajduje. Dziko tańczące łańcuchy zaczeły sięgać do bardziej czułych miejsc ronina, a ten natychmiast oprzytomniał. Kyton przyciągał go do siebie aby zacisnąć swe łapska na szyi najemnika. Miyamoto mając wciąż wolną ręke z kataną zacisnął zęby i pchnął nią z całej siły przed siebie. Koniec ostrza zagłębił się idealnie w piersi baatezu przebijając jego serca. Wojownik z Kara-Tur wciąż trzymał katane dopóki z ust Kytona nie wypłynął strumień krwi, a ten padł martwy wraz z bezwładnymi teraz łańcuchami. Xan wyciągnął z ramienia stwora wakizashi, który wcześniej rzucił podczas pogoni. Natychmiast zdał sobie sprawe, że za bardzo oddalił się od towarzyszy. Zaczął więc się wracać jednak zauważył iż nie jest w stanie znaleźć drogi powrotnej. Wszystko wokół było tak podobne... Duża przestrzeń i setki łańcuchów. Ronin postanowił zaufać swym zysłom, przede wszystkim uszom...

***

Nareszcie Revan dostał się do jednego z kytonów. Zauważył go gdy ten przemykał między łańcuchami starając się znaleźć sobie lepsze miejsce do ataku. Ostry łańcuch zahaczył o napierśnik płytowej zbroi paladyna krzesząc iskry, a sługa Helma natychmiast odskoczył do tyłu nim groźna broń zrobi większe szkody. Gdy żelastwo zaczeło się cofać, mężczyzna chwycił się go lecąc na nim do swego przeciwnika. Następnie z głuchym łoskotem skoczył na pewny grunt wywijając Żelaznym Piórem. Ostrze przebiło się jak przez masło, a kyton padł martwy przecięty w pasie na pół.
Teraz Revan stał nad zwłokami potwora lecz natychmiast podniósł wzrok gdy usłyszał okrzyk Solace. Okrzyk bólu... Druidka dostała jednym z łańcuchów w potylice. Uderzenie zamroczyło ją, a Furia wyślizgneła jej się z rąk. Następne dwa łańuchy zakończone ostrymi hakami rozszarpały ramię elfki i pozostawiły głęboką szrame w okolicach łopatki. Veldrin skoczył na ratunek odbijając wracającą się śmiercionośną broń, która chciała dokończyć dzieła. Druga trafiła w tors wywracając drowa i pozostawiając mu bolesnego siniaka. Mroczny elf spodziewał się nieuniknionego końca lecz ponownie zjawił się Revan z łatwością rozcinając łańcuchy. Jeden z nich jeszcze się zawracał, lecz paladyn obracając szybko klinge rozszczepił go na drobiny. Kytony straciły cierpliwość. Cztery wyskoczyły z pomiędzy żelastwa rzucając się na trójke towarzyszy. Veldrin obrócił się trzymając poziomo miecz i odciął jednemu z nich ręke, którą się zamachnął. Satysfakcja drowa była wielka. Uśmiechnął się bo jego atak nareszcie odniósł jakiś większy skutek. Baatezu podniósł ręke i przyłożył ją do krwawiącego kikuta po czym ta odrosła. Elf był więcej niż zdziwiony. Łańcuchy wiszące na kytonie ożyły i ruszyły do ataku. Veldrin ponownie został zepchnięty do rozpaczliwej obrony. Furia zawracając raz za razem zrobiła krwawą sieczke z kytona. Nawet niesamowite regenerujące zdolności potwora na nic się tym razem zdały...
Łańcuch okalający ciało trzeciego kytona ruszył na plecy Revana. Paladyn z ogromną szybkością posłał ręke dzierżącą miecz za siebie. Żelastwo rozpadło się uderzając o świetliste ostrze. Czwarty z wrogów nacierał od frontu. Revan wyrzucił przed siebie ciężko obutą noge, a kyton zgiął się w pół gdy poczuł jak ma gniecione wnętrzności. Nie długo mógł się jednak nad tym faktem zastanawiać bo ręka z Żelaznym Piórem wystrzeliła zza pleców paladyna do przodu rozcinając montrum na pół. Nie zwalniając pędu, wojownik dobra obrócił się za siebie wybijając się potężnie i zatrzymując dopiero gdy jego drugi przeciwnik nie leżał rozcięty wraz z kilkoma łańcuchami. Veldrin dosłownie tańczył omijając żelastwo i zbliżając się do baatezu. Piekielny stwór zawył zniecierpliwiony:
-Giń, przeklęty drowie!!
Elf nie zważając na to, że kyton nareszcie się odezwał pchnął przed siebie przebijając na wylot tors demonicznej istoty. Łańcuchy wciąż się szamotały, jednak opadły gry Veldrin szarpnął wielkim mieczem do góry, a krew padła mu na srebrzyste włosy.

***

Xan biegł przed siebie, wciąż nie widział, ani nie slyszał swych przyjaciół. Cały czas czuł iż jest obserwowany jednak nie był w stanie dostrzec wroga. Ruch po prawej stronie... Miyamoto przystanął przyjmując pozycje obronną. Słyszał kroki, których echo było dziwnie głośne. Wtem zobaczył go, ale to przecież było niemozliwe... A jednak, kroczył ku niemu pewnie Tokugawa Iyesu z kpiącym uśmieszkiem na twarzy, w doskonałej zbroi i ze świecącą (najprawdopodobniej magiczną) kataną w ręku. Zaśmiał się głośno, a w śmiechu tym była słyszalna wyraźna kpina. Krew zagotowała się w roninie. Całe opanowanie i trzeźwość umysłu gdzieś odpłyneły. Oto nadszedł czas zemsty, nieważne czemu teraz, czemu tu. Iyesu musi zginąć!! Xan ruszły do ataku. Biegł przed siebie i wymachiwał obydwoma ostrzami w najróżniejszych kombinacjach. Jego katan i ostrze Tokugawy zetkneły się. Wakizashi pofrunął w dół jednak shogun zdołał zrobić unik w lewo. Miyamoto wciąż z żądzą zemsty płonącą w oczach padł na ziemie i podciął nogą swego wroga. Tokugawa Iyesu spadł ciężko na plecy. Xan czuł jak pali go w środku chęć zabójstwa, odwetu. Paliło go też ramie... Krzycząc dziwnie nieludzkim głosem skoczył robiąc salto w powietrzu na przeciwnika. Wspaniała zbroja shoguna pękła, a ronin chwycił obydwoma rękoma swój miecz i uderzał w szaleńczym tępie w dół. Przebił się z niezwykłą łatwością przez pancerz i ciął dalej. Krew rozlała się pod nimi tworząc krwawy dywan. Wciąż bryzgała na wszystkie strony gdy katana Xana uderzała. Trwało to jakieś dwie minuty. Ogień z oczu Miyamoto ustąpił i wrócił do nich dawny spokój i smutek. Ronin dysząc ciężko zsunął się z rozerwanego na strzępy kytona.
-To była tylko iluzja... - wydyszał ciężko Xan.
Przetoczył się na bok tarzając się w kałuży krwi po czym gorzko zapłakał... Leżał tak jeszcze z godzine rozmyślając nad tym co się stało. Nad zemstą, która była celem jego życia. Widział jak na niego wpłyneła, widział, że mogła stać się przyczyną do uwolnienia tego co tak bardzo chciał powstrzymać...

***

Ataki kytonów nareszcie ustały. Udało nam się odeprzeć wszystkie. Ja wyszedłem z tego bez szwanku głównie dzięki mej nowej broni, a Solace i Veldrin byli tylko troche ranni. Zaklęcia druidki zmniejszyły groźne rozcięcia do małych zadrapań. Już poważnie zacząłem obawiać się o mego drucha, Xana. Veldrin nawet nalegał by iść dalej. Wiedział, że ronin to doskonały wojownik, a w razie czego, może się wrócić do portalu. Ja też to wiedziałem jednak to wcale nie zmniejszało mych obaw. Na naszych twarzach pojawił się uśmiech gdy między łańcuchami pojawił się Xan. Był cały w krwi, nie jego jak się na szczęście potem okazało. Mój najdroższy przyjaciel wrócił do nas, jednak mimo, że nie było go tylko jakiś czas to wydawał się odmieniony. Jakby zrzucił z serca jakiś ciężar. Wydawał poruszać się z większą swobodą i być może poprzez samego Helma czułem, że jego serce stało się spokojniejsze choć z oczu tego młodzieńca nie ustąpił głęboki jak dno oceanu smutek...

***

Przyjaciele wędrowali jeszcze jakiś czas lecz nie napotkali już oporu. Nareszcie staneli przed kolejnym portalem...

Obraz
"You can almost say music is beyond all race, color of skin and religion. There are so many problems in the world, but music is truly beyond... It is fantastic."
SUGIZO
Łasiczka Kobieta
"Rōnin
Rōnin
Łasiczka
Wiek: 32
Dni na forum: 4.731
Posty: 419
Skąd: Pszczyna
- Jestem niemal stuprocentowo pewien, że ten portal zaprowadzi nas wszystkich w to samo miejsce. - powiedział Veldrin studiując runy okalające kolejny portal jaki napotkaliśmy.
- Niemal? - spytał z sarkazmem w głosie Xan. - Niemal to niepozorne słówko, lecz w tym wypadku może okazać się dla nas zgubne...
- Tak czy siak nie mamy wyboru i musimy w niego wejść. - skrzywił się drow. - Al-Rawid sam się do nas nie wybierze z wizytą.
- Veldrin ma rację. - powiedziałam spokojnie zakładając ręce na piersiach. Kątem oka zauważyłam jak Xan robi zniecierpliwiony ruch ręką. - Revanie, jeśli się zgodzisz chciałabym abyś wszedł jako pierwszy. Potem ja, Xan, a na końcu Veldrin. - spojrzałam na niego spod przymkniętych powiek. Byłam nieco zmęczona psychicznie i fizycznie, ale szybko odepchnęłam tę myśl od siebie.
Revan z zapałem kiwnął głową podnosząc się z zimnej posadzki. Zabraliśmy cały swój ekwipunek. Paladyn wyciągnął swój nowy, przepiękny miecz, przygotowując się na ewentualną walkę po drugiej stronie srebrzystej powierzchni portalu. Zauważyłam błysk zazdrości w oczach Veldrina - cóż, sama nie pogardziłabym takim orężem, a co dopiero ktoś tak biegły w walce jak Veldrin. Nikt z nas nie pytał Revana o pochodzenie miecza - w obliczu tego co ujawniła Miriel i tak nie miałam co do tego wątpliwości.
- Gotowi? - spytał Revan spoglądając na nas. Odpowiedziało mu potrójne kiwnięcie głową. - No to spotykamy się po drugiej stronie. - powiedział, mrugnąwszy do nas okiem. Srebrzysta powierzchnia portalu zafalowała pod naporem jego ciała. Pomyślałam, że jeżeli tych magicznych cholerstw będzie więcej, to przy którymś razie przechodzenia przez nie chyba zwymiotuję - gdy świat zaczynał wirować wokoło, mój żołądek zaczynał się nieco buntować...
To co czekało mnie po drugiej stronie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Portal przeniósł mnie wprost w ramiona wysokiego elfa, uzbrojonego po zęby. Gdyby nie on z impetem wyrżnęłabym głową w kamienną posadzkę.
- Pani... - wyszeptał, pomagając mi się podnieść. - Pani, błagam cię, czym prędzej uciekaj do pałacu. - Ubrany był w zielną, misternej roboty tunikę, przeszywaną złotymi niciami. Spod niej pobrzękiwała mu kolczuga. - Drowy opanowały już zachodnią część miasta, mają nad nami przew... - urwał, a jego delikatne rysy wykrzywił grymas bólu, gdy osunął się na ziemię z trzema bełtami wbitymi aż po lotki w plecy. Nie zdążyłam nic pomyśleć, bo zza pobliskiego budynku wybiegły trzy drowy z wyciągniętą, gotową do walki bronią. Jeden z nich na mój widok uśmiechnął się złośliwie.
Wyciągnęłam z pochwy elfickiego wojownika jego krótki miecz. Szybki rzut pozbawił życia przeklętego mrocznego, gdy miecz wbił mu się głęboko w czaszkę. Śmierć towarzysza najwyraźniej nie zmartwiła pozostałej dwójki. Jeden z nich, dzierżący dwa sejmitary, rzucił się na mnie. Sparowawszy Furią jego cios, wymierzyłam mu mocnego kopniaka w podbródek. Uchyliłam się przed ciosem drugiego drowa, przy czym on głupio się odsłonił, więc przebiłam go na wylot. Furia bez problemu przeszyła jego słabo umagicznioną zbroję. Odwróciłam się do swojego ostatniego przeciwnika. Otarłszy krew z twarzy, wściekły wysyczał coś w swoim języku i ponownie zaatakował. Był szybki i zwinny, ale bez większego problemu zyskałam nad nim przewagę. Gdy wyrżnęłam mu rękojeści Furii pod oko, stracił równowagę. Jednym ruchem podcięłam mu gardło. Przez chwilę, obaliwszy się, drgał konwulsyjnie.
"No to gdzie, na litość Rillifane'a jestem...?" - spytałam się w duchu, rozglądając się i zaparło mi dech.
Suldanesslar...! Ale przecież miasto było zniszczone!
Stałam na kamiennym pomoście, zawieszonym pomiędzy konarami jednego z drzew. Z oddali dochodziły mnie odgłosy walki. Zbliżyłam się do jednego z budynków - uwieszonego na konarze drzewa pięknego domu z białego kamienia. Gałązki drzewa wiły się delikatnie wokół niego. „Muszę odnaleźć pozostałych i dowiedzieć się czemu tu się znalazłam" - pomyślałam przytulając się do ściany budynku. "Elficki wojownik sugerował wizytę w pałacu, więc chodźmy".
Do tej części miasta drowy jeszcze nie dotarły, więc drogę jaką miałam do pokonania nic nie zakłóciło. Szybko przebiegłam przez kolejny kamienny pomost i moim oczom ukazała się ogromna brama zagradzająca wejście do pałacu. W pobliżu kilku elfickich kapłanów leczyło rannych swymi czarami.
- Solace! - usłyszałam za plecami znajomy mi głos. - Solace, siostrzyczko, wszędzie cię szukałam! - powoli odwróciłam się w jej stronę. Zielonooka eflka o kręconych włosach stała z rękami na biodrach. - Bałam się, że coś ci się stało. - dodała zarzucając mi ręce na szyję.
- Tara... - powiedziałam z czułością, głos mi lekko zadrżał. Lewą ręka przytuliłam do siebie mocno siostrę napawając się jej obecnością. Prawą sięgnęłam po Furię. - Wszystko pięknie, Al-Rawidzie, ale w tym miejscu popełniłeś błąd...
- Solace, co ty...? - Tara zmarszczyła brwi. Wyciągnęłam miecz i jednym ruchem wbiłam go elfce pod żebra. Wydała z siebie ciche sapnięcie, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu i zdziwienia. - Sporo o mnie wiesz, rakszaso, więc dziś mogę cię czegoś jeszcze nauczyć. Śmierć jest nieodłączną częścią świata, bez niej nie istniałoby życie. I jeśli Matka Natura zdecydowała się zabrać do siebie Tarę, nic tego nie zmieni. – Nie odpowiedział mi żaden głos ani żaden znak. Iluzja mojej siostry zaczęła się rozmywać. Po chwili również całe miasto zniknęło, odkrywając prawdziwą komnatę w której byłam, a nie pozostawiając po sobie nic więcej oprócz lekkiej mgiełki.
Sala była kompletnie pusta i bardzo ciemna. Stałam przy jednej z jej ścian zaraz obok nieczynnego portalu – zapewne tego którym się tu dostałam. Z faktu, że widziałam tylko trzy ściany komnaty, wyciągnęłam prosty wniosek, że jest ona prostokątna. Zaryzykowałam stwierdzenie, że na drugim jej krańcu czekał na nas kolejny portal.
„Tylko teraz, gdzie do licha trafili pozostali...?”. Nadal trzymałam Furię, która po rozmyciu się iluzji nie była już zakrwawiona. Po omacku, trzymając się blisko jednej ze ścian, ruszyłam przed siebie. Spodziewałam się, że komnata będzie ogromna i długa, i że gdzieś po drodze spotkam towarzyszy, ale się pomyliłam. Po kilkudziesięciu krokach natknęłam się na zwykle, okute żelazem drzwi.
Chyba myśli miałam wciąż zaprzątnięte osobą mej kochanej siostry, bo bez zastanowienia, nacisnęłam na klamkę. Ciche szczęknięcie powiedziało mi, że właśnie aktywowałam jakaś pułapkę. Niemal namacalnie poczułam zawirowanie magii za plecami, stąd wniosek, że była ona wyzwalaczem dla jakiegoś czaru.
„Idiotka...” – skrzywiłam się w duchu, czując za plecami jakiś ruch. – „To było logiczne...”. Odwróciłam się, a dzięki zdolności infrawizji udało mi się zlokalizować przywołanego magią potwora, którego dzięki swej głupocie teraz musiałam zabić.
Owym potworem był ogromny, niemal dwa razy wyższy ode mnie pająk. Bez zdolności widzenia w ciemności, nie udało by mi się go zlokalizować w nikłym świetle komnaty – jego szare nakrapiane czarnymi cętkami cielsko idealnie komponowało się w ściany sali. Gdy tylko zwęszył moją obecność, kłapnął swymi ociekającymi jadem żuwaczkami i ruszył w moją stronę. Postanowiłam spróbować zabić go w swej zwykłej postaci, z założeniem, że może będę musiała skorzystać z magii.
Zamachnęłam się kataną z całej siły celując w oczy pająka. Miecz zamiast wbić się z impetem w jego ciało, przeleciał przez powietrze, a ja podpierając się drugą ręką i lądując na kolanach ledwo utrzymałam równowagę.
Pająka nigdzie nie było. Najwyraźniej w świecie, przeniósł się na inny plan. Pomyślałam, że swoją głupotę tym razem mogę przypłacić życiem, bo najwyraźniej miałam do czynienia z pająkiem fazowym.
Potwór pojawił się dokładnie za mną. Bardziej go wyczułam, niż zauważyłam. Przeturlawszy się w bok, ledwo umknęłam jego szczękom, a jego długie odnóże prawie mnie przygniotło. Zaatakowałam go swoim mieczem, przy czym tak jak się spodziewałam on uciekł ponownie na plan eteryczny. Musiałam rzucić jakieś zaklęciu, które uniemożliwi mu ucieczkę, więc aby zyskać na czasie przywołałam sobie do pomocy panterę. Pająk powróciwszy na plan materialny, zaczął walkę z nią. Dzięki zwinności i szybkości pantera nieźle radziła sobie z unikaniem ciosów potwora, jednak jej ostre pazury nie były dla niego groźne – pająk zakuty był w mocny pancerz.
Mimo to dzięki temu zyskałam na czasie. Wyciągnęłam ze swojej torby odpowiednie komponenty jakie potrzebne mi było do rzucenia zaklęcia – kilka ciał martwych robaków. Gdy zaczęłam rzucać czar, kątem oka zauważyłam jak pająk z głośnym chrzęstem wgryza się w ciało pantery. Nie zostało mi zbyt wiele czasu, ale nie mogłam pozwolić aby strach rozproszył moje myśli. Skoncentrowałam się na zaklęciu, a kiedy skończyłam ciała martwych robaków ożyły. Przez chwilę latały przede mną w jakimś dziwnym tańcu, przy czym ich ilość ciągle wzrastała. Gdy cała komnata wypełniła się ich bzyczeniem, rzuciły się na pająka. On tym czasem kończył zjadać panterę. Robactwo otoczyło go z każdej strony boleśnie kąsając i rozpraszając jego uwagę. Potwór zaczął bezradnie wymachiwać przednimi odnóżami i kłapać swymi śmiercionośnymi szczękami.
Na to właśnie liczyłam.
Zmieniwszy się w łasicołaka, zaszłam pająka od tyłu. Wbiegnąwszy pod niego, wbiłam w jego odwłok najgłębiej jak się dało moje pazury drapiąc nimi z całych sił. Polała się na mnie śmierdząca, zielona posoka. Latające robactwo wyczuwszy ją, zaczęło wgryzać się w ciało potwora. Po chwili, wybebeszony, leżał bezwładnie na podłodze, a przywołane przeze mnie owady przysiadły na jego cielsku.
Przyjęłam swoją naturalną postać. Teraz chyba mogłam już bez dodatkowych atrakcji wyjść przez żelazne drzwi. Ku mojemu zdziwieniu teraz stały otworem – zapewne kluczem było życie pająka. Westchnąwszy, w duchu modląc się żeby po drugiej stronie nie czekał na mnie żaden potwór, ruszyłam w ich stronę.
Za drzwiami zauważyłam Revana dobijającego się i coś wykrzykującego do kolejnych żelaznych drzwi. Na dźwięk mych kroków szybko się odwrócił.
- One się otworzą gdy osoba znajdująca się wewnątrz dezaktywuje pułapkę jaka je chroni. – powiedziałam do niego podchodząc bliżej. – Bądź zabije to co zostanie przywołane. – dodałam uśmiechając się i rozglądając w około. Tym razem znalazłam się w kwadratowej komnacie z czworgiem żelaznych drzwi. Przy jednej ze ścian czekał na nas kolejny portal.
Revan podszedł do mnie odwzajemniając uśmiech. – Tak właśnie myślałem. Raczej nie damy rady jakoś pomóc naszym towarzyszom w walce. Z czym miałaś przyjemność...? – spytał.
- Pająk fazowy. – powiedziałam krótko, wskazując na moje ubrudzone jego posoką ubranie. Revan obrzucił mnie krótkim spojrzeniem i jakby zawstydzony odwrócił się.
- Chyba niedługo będziemy musieli czekać na naszych towarzyszy, więc może odpoczniemy? – zaproponował przysiadając przy ścianie. W tym samym momencie dwoje pozostałych drzwi z łoskotem się otworzyło.
Xan i Veldrin wyszli cali i zdrowi, jedynie nieco umęczeni walką. Ronin obrzucił drowa złym spojrzeniem i powiedział, przedrzeźniając go:
- Jestem niemal stuprocentowo pewien, że ten portal zaprowadzi nas wszystkich w to samo miejsce... – roześmiałam się z miny jaką przy tym zrobił.
- No przecież jesteśmy razem w tym samym miejscu, czyż nie? – uśmiechnął się i poklepał Xana po ramieniu. Revan i ja podnieśliśmy się z podłogi.
Komu w drogę, temu czas!
Xan Mężczyzna
Super Saiyanin
Super Saiyanin
Xan
Wiek: 60
Dni na forum: 4.712
Posty: 474
Skąd: Forteca Żalu
Następna sala okazuje się zbrojownią, pełną broni i pancerzy. Veldrin na jej widok zatrzymuje się nagle, obrzucając pomieszczenie niespokojnym spojrzeniem.
- Musimy znaleźć inną drogę – rzuca krótko.
- Dlaczego? – pyta Solace – Czy jest tu aż tak niebezpiecznie?
- Nie możemy tędy iść – mówi drow drżącym głosem – Nie tędy... Gdziekolwiek, ale nie tędy...
- Musiało do tego dojść.
Słowa dobiegają z głębi komnaty. Gwałtownie sięgamy do pochew, dobywając broni. Tylko Veldrin stoi jak skamieniały, nie robiąc nawet najmniejszego ruchu. Na jego twarzy zauważam grymas bólu.
- Wiedziałeś, że w końcu będziemy musieli się spotkać – zbliżające się kroki okutych butów są głośne, przeciwnik nie stara się kryć.
Stojąca obok mnie druidka syczy ze złości. Po chwili i ja dostrzegam tego, kogo jej elfie oczy zdążyły już pewnie dokładnie obejrzeć. Krzywię się mimowolnie i mrużę oczy, mocniej ściskając swe dwa miecze.
Z półmroku powoli wyłania się wysoka, szczupła postać. Całe jej ubranie jest czarne, lśniące gdzieniegdzie srebrnymi ćwiekami i innymi zdobieniami z tego metalu. Idealnie komponuje się z nim wystająca zza pleców rękojeść, owinięta czarną skórą, oraz atramentowa twarz z białymi oczami i długimi, lśniącymi włosami księżycowej barwy.
- Wiedziałeś, że w końcu przyjdzie nam się zmierzyć – mówi dźwięcznie drow – To nieuniknione.
- Zaknafeinie... – szepcze Veldrin, opuszczając głowę.
Nikt się nie odzywa. Zapada ciężka cisza.
- Tylko jeden z nas może wyjść z tej sali żywy – przerywa milczenie nazwany Zaknafeinem, lecz głos mu się łamie.
- Zak... – nasz mrocznoelficki towarzysz nadal nie podnosi wzroku. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że zamyka oczy – Proszę... przepuść nas...
- Przykro mi, Vel – nasz wróg również opuszcza głowę – Oboje składaliśmy Al-Rawidowi przysięgę wierności, ale ja zamierzam jej dotrzymać.
Gdy sięga po swą broń, tuż pod jego przymkniętą powieką pojawia się delikatny błysk. Łza spływa mu po lewym policzku i spada na ziemię, zadając kłam powszechnej opinii, że drowy nie potrafią płakać.
Veldrin również wyciąga swą klingę i zaczyna powoli zbliżać się do przeciwnika. Ruszamy za nim, lecz nagle moją uwagę przykuwają trzepocące się proporce, zdobiące w wielkiej liczbie ściany. Krótkim gestem zwracam na nie uwagę Revana. Paladyn chwyta Solace za ramię, chcąc jej zakomunikować niebezpieczeństwo, lecz jest już za późno. Niewidzialni łowcy atakują.
Nacierające ze wszystkich stron żywiołaki zmuszają nas do rozpaczliwej obrony. Jednak drowy zdają się tego nie zauważać. Spokojnym krokiem podchodzą do siebie, po czym rozpoczynają pojedynek.

***

Dwie srebrne klingi witają się w prostej paradzie równie prostego, ukośnego cięcia. Zaknafein próbuje przejść do szybkiej riposty, lecz Veldrin wykorzystuje przejęty impet zbyt silnej parady do odbicia się i wykonania półpiruetu, z którego, odwrócony do przeciwnika tyłem, zręcznie blokuje przewidywalny do bólu cios.
Błyskawiczny obrót i potężne, poziome uderzenie napotykają na stanowczy opór nieprzyjacielskiego brzeszczotu. Przeciwnicy zbliżają się do siebie, z całej siły napierając na swoje miecze, przytrzymując ich ostrza lewymi dłońmi. Klinga atakującego zsuwa się po ustawionej nieco ukośnie paradzie prosto na gardę broniącego.
Elfy odbijają się jednocześnie, uciekając od siebie szybkimi piruetami. Zaknafein składa palce w ledwo widoczny znak, po czym rozprostowuje je, otwierając dłoń. Veldrin przewraca się i pada z głuchym odgłosem na kamienną podłogę.
Xan dostrzega to i usiłuje dostać się do towarzysza, tnąc na lewo i prawo. Jednak dwa żywiołaki chwytają mocno jego ręce, zmuszając do wypuszczenia mieczy. Ronin wyczuwa trzeciego, zbliżającego się z przodu.
Wojownik wybija się do skoku, kopiąc potężnie łowcę znajdującego się przed nim. Jednocześnie krzyczy donośnym głosem, wzywając na pomoc Revana. W tym samym momencie siły krępujące jego ramiona znikają, a on sam uderza mocno o twardą posadzkę. Pomoc nadeszła wręcz błyskawicznie.
Tymczasem Zaknafein dobiega do ogłuszonego Veldrina, wciąż leżącego nieruchomo na podłodze. Xan obserwuje to z rosnącym przerażeniem, lecz nie może nic zrobić – od drowów oddziela go przynajmniej pięć niewidzialnych żywiołaków. W desperackiej próbie przedarcia się rzuca się w ich kierunku, podniósłszy wcześniej swe miecze, choć wątpi, by to coś dało.
Ubrany na czarno mroczny elf waha się, ręce widocznie mu drżą. Po chwili jednak pokonuje opory i wznosi swą lśniącą klingę do kończącego ciosu. Nie zauważa, że przeciwnik wcale nie jest nieprzytomny i cały czas go obserwuje. W odpowiednim momencie Veldrin z niezwykłą szybkością podcina rywala i sięga po swój oręż, leżący nieopodal.
Gdy Zaknafein uderza o posadzkę, drugi drow stoi już nad nim, nie mogąc się jednak zdecydować na zabicie przeciwnika. Daje mu to czas, by otrząsnąć się z szoku, trzeźwo ocenić sytuację i zacząć działać. Błyskawicznemu podniesieniu się towarzyszy potężne kopnięcie, wymierzone prosto w podbrzusze przeciwnika.
Cios odrzuca Veldrina o ponad dwa metry. Rywal podąża za nim. Ogłuszony drow nie jest w stanie uniknąć kolejnego spotkania z okutą podeszwą Zaknafeina, która trafia go prosto w żołądek. Ból zaćmiewa mu wzrok, omal nie pozbawiając przytomności.
Mroczny elf nie poddaje się jednak. Zaciska zęby i bierze się w garść, zręcznym uskokiem unikając kolejnego kopnięcia. Opanowuje przyspieszony oddech, odgarnia ze zroszonego potem czoła kilka kosmyków srebrnych włosów i zaczyna powoli okrążać przeciwnika, kreśląc sztychem w powietrzu nieregularne kształty.
Zaknafein zatrzymuje się, zastyga w bezruchu, w milczeniu obserwując Veldrina. Po chwili również zaczyna krążyć wokół rywala, zgrywając z nim rytm kroków i ruchów miecza. Tańczą razem, błyskając klingami, ten ostatni, upiorny taniec. Taniec śmierci.
Nagle, bez ostrzeżenia, ubrany na czarno drow wyskakuje do przodu, wykonując potężną, zabójczą ballestrę. Jego przeciwnik rozpoznaje jednak dobrze mu znaną, zręcznie ukrytą fintę, bez trudu ją blokując. Zaraz po złożeniu parady przechodzi do błyskawicznej riposty, uderzając z niemożliwego wręcz wygięcia przegubu.
Cios dosięga celu. Szybkie, ukośne cięcie magicznej klingi bez trudu rozcina czarną, skórzaną kurtkę. Kilka srebrnych ćwieków spada na podłogę, niknąc z brzękiem wśród licznych zakamarków komnaty.
Zaknafein wypuszcza z rąk miecz, pada na kolana, wpijając obie dłonie w potworną ranę. Spomiędzy palców żywo wypływa krew, spływając na posadzkę i wartkimi strumyczkami wypełniając jamki między kamieniami. Drow z cichym jękiem przewraca się na bok, zwija w kłębek.

***

Ataki momentalnie ustają. Niespodziewanie, zdawałoby się – bez powodu niewidzialni łowcy zaprzestają walki, znikają, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Gdy spoglądamy w kierunku Veldrina, przyczyna takiego stanu rzeczy staje się dla nas jasna.
Mroczny elf stoi przygarbiony kilka kroków od swego przeciwnika, zachowując ponure milczenie. Pokonany Zaknafein leży skulony na podłodze, brocząc krwią. Czerwona kałuża rośnie pod nim z każdą chwilą.
- Vel...
Na dźwięk cichutkiego szeptu swego rywala nasz towarzysz wyraźnie się wzdraga. Mimo odległości dzielącej mnie od niego, dostrzegam, że cały się trzęsie.
- Zimno... mi...
Wojownik, odrzuciwszy miecz, bez zastanowienia zbliża się do umierającego. Revan postępuje krok naprzód i mówi głośno:
- Uważaj, Veldrinie. On może mieć przy sobie sztylet.
Słowa paladyna zdają się nie docierać do uszu mrocznego elfa.
- Veldrinie!
Drow odwraca się. Widok jego wykrzywionej bólem twarzy powstrzymuje sługę Helma przed dalszymi krzykami. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że on nie boi się śmierci. On jej pragnie.
Nasz srebrnowłosy towarzysz zbliża się powoli do Zaknafeina i przykuca przy nim. Kładzie jego głowę na swych kolanach i spogląda mu w oczy. Rozumieją się bez słów, myślę. Dwaj śmiertelni wrogowie. Dwaj odwieczni rywale. Dwaj najbliżsi przyjaciele...
- Vel... – szepcze umierający – Przepraszam... cię...
- Nie – przerywa łamiącym się głosem drugi elf – To ja cię przepraszam.
Zaknafein chce jeszcze coś powiedzieć, lecz nie jest w stanie. Nieruchomieje, a na jego martwiejących wargach zastyga ostatnie, niewypowiedziane słowo.
W ciszy, która zapada, słychać wyraźnie gorzki, bolesny płacz Veldrina. Kątem oka dostrzegam, że Solace ociera twarz wierzchem dłoni, zaś Revan zamknął oczy i pochylił głowę. Czuję, jak łzy napływają mi do oczu i spływają po policzkach.
Po chwili będącej wiecznością wojownik opanowuje się. Przejeżdża dłonią po twarzy zmarłego, zamykając mu oczy i usta, po czym wstaje, ostrożnie układając na kamieniach posadzki jego głowę. Podnosi swój miecz i ciągnąc go za sobą podchodzi do nas ciężkim krokiem.
- Chodźmy już stąd – mówi cicho, ledwo słyszalnie – Odejdźmy z tego... tego grobu. Nasz cel jest już blisko.
Na jego mokrej od łez twarzy widnieje niema prośba, której nie jesteśmy w stanie odmówić. Gdy kierujemy się w stronę jaśniejącego na ścianie portalu, Solace po raz ostatni odwraca się w kierunku martwego drowa.
- Żegnaj, Zaknafeinie – szepcze – Żegnaj i...
- Wybacz nam – dokańczam.

Miyamoto Hachimaro
obiit Anno Discordiae MMVII
Idus Ianuarias

Hic natus est
Q'ccaon'naeaeccer
Anno Discordiae MMVII
Ante Diem XIII Kalendas Martiae
Kamzo Mężczyzna
"Shinobi
Shinobi
[ Klan Takeda ]
Kamzo
Wiek: 31
Dni na forum: 4.726
Plusy: 15
Posty: 1.588
Skąd: Biskupiec
Kolejny portal i kolejne wyzwanie... Jak długo potrwa jeszcze nasza droga? Czy gdy staniemy wreszcie przed Al-Rawidem, nie będziemy już zbyt zmęczeni aby podjąć (lub chociaż starać się) walkę na równi? W moim sercu rozsiewa się zwątpienie... Strach? Nie, to na pewno nie to. Gdy byłem małym chłopcem wybrałem sobie ścieżkę życia. I wciąż kroczę tą drogą, z nadzieją i siłą jaką tchnął we mnie sam Helm.
Spoglądam na moich towarzyszy... Do tego momentu przetrwała tylko nasz trójka.
Solace, piękna druidka, elfka. Już jako młode dziewczę ciężko doświadczona przez los. Ostatnio był on niej jeszcze sroższy. Utraciła siostrę, ostatnią ze swojej wymordowanej rodziny. Potem śmierć dosięgła nawet Ragvena, bardzo bliskiego jej krasnoluda, żeby nie powiedzieć, bliskiego niczym ojciec. Blank, wilk Tary także odszedł... Te mądre zwierzę mogło być jej towarzyszem, a także miłym wspomnieniem utraconej siostry. Elfka wydawała się mimo tego wszystkiego trzymać doskonale. Jednakże, to co spotkało nas w drugim portalu zapewne przypomniało Solace wiele ciepienia... Jakże się zmieniła. Z rozgoryczonej, dziko pragnącej zemsty kobiety, w starającą się zmienić na lepsze świat druidke pogodzoną z ciężkim losem. Na pewno jest jej łatwiej gdy obok stoi ukochany Solace, drow Velridn. No właśnie, Veldrin... Pochodzący z mrocznej rasy o nikczemnej reputacji w całych Krainach. Cierpiący z powodu zaszufladkowania go przez panujące wszędzie obawy przed jego pobratymcami. Dziedzictwo Veldrina stało się dla niego ciężkim kamieniem jaki musiał dźwigać na barkach.
Gdy teraz spoglądam na niego, moge powiedzieć, że jest szczęśliwszy mimo powagi i grozy sytuacji. Po spotkaniu z Zaknafeinem coś w nim pękło. Veldrin doświadczył wtedy niesprawiedliwości i zła świata bardziej niż kiedykolwiek. Teraz na pewno czuje całym sobą, że pokonanie Al-Rawida to coś więcej niż przypuszczał na początku. Zabicie go (które jest niestety jedynym wyjściem) uczyni ten świat lepszym, ten sam świat, który wiele razy ciążył drowowi. Poza tym, nie tylko on wspiera ukochaną, ale także ona jego. Oto wspaniałość i głębia miłości.
Gdy powoli me myśli nieuchronnie zbliżają się do użalania się nad własnym losem, natychmiast odrzucam je, czy tak ma postępować paladyn wielkiego i czujnego Helma?
Delikatnie kieruję wzrok na Xana. Posępna twarz ronina na pierwszy rzut oka oka wydaje się taka jak zwykle. Jednak coś się zmieniło... Ja, jako paladyn, jako jego przyjaciel wyczuwam to wyraźniej niż ktokolwiek inny.
Xan towarzyszy mi w tej całej sprawie od początku, nawiązała się w tym czasie między nami niezaprzeczalna nić przyjaźni. A mimo to, wciąż pozostaje dla mnie najbardziej tajemniczym członkiem naszej drużyny. Do czasu przybycia tu, czułem u Miyamoto wielką chęć zemsty, a także pewne obawy co do jej wyniku. Nie znałem jej podstaw, przyczyny. Nie zmienia to jednak faktu, że po spotkaniu z kytonami wszystko to znikneło. Było w nim długo, głęboko, a uciekło tak nagle... Jaki szok to sprawił, czego doświadczył, co sobie uświadomił mój przyjaciel? Nie wiem i być może, nigdy się nie dowiem. Możliwe, że kiedyś, w lepszych czasach, obaj usiądziemy gdzieś, a wtedy Xan z czystym sumieniem i spokojnym sercem zwierzy mi się. Ostatecznie dając ukojenie swojej udręczonej duszy.
Spoglądam na swoje własne ręce. Są pokryte tą samą co zwykle zbroją. Wszyscy się zmienili, a mimo, że ja, uczestniczę w tej walce od samego początku, jako jedyny, nie zmieniłem się... Czy to dobrze? A może zupełnie odwrotnie? Dowiedziałem się prawdy o swym pochodzeniu, widziałem wiele niesprawiedliwych śmierci, niewyobrażalnych okrucieństw; doznałem bólu i udręki nie tylko na ciele, ale i na duszy. Lecz także poznałem wspaniałe osoby, prawdziwych przyjaciół, z którymi spędziłem także te lepsze chwile. Jednak mimo tego wszystkiego, nie zmieniłem się... Czy taki jest los paladyna? Czy mimo tego, że życie doświadcza mnie na różne sposoby, mam iść dalej przed siebie z tą niezmienioną pogodą ducha, jaka tli się w sercu młodzieńca chwytającego za miecz aby stawić czoła całemu złu (dosłownie, jak i w przenośni) tego świata? Być może właśnie na tym polega siła nas, paladynów. Widzę siebie w przyszłości, szczęśliwego u boku jakiejś kobiety, serce chciałoby aby była to Solace... Jednak odrzucam tę myśl, mimo tego, że żal ściska mi gardło. Jestem paladynem, świętym wojownikiem. I teraz, jak i na zawsze, postanowiłem poświęcić całe me życie służbie Helma i niszczeniu zła świata. Postanowiłem się nie zmieniać...
Po godzinie marszu widzę portal. Cokolwiek mnie tam czeka jest bez znaczenia, gdyż teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, jestem gotów. Ściskam Żelazne Pióro. Niech ta broń stanie się przedłużeniem Jego woli, niech nieposkromione zło z najgorszych zakątków ciemności, zadrży przed tą bronią. Niech Helm zwycięży, ja, Revan, paladyn i Twój sługa, rozsławię Twe imię w każdym zakamarku świata. Oto mój cel życia...

Obraz
"You can almost say music is beyond all race, color of skin and religion. There are so many problems in the world, but music is truly beyond... It is fantastic."
SUGIZO
Wyświetl posty z ostatnich:
Strony: poprzednia  1, 2, 3

Forum DB Nao » Różne » Nasza twórczość » RPG Sesja On-Line » [Sesja] W cieniu Siedmiu
Przejdź do:  
Dragon BallForum DB NaoAnime GakureAnime PhrasesDr. Slump
Powered by phpBB
Copyright © 2001-2017 DB Nao
Facebook