Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

KLUB FANA
-
FANFICE -- DRAGON BALL - VIRUS -- SAGA I -- ODCINEK X
Dragon Ball - Virus
Saga I: Dragon Ball - Virus
Odcinek X


       Lithos po raz kolejny wezwał przed swoje oblicze Selena. Właśnie teraz mówił mu, co ma zrobić:
       – Znajdziesz ją i dostarczyć na ten statek, zrozumiałeś? Chcę ją tutaj mieć, chcę jej... podziękować za to, co dla nas zrobiła – wredne się uśmiechnął.
       – Tak, panie, zrozumiałem – odparł Selen. – Niedługo stanie przed twoim obliczem.
       – Na co jeszcze czekasz? – zniecierpliwił się Lithos.
       Selen pokłonił się i udał do swojego pojazdu. Znów leci spotkać się z Reveną.
       W międzyczasie Son Gohan hamował przed drzwiami C18 i Kuririna. Ci już go zobaczyli i wyszli się przywitać. Ten jednakże szybko przerwał ich powitanie:
       – Teraz nie ma na to czasu. Yamcha został zabity. Przez jakąś kobietę.
       – Co? – Kuririnowi zabrakło tchu. – To jego żona! Revena!
       – Żona? – teraz Gohan zdumiał się niepomiernie. – Jaka znowu żona?
       – Fakt, bo ty nic nie wiesz... Posłuchaj...
       Son Gohan został w przyspieszonym tempie wprowadzony w tajniki życia Yamchy.
       – Hm... Tak po prostu zgodziła się zostać jego żoną, chociaż znali się tak krótko? – Son Gohan węszył jakiś spisek.
       – Pewnie od początku chciała go zabić... – wymamrotał posmutniały Kuririn. W końcu stracił dobrego przyjaciela. – Musimy ją znaleźć...
       – Masz rację, ale teraz proponuję odnaleźć ojca. Poleciał szukać Vegety.
       – Vegety? A ten nam po co? Nie dosyć nam zmartwień, jeszcze się ten księciunio nam będzie pętał pod nogami, z przerostem ego nad wzrostem? – zbulwersował się Kuririn.
       Gohan dopiero teraz zdał sobie sprawę, że kolega nic nie wie. Opowiedział mu wszystko.
       – Trunks walczył z własnym ojcem? Nic już nie rozumiem... na dodatek ten śnieg mnie denerwuje! Nie wiesz czasem, skąd toto się tu wzięło?
       – Wiesz, nie zdażyłem sprawdzić wszystkich moich teorii o...
       – Nie, dzięki, nie pytałem! – krzyknął Kuririn i za chwilę lecieli już razem na poszukiwanie Goku.
       Son Goten szybko znalazł ojca i w powietrzu opowiedział mu o wszystkim. Mina Goku jeszcze bardziej zmarkotniała. Znał Yamchę już od tak dawna...
       – Piccolo by się przydał, ale nikt nie wie, gdzie on teraz jest... Wypatruj Gohana, powinien niedługo do nas dołączyć z Kuririnem. Jesteście mi teraz wszyscy potrzebni. Inaczej będą następne ofiary.
       Tak też się stało, po krótkiej chwili rodzinka Son i Kuririn byli już razem, w powietrzu. Goku wydawał rozkazy:
       – Gohan i ja polecimy szukać Vegety. Kuririn i Goten – dla was pozostaje Trunks.
       Wybór był jasny – mocniejsza ekipa miała odnaleźć mocniejszego przeciwnika, a Goten miał pomóc w "obłaskawieniu" Trunksa. Ale czy na pewno mocniejszego wroga wzięli na siebie Goku i Son Gohan? I czy na pewno wroga?
       Dende stał przed swoim Pałacem i obserwował śnieg padający na Ziemi. Wiedział, że to jego sprawka. Wiedział, że przez jego odważną decyzję może zginąć życie na Ziemi. Wiedział też, że gdyby nie jego decyzja, to to życie na pewno by zginęło...
       – Kunatemuszki, proszę cię, pośpiesz się... Już tak niewiele czasu ci pozostało... Musisz ich uratować!
       Westchnął ciężko. Dobrze wiedział, co knują Khlorosianie, ale nie mógł sam im się przeciwstawić. Potrzebował potężnego wojownika, kogoś, kto miałby z nimi jakiekolwiek szanse. Zrobił wtedy coś nieprawdopodobnego – dogadał się z Daburą i Enmą, że na pewien czas przywróci życie Kunatemuszki... Ale tylko na pewien czas. W zamian za to na Ziemi co pewien czas będą pojawiać się różne zakłócenia klimatu, aż w końcu przyroda zbuntuje się całkowicie i zniszczy tę planetę... chyba, że Kunatemuszki zdąży wrócić do piekła. Bo tam był przez ostatnie lata.
       Selen wylądował w śniegu. Resztę drogi musi przebyć pieszo, miejsce spotkania z Reveną nie nadawało się do lądowania promem kosmicznym, bo mógł ich ktoś zauważyć. Ukrył więc prom tam, gdzie dawniej i zrobił dwa kroki w przód.
       Dwa kroki i ten widok. Selen od razu zrozumiał, że patrzy na plamy krwi na śniegu. Najpierw małe, ale potem coraz większe. Ktoś ciężko ranny musiał tędy przechodzić, a sądząc po smugach krwi, później nie starczyło mu już sił, by iść i posuwał się na klęczkach. Selen postanowił to sprawdzić. Być może jest to coś, co zainteresuje jego pana? Szedł więc tropem tych śladów już dosyć długi czas. Revena może zaczekać, to mogło okazać się o wiele ważniejsze. Dotarł do jakichś zarośli, splątanych razem tak gęsto, że nawet on miał trudności z przedarciem się przez nie. Wiedział jednak, że ten, którego szuka, znajduje się w środku. Rozsunął ostatni bastion zarośli i ujrzał księcia Vegetę.
       Saiyanin leżał na trawie, obficie rosząc ją krwią z otwartych znów ran. Miał zamknięte oczy, a jego pierś unosiła się powoli w płytkim oddechu. Pięści co jakiś czas zaciskały się jeszcze na krótką chwilę, ale widać było, że z księcia uciekają już ostatnie siły. Lot wyczerpał go do końca, w pewnej chwili po prostu spadł z nieba i znów bardzo ucierpiał. Doczołgał się potem do tych krzaków i tutaj konał samotnie. Momentami przestawał nawet czuć ból, tracił przytomność coraz częściej. Jego ostatnimi myślami były wspomnienia chwil, które spędził z żoną. Tak bardzo potrzebował teraz jej miłości...
       Selen mimowolnie wzdrygnął się na ten widok. Książę był ich wrogiem, ale nie dane mu było walczyć z nimi twarzą w twarz, pokazać prawdziwej swojej siły. Może i zniszczył ich planetę, ale... Tym razem to pięść Selena zacisnęła się powoli. Miał oto księcia w swej mocy i mógł zakończyć całą tę vendettę. Jednakże pewna dziwna myśl urodziła się w głowie pół Khlorosianina. Prawa dłoń powędrowała do pasa, jaki Selen miał przypięty do siebie. Jak w zwolnionym tempie, Selen otworzył woreczek, jaki miał przypięty i otworzył go. Wyjął z niego coś malutkiego i włożył do prawej dłoni Vegety.
       – Masz – powiedział cicho. – Powinieneś walczyć z nami i mieć szansę na zwycięstwo... chociaż nas zniszczyłeś...
       Po czym odszedł, pamiętając, że Revena zapewne czeka już na niego.
       Do umierającego Vegety dotarł jakiś głos. Poczuł, że właściciel tego głosu wkłada mu coś do ręki i odchodzi. Nie zrozumiał jego słów, ale palcami starał się zbadać, co dostał od tajemniczego gościa. Co chwila brakowało mu tchu, na długą chwilę zemdlał, zanim do niego dotarło, co otrzymał. Zdążył jednak potem jeszcze odzyskać świadomość i dokończyć badanie przedmiotu. Przez kilka chwil zamarł, zaskoczony. Senzu! Ktoś dał mu do ręki Senzu! Wystarczy jeden wysiłek, włożenie sobie do ust i połknięcie, a będzie uratowany! Gdybyż to jednak było takie proste...
       Vegeta jednak znany był z tego, że do końca się nie poddawał, a tym bardziej teraz, kiedy wlano mu w serce nową nadzieję. Ręka mu drgnęła i w końcu udało mu się ją unieść. Wrzucił sobie do ust fasolkę i pozwolił ręce opaść znów na śnieg. Do tej pory nawet nie zastanawiał się, dlaczego padał śnieg. Teraz też całą uwagę skupiał na cudownym smaku fasolki. Rozgryzł ją, a potem połknął. Za moment jej cudowne właściwości dały o sobie znać. Nie upłynęło kilka minut, a on stał już w pełni zdrowy i gotów do walki. Uśmiechnął się. Teraz był pewien, że odzyska syna, a sposób na ożywienie Bulmy też się znajdzie – już on tego dopilnuje!
       Kunatemuszki bardzo się zdziwił, kiedy poczuł, że moc Vegety wzrasta. Zdziwił i zaraz bardzo ucieszył. Co prawda nie przewidział tego, ale to znaczyło, że coś wreszcie układa się po ich myśli. Postanowił zmienić nieco swoje zamiary i wtajemniczyć we wszystko Vegetę. Tak bardzo się cieszył, że go w końcu zobaczy!
       Saiyanin wystrzelił w niebo. Był szczęśliwy, sam nie wiedział, dlaczego. Jakby w fasolce Senzu był jeszcze środek dający nadzieję. A może to świadomość, że nie jest jeszcze całkiem sam? Że ma jeszcze przyjaciół, że jeszcze nie wszystko stracone? Że da się wszystko odzyskać?
       Trunks otrząsnął się z zaskoczenia padającym śniegiem i przestało mu się robić zimno. Później zajmie się tą pogodową anomalią, teraz najważniejsza jest jego forma fizyczna i sprawność przed kolejną walką z jego ojcem. Zrobił kilka wymachów rękami i w pewnej chwili poczuł, że boli go lewa ręka. Zasyczał z bólu i przyjrzał jej się bliżej, nie pamiętał, żeby się zranił w ferworze ćwiczeń. Ze zdumieniem zobaczył, że z lewego ramienia leci mu krew. Spojrzał dokładniej i znów się zdumiał, tym razem jednak z innego powodu. Jego krew była jakaś dziwna, dużo ciemniejsza i gęstsza, niż zawsze. Jakaś taka... czarna...
       Krew skapywała na ziemię powoli i długo. Trunks dziwił się, że tyle jej było w małej przecież rance. Stał i patrzył, aż w końcu zobaczył, co się stało z jego krwią. Ciecz ta uformowała na podłożu sporej wielkości kształt. Syn Vegety pochylił się i dotknął tego kształtu. Był stały! Spróbował go podnieść i udało mu się to! Uniósł go w górę i w końcu zrozumiał, choć nadal nie wiedział, jak to się stało. Z jego krwi utworzył się potężny, czarnego koloru miecz. Błysnął w słońcu jakoś tak ponuro i złowieszczo. Tak samo uśmiechnął się Trunks do swojej nowej broni.
       – Wiem, jak cię nazwę... Mieczem Zła...
       Lithos aż podskoczył na krześle, kiedy usłyszał ten głos, przypominający syk węża. Wlepił oczy w Miecz Zła i szeptał w kółko:
       – To niesamowite! Pająk musiał być innego gatunku! Zwykły Arachne khlor nie byłby w stanie stworzyć czegoś takiego z krwi wroga! Ale to nie ważne, najważniejsze jest, że w końcu ma broń zdolną pokonać naszego wroga... – uśmiechnął się podobnie jak Trunks.
       Kunatemuszki poprawił swój kaptur i również poleciał w kierunku księcia Saiyanów. Musi się z nim spotkać i wszystko mu opowiedzieć. Może razem zdołają pokonać tę zarazę...
       Vegeta był szczęśliwy. Kiedy jego rozpacz zniknęła, trucizna Khlorosian znów miała wolną drogę do jego organizmu. Zaczęła ponownie atakować. Powoli dawała znać o sobie, na początek podsuwając złe myśli na temat Trunksa. Szczęki Vegety coraz bardziej się zaciskały na myśl o zdradzie jedynego syna.
       – Zabiję go, jak go tylko spotkam... – wycedził sam do siebie.
       Rozmyślania na taki temat przerwał mu jakiś kontur na niebie. W pierwszej chwili chciał posłać w kierunku nieznajomego Big Bang Attack, ale się opanował i postanowił dowiedzieć się najpierw, kto to jest.
       Kunatemuszki zaczęło szybciej być serce, kiedy rozpoznał nadlatującego. Wreszcie! Podleciał szybciej, chociaż specjalnie przysłonił bardziej swoją twarz kapturem. W końcu spotkali się na tle nieba.


Odcinek XI

       Autor: Black Falcon


<- POWRÓT DO DZIAŁU

ODCINEK X -- SAGA I -- DRAGON BALL - VIRUS -- FANFICE
-
KLUB FANA
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker