Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część IV » Rozdział LXXV
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część IV: Koniec
Rozdział LXXV - Narodziny
 

Wiatrak w korytarzu "West Capital Hospital" obracał się leniwie, ale i tak było potwornie duszno. Nic dziwnego, pomieszczenie wypełnione było po brzegi oczekującymi na poród Bra dziwacznymi osobnikami. Ze zrozumiałych powodów na porodówkę wpuszczono tylko Bulmę i panią Briefs, cała reszta towarzystwa musiała czekać tutaj. Vegeta potwornie się denerwował, chodził cały czas w kółko, Garnet bezskutecznie próbowała go uspakajać. Jej siostra i Saladin siedzieli, przyklejeni do siebie, na ławce obok, obserwowani przez Marcusa.

Wiadomość o tym, że Saladin i Freya są razem zaskoczyła w sumie wszystkich, nawet sama para nie była w stanie stwierdzić kiedy między nimi "zaiskrzyło". Marcus zazgrzytał zębami, po raz setny chyba wypominał sobie w myślach to, że nigdy nie miał śmiałości powiedzieć Freyi o uczuciach jakie do niej żywił.

"Życie jest niesprawiedliwe" – myślał. – "A najgorsze jest to, że chociaż jestem o wiele silniejszy to Saladinowi nic nie zrobię, bo jest bratem Vegety." – Subtelność nigdy nie należała do zalet Lanfana. – "Dlaczego wybrała tego nieudacznika?"

Saladin brał co prawda udział w treningu na równi z innymi, ale z trudem był w stanie mierzyć się z Blankiem, najsłabszym z oddziału (nie licząc oczywiście Quina, który był raczej maskotką Czerwonej Gwardii niż prawdziwym wojownikiem i rzadko ruszał się z warsztatu).

Blank i Cinna stali pod jedną ze ścian starając się rozmawiać, ale nie bardzo mogli się skupić, gdyż ich dialog co chwilę przerywany byl przez chichoty Marron i Ruby, które dla zabicia czasu najwyraźniej plotkowały o Blanku. Najwyższy z Lanfanów usilnie starał się unikać Ruby, ale ona zupełnie nie miała zamiaru się od niego odczepić.

W najlepszym stanie znajdowały się przebywające w sali androidy. Nie musiały oddychać, więc słaba klimatyzacja im nie przeszkadzała. Wszystkie maszyny przełączyły się w stan oczekiwania i – niczym kolorowe rzeźby – zamarły pod ścianami. Zjawiły się wszystkie, poza dwoma inżynieryjnymi, Piscesem i Capricornem, które razem z Quina ulepszały statek kosmiczny Czerwonej Gwardii, "Hildegardę". Bulma wykonała kawał dobrej roboty naprawiając cały oddział Zeta. Udało się jej nawet przywrócić do stanu używalności bardzo uszkodzonego Taurusa, przywódcę oddziału. Prezentował się on doprawdy imponująco, bardzo przypominał Androida #16, ale w ogóle nie posiadał włosów i – jak wszystkie Zeta – miał szarą skórę. Był małomówny, ale kiedy już się odzywał jego głos brzmiał bardzo łagodnie, zaś sam Taurus wyglądał na osobnika, którego bardzo trudno wyprowadzić z równowagi. Vegeta i trzymający z nim Lanfani, raczej go unikali, dziwnie czuli się w obecności tego milczącego, łagodnie uśmiechniętego olbrzyma.

Vegeta zrobił kolejne kółko wokół sali.

– Usiądź, nie ma sensu żebyś tak chodził – po raz kolejny powiedziała Garnet, oczywiście nie doczekała się żadnej reakcji.

– Zostaw go – rzucił Saladin. – Nic dziwnego, że się denerwuje, przecież jego córka rodzi dziecko jednego z jego największych wrogów... – nagle zamilkł pod wściekłym spojrzeniem Vegety.

– Uważaj, Sal – syknął. – Nie powiedz o jednego słowa za dużo.

Saladin przełknął ślinę. Jego brat był nielicho wkurzony, chyba faktycznie trzeba będzie nieco panować nad językiem.

– Właśnie, Sal, nie przesadź – rzucił Marcus, widząc możliwość dopieczenia Saiyanowi.

– Dla ciebie "Saladin" – odciął młodszy książę, marszcząc brwi. – Nie pozwalaj sobie, nie jesteś moim bratem.

Marcus prychnął tylko, ale Vegetę trochę te słowa podbudowały. Faktycznie przez ostatnie miesiące stał się kimś w rodzaju autorytetu dla Lanfanów. Traktowali go co najmniej na równi ze swoim dowódcą, Baku. Vegeta, Saladin i trzon Czerwonej Gwardii, czyli Zidane, Marcus, Freya, Garnet i Blank spędzali razem dużo czasu w nowej sali treningowej. Podopieczni Vegety wzmocnili się znacznie, a on sam ze zdumieniem zauważył, że obserwowanie ich postępów daje mu równie dużą satysfakcję co swoich własnych. Może nawet większą. Faktycznie, on sam w porównaniu do Lanfanów nie zyskał zbyt dużo na sile, ale nie martwiło go to zupełnie. Niech tylko Gero i Babidi pokażą na co ich stać. Oddział Vegety zmasakruje ich mutanta w kilka sekund.

Szkoda, że Goku tego nie widzi. Zawsze był taki dumny z Son Gohana i Uubu, których sam wyszkolił. Jego adepci w porównaniu do Czerwonej Gwardii byli niczym. To zresztą widać, Zidane – na przykład – nigdy nie dałby się zabić równie głupio co Gohan.

W tym momencie uwagę księcia zwrócił odgłos czyichś kroków, przez chwilę sądził, że może to pielęgniarka z wiadomością o narodzinach dziecka jego córki (Vegecie trudno było zaakceptować fakt, że jest na tyle stary by mieć "wnuka" i w myślach nigdy nie używał tego słowa), ale ktoś wszedł do korytarza nie z głębi szpitala, tylko wręcz przeciwnie, od wejścia.

Oczom Vegety ukazał się Son Goku, ubrany był w jakiś dziwny biały strój, ale nie było wątpliwości, że to był on.

– Kakarotto? – zapytał z niedowierzaniem książę. – Skąd...

Goku odruchowo dotknął swojej fryzury i uśmiechnął się szeroko, zupełnie nie w swoim stylu. Teraz Vegeta skojarzył, że nie ma do czynienia ze swoim rywalem-przyjacielem, tylko z jego synem.

– Muszę się obciąć – powiedział Goten. – Ostatnio wiele osób się myli.

Vegetę uderzyło w tym momencie coś zupełnie innego. Goten zupełnie nie przypominał siebie samego, był znacznie bardziej umięśniony, poza tym wydawał się doroślejszy. Biła od niego jakby aura pewności siebie, a raczej wewnętrznego spokoju. Zupełnie jak od Goku.

– Goten? – powiedział niepewnie Saiyan. – Co ci się stało? Wyglądasz jakoś inaczej.

Lanfani i Saladin zainteresowali się rozmową, młodszy brat Vegety kilkukrotnie zamrugał nie wierząc własnym oczom. To miał być Son Goten? Tamten dzieciak? Niemożliwe.

– Coś nie tak, Vegeta? – Goten popatrzył po sobie, jakby sprawdzając czy się gdzieś nie pobrudził. – Aha, wiem! – wykrzyknął. – To pewnie przez to nowe kimono! Fajne, nie?

***GLEBA***

– Chrzanić twoje kimono!! – wrzasnął Vegeta. – Skąd się tu wziąłeś!? Gdzie byłeś!? I gdzie jest Kakarotto!?!

– O – Goten nie pomyślał wcześniej jak wyjaśnić nieobecność ojca. – Cóż, to długa historia.

– Więc mi ją streść!

– Eee... dobrze. No więc za długo byliśmy w Sali Ducha i Czasu i drzwi zniknęły. Wydostaliśmy się podobnie jak Gotenks kiedyś, ale trafiliśmy do świata Trunksa z przyszłości. Tam walczyliśmy z Babidim i Buu, a potem... – Goten zdecydował się powiedzieć prawdę – potem kiedy tamtejsza Bulma zbudowała urządzenie, które miało nas odesłać ojciec postanowił zostać w tamtym świecie.

– Co!? – wykrzyknął Saiyan. – Czy go już kompletnie pogrzało? Dlaczego?

– Dlatego, że tam wszyscy wojownicy z Ziemi zginęli, a nie ma tam już Smoczych Kul, więc nie dało się nikogo przywrócić do życia. Tata uznał, że ktoś musi tam być, aby obronić planetę w razie niebezpieczeństwa.

– Jak to nikt z naszych nie przeżył, a co z tamtejszym Trunksem? Też zginął?

– Tak – krótko potwierdził półsaiyan uznając jednak, że nie ma sensu mówić o tym, kto go zabił i dlaczego.

Vegeta na chwilę zamilkł. Większość obecnych zaczęła wymieniać ciche uwagi i komentarze.

– Niech Kakarotto nie sądzi – odezwał się w końcu książę – że takim marnym wybiegiem uda mu się mnie uniknąć. Kiedy zakończymy sprawę z Babidim i Gero wybiorę się do niego i pokażę mu kto jest najlepszy. Ten tchórz nie zdoła mi uciec.

Goten niespodziewanie zmarszczył brwi.

– Mój ojciec nie jest tchórzem – syknął. – Nigdy tak go nie nazywaj, Vegeta. Nie masz prawa.

Książę spojrzał na niego lekko zaskoczony nagłą zmianą tonu, ale po chwili uśmiechnął się.

– Widzę, że trening dobrze ci się przysłużył. Dobrze, niech będzie, Kakarotto nie jest tchórzem, ale to, że tam został było idiotyzmem.

Goten odetchnął, ale te słowa go zdziwiły. Vegeta, którego znał nie powiedziałby czegoś takiego.

– Zmieniłeś się, Vegeta – powiedział.

– Ty też. Chętnie zobaczyłbym na co cię stać. Może wpadniesz na któryś z naszych treningów?

– Nie wiem, może...

Bra z bólu zacisnęła dłonie na poręczach przymocowanych do łóżka. Córka Vegety nigdy nie trenowała, ale była półsaiyanką i miała możliwości znacznie większe niż zwykli ludzie, co zresztą właśnie udowadniała. Poręcze wygięły się lekko i z cichym z jękiem odpadły. Doktor, przyzwyczajony już do dziwnych zachowań rodziny Briefsów zignorował to zupełnie.

– Postaraj się, jeszcze raz, już widzę główkę... teraz! PRZYJ!!!

Krzyk niemal rozsadził salę, ale faktycznie był to już ostatni.

– Gratuluję! To chłopiec! Eee... On ma ogon.

Bulma wzięła od niego dziecko, nie płakało, ale obyło się bez zwyczajowych klapsów, bo wyraźnie widać było, że chłopiec oddycha. Rzeczywiście miał ogon, ale to było oczywiste, w końcu był w trzech czwartych Saiyanem. Bulmę zaskoczyło coś zupełnie innego.

Jego obfita saiyańska czuprynka i ogon miały jasny kolor, nie fioletowy czy błękitny, zupełnie blond, oczy były błękitne.

"Pewnie odziedziczył kolor po mojej matce" – pomyślała Bulma, ale w głębi ducha nie wierzyła w to.

– Aleś ty podobny do prababci – ucieszyła się pani Briefs. – Pójdę po wszystkich, niech go zobaczą.

– Ja też chcę go zobaczyć – powiedziała wycieńczona Bra. Bulma podała jej dziecko.

Moment później do niewielkiej sali wpadła cała grupa żądnych wiadomości kosmitów, androidów i nastolatek. Najgorsze były oczywiście te ostatnie.

– Zobacz, jaki mały, jaki fajniutki! – przekrzykiwały się Ruby i Marron, dziecko mimo tych ekstremalnych warunków nie zaczęło płakać.

– Brawo, mała! – rzucił Marcus.

– Gratulacje – powiedział Saladin.

– Świetnie sobie poradziłaś – dodała Freya.

Tak na ogólnych zachwytach minęło kilka minut. Nawet małomówny Taurus pogratulował Bra dwoma słowami. Jedynym, któremu nie udało się dojść do słowa był Vegeta.

– CISZA!!! – krzyknął w końcu książę, wszyscy umilkli, ale tylko na moment.

– Oszalałeś, Vegeta?

– Chcesz przestraszyć dziecko?

– Nie masz za grosz wyczucia!

Książę wyglądał jakby miał zaraz eksplodować, ale opanował się i stwierdził:

– Bra... ja... eee... – słowa nie chciały przejść mu przez gardło – jestem bardzo szczęśliwy...

Wszyscy popatrzyli na niego dziwnie, a zaraz potem jednocześnie wybuchli śmiechem. Jedynym, który zachował powagę był Taurus.

Vegeta zrobił się czerwony jak burak i nic więcej nie powiedział.

– Jak właściwie masz zamiar mu dać na imię? – Zapytała Bra Marron.

– Może "Shoe"? – Rzuciła Ruby.

– Nie, "Sleeve" jest znacznie ładniej! – zaoponowała Marron.

– A co powiesz na "Tye" – powiedziała Bulma – to idealne imię.

Bra zaprzeczyła ruchem głowy.

– Jest tylko jedno imię, które wchodzi w grę – stwierdziła, przytulając dziecko. – Będzie miał na imię Brolly.

 
autor: Vodnique

<- Rozdział LXXIV

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker