Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Inny Wymiar » Rozdział V
Inny Wymiar
Rozdział V
 

Szli w milczeniu. Luna rozglądała się dookoła, a Goku szedł jakby głęboko zamyślony. Wiatr powiewał delikatnie, poruszając leciutko włosy Luny. Luna podniosła swój wzrok na Goku. To chyba było ostatnie miejsce które by chciał zobaczyć... Vegeta. Gdyby nie Gohan nigdy by go tu nie było. Nagle zatrzymał Lunę. Ta była tak zapatrzona, że prawie dostała zawału.

– Co?! – zapytała nerwowo.

– Skoncentruj się, to poczujesz – jakieś Ki bardzo szybko zbliżały się w ich kierunku. Luna przykleiła się do Goku. Przed nimi pojawiło się pięciu Saiya-jin i jedna kobieta.

– Kim jesteście? – zapytał Goku.

– Nieważne. Przeszukiwaliśmy okolice, ponieważ znaleziono statek kosmiczny. – Asia doskonale wiedziała o czyj statek chodzi...

– To my. – wszyscy popatrzeli się na siebie przelotnie.

– Gdybyś dotarł do króla, to on wziąłby sobie ten statek, jak nie dotrzesz, to my go weźmiemy...

– Skądś znam tę gębę! – krzyknął jeden z mężczyzn, pokazując paluchem na Goku. Jeden z nich przymrużył oczy i szepnął cichym głosem.

– Kakarotto? Ej, to Kakarotto!!! – i od razu rzucili się na niego. Tylko kobieta stanęła naprzeciw Lunie.

– Odczep się ode mnie! Ja nie chcę z tobą walczyć! – próbowała uspokoić kobietę Luna, ponieważ ta zbliżała się do niej taktownym, groźnym krokiem. W ciemności połyskiwały tylko jej złe ślepia i miecz.

– Nie – zakończyła z uśmieszkiem. – Luna znowu spojrzała jak radzi sobie Kakarotto. Był przygnieciony kolanem Saiya-jina do ziemi.

– Tato!!! – Luna odepchnęła kobietę i uderzyła owego Saiya-jina. Z jej pamięci wydobyło się jedno zdanie "To Raditz..." Bardzo się zmienił. Ale to nie znaczy że nie można było go poznać. Luna tak zapatrzyła się na nowego Raditza, że nie zauważyła, tej Saiya-jinki. Poczuła okropny ból przeszywający ją po plecach. Oberwała z miecza. Goku od razu powalił kobietę na ziemię. Już przemieniony był w SSJ3. Nie mógł wcześniej się przemienić, ponieważ oni nie dali mu na to czasu.

– Nie przeszkadzaj! – krzyknął jakiś Saiya-jin chwytając ją za obydwie ręce w ten sposób, że nie potrafiła się ruszyć. Goku unikał ciosów Raditza, i trzech Saiya-jin. Nie mógł jej pomóc. Myślał, że sama da sobie radę. Asia wzięła sprawę w swoje ręce, odchyliła nogę do przodu i kopnęła Saiya-jina w słaby punkt ^-^. Jej dłonie znów były wolne. Przemieniła się w SSJ2 i zaczęła nawalać w Saiya-jina z Ki. Po chwili już był nieprzytomny. Goku zapewne też już któregoś z nich powalił. Miał on trudniejszą sytuację, ponieważ na niego poszło więcej Saiya-jin. Nie wiadomo skąd doszło do paczki jeszcze dwóch. Luna pokonawszy tego Saiya-jina, rzuciła się na nich. Wbrew pozorom, szło jej dobrze. Pięść z góry, noga w brzuch, Luna schyliła się i kopnęła w kostkę. Saiya-jin się przewrócił, wtedy od tyłu uderzył ją drugi. Luna chwyciła go za dłoń, a drugą ręką uderzyła go w twarz. Uśmiechnęła się i błysło jej coś czerwonego przed oczami. Spojrzała na dłoń... Była cała we krwi. Cios Saiya-jinki musiał być głęboki... Saiya-jin znów wstał i znowu nawalanka... Tymczasem Goku walczył z rozwścieczonymi Saiya-jinami...

– Poddaj się zdrajco!!! – darł się mężczyzna waląc we wszystkie strony jak opętany. Siła Saiya-jin na nowej Vegecie była zadziwiająca... Musieli ostro trenować. Luna się odmieniła i upadła na ziemię, Saiya-jinka podeszła do niej i z ironicznym uśmieszkiem przydeptywała do ziemi.

– Co się tak na mnie uwzięłaś? – stęknęła Asia.

– Lubię takie słodkie dziewczynki jak ty wykańczać... – szepnęła kobieta, jeszcze mocniej przyciskając ją do ziemi. Lunie zaczęło się wszystko rozmazywać... Traciła przytomność. Saiya-jinka dobrze atakowała od tyłu. Przez plecy Luny przechodziły dwa głębokie cięcia. Zamknęła oczy... Kakarotto spojrzał na nią, pierwsze co rzuciło mu się w oczy to krew na jej bluzce, od razu starał się do niej dotrzeć.

– Puszczajcie mnie! Puszczajcie mnie, świry!!! – Goku nie wytrzymał, przemienił się w SSJ4, co odepchnęło Saiya-jin.

– Lunka... – szepnął podchodząc do nieprzytomnej Asi. Gdy zobaczył dwa okropne cięcia coś go ukłuło – uciekamy... – szepnął cicho, ona była ważniejsza od dumy, czy czegokolwiek innego, wziął ją na ręce.

– A zbliż się tylko do mnie – szepnął groźnie w kierunku Saiya-jinki, ta schowała miecz.

– Nie muszę – uśmiechnęła się, gdy Saiya-jin, uderzył Goku od tyłu, a ten wypuścił Lunę. Goku zrozumiał że nie ma wyboru, po czym skierował walkę dalej, aby nic się jej nie stało. Asia słyszała teraz tylko ciszę... Odeszli tak daleko, że nawet nie było ich słychać.

– Ten ojciec... Gdzie on się znowu szlaja! – krzyknęła zdenerwowana Saiya-jinka. Miała jasne włosy z czarnymi pasemkami. Lubiła je farbować... Typowa szesnastolatka. Szła zdenerwowana przez drogę, rozglądając się dookoła.

– No pięknie! – krzyknęła gdy poczuła dużo Ki w jednym miejscu – Znowu się tłucze! Co ja powiem mamie... – mruknęła przyśpieszając kroku w tym kierunku. Biegła myśląc o tym, o co znowu poszło, gdy się potknęła. Odwróciła twarz i ujrzała zakrwawioną Lunę...

– Raju!!! – pisnęła zasłaniając oczy – Aaaa! Aaaaaa! Aaaaaaa! Aaa... – spojrzała ponownie na zakrwawioną dziewczynę. "Może żyje... Pomóż jej..." usłyszała w głowie.

– Nie! Ja się boję krwi! – krzyknęła ponownie zakrywając dłońmi twarz. "A gdybyś to ty była na jej miejscu?". Dziewczyna otwarła swoje bardzo rzadkie wśród Saiya-jin niebieskie oczy i powoli podeszła do niej. Oddychała. "Ukryj ją... Tu jest niebezpiecznie..." mruknęło jej sumienie. Dziewczyna wzięła ją na ręce i mimowolnie powlokła się z nią do lasu...

Minęło trochę czasu...

– Luna? – zapytał głucho Goku rozglądając się wokoło.

– Luna... – szepnął cichutko dotykając ziemi w miejscu gdzie leżała ostatnio Asia. Pokonał wrednych Saiya-jin, ale gdy wrócił nie zastał już Luny... Został sam... Poczuł wzbierający w nim gniew.

– Nienawidzę was!!! – krzyknął do Saiya-jin, którzy na pewno go nie słyszeli...

– Oddajcie mi Lunę! – uderzył pięściami o ziemię. – Oddajcie mi Gohana! – rąbnął po raz drugi – oddajcie mi dziadka! – Goku miał łzy w oczach, jednak i tak nie opuszczały jego czarnych oczu – Oddajcie mi przeszłość! – rąbnął po raz czwarty – Oddajcie mi syna! – rąbnął po raz piąty – Oddajcie mi rodziców! – Goku rąbnął ostatni raz pięściami w ziemię, po czym poczuł dziwne uczucie. Czemu z jego ust wydobyło się "rodziców". Zdziwił tym sam siebie. Może to go tak denerwowało jak był jeszcze mały? "Nie... Oni... Oni mnie nie chcieli..." – pomyślał Goku wracając do swojej starej wersji. "Nie chcę ich znać..." – po czym posnuł się przed siebie, nie wiedząc gdzie nogi go poniosą.

– ... Kim ty jesteś?! – krzyknęła Luna w panice oddalając się od blondwłosej Saiya-jinki. W pierwszym momencie myślała, że to ta kobieta, która ją zaatakowała. Ta tylko podniosła na nią błękitne oczy i burknęła.

– Nerwy, nerwy... Spokojnie dziewczyno. Jestem Minxi. – uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń w jej kierunku.

– ... – Luna spojrzała na dłoń, później na nią... Po czym podała jej rękę – Luna. – przedstawiła się Asia. Minxi dodała dodatkowe drewno do ogniska, które tliło się dość słabo... – znalazłam cię całą zakrwawioną, to cię tu przyniosłam. Bo tam niedaleko jakaś bójka była... – Luna wpatrywała się w nią z uchylonymi ustami, a jej ogonek nieruchomo leżał na piachu.

– I?

– I? – zaśmiała się Minxi – przywlokłam cię tu, mówiłam ci.

– A tata!

– ...? Kto jest twoim tatą?

– Nieważne i tak nie znasz...

– No tak, bo nawet ciebie nie pamiętam... Ja jestem córką Kamiry i Raditza. Chociaż głupio to przyznać...

– Czemu?

– Bo to rodzeństwo. Tak wyszło – uśmiechnęła się Minxi odpowiadając na przyszłe pytanie Luny – No a co z tobą?

– Ja nie wiem, kto jest ojcem Luny...

– Co ty gadasz? Masz gorączkę kobieto? Masz rozdwojenie jaźni?!

– Nie... znaczy się... nie wiem, kto... kto jest moim ojcem. – burknęła Luna – Minxi popatrzała się na nią dziwnym wzrokiem.

– Wiesz co? Dziwna jesteś, najpierw się mnie pytasz co z tatą, a teraz twierdzisz że nie wiesz kto to jest. – Minxi pochyliła się do niej.

– Co...?

– ...twoja matka to Dementra, wybranek pierwszy syn Kakarotto... – Minxi zatkała się przy ostatnim słowie – on zaginął, no i ta popularność... Nieciekawego masz wybranka... – zamyśliła się – mój jest przystojny, ma piękne czarne oczy i śliczne włosy, które najczęściej nosi w kucyku – rozmarzyła się Minxi – przynajmniej tak myślę...

– Kto to wybranek? – szepnęła Luna wpatrując się w ten sam punkt.

– No ten z kim będziesz musiała wyjść za mąż. – odpowiedziała jakby to było oczywiste.

– Gohan... – szepnęła a do jej oczu naleciały łzy – Jak ja cię kocham – załkała, tym razem już płacząc.

– Kobieto, spokojnie! Sorki, nie chciałam cię zdenerwować! Może twój też jest ładny! – nie wiedziała jak uspokoić Lunę Minxi.

– A teraz... A teraz... Jestem sama... Nie ma... Taty... Nie ma Gohana... Nie ma nikogo! – zakrztusiła się płaczem Luna – co ja teraz zrobię? A jeśli oni... obaj nie żyją... Jeśli... Ja już nie wrócę na Ziemię? – Minxi nie wiedziała co jej powiedzieć, nie miała talentu pocieszania.

– Nie jesteś z Vegety? – zapytała szeptem Minxi. Luna przecząco pokiwała głową wycierając łzy o rękaw.

– Mama może by się zgodziła cię przygarnąć... Ale nie mamy kasy, tata mnie zabije. Przykro mi.

– Rozumiem.

– Ale może postaram się to jakoś załatwić! – uśmiechnęła się Minxi – w końcu tak to będziesz miała kobieto przerąbane! Eee... Znaczy się na pewno tak czy tak wszystko będzie dobrze!

– Aha. – uśmiechnęła się ironicznie Luna.

– A na razie polecam ci przespanie się pod świerkiem.

– Świerkiem? – zapytała głosem skazańca Luna.

– Chodź pokażę ci – Minxi uniosła się w powietrze, a Luna za nią. Przeleciały cały nadgniły las i wylądowały dopiero pod owym świerkiem, niedaleko jakiegoś ogromnego zamczyska. Ciemności nadawały mu tajemniczy wygląd.

– Tam jest moje okno – wskazała Minxi – to jest nasz zamek, prawie wszyscy Saiya-jinowie tam mieszkają, a poza zamkiem są głównie sami niewolnicy. Na razie lepiej żebyś się tam nie pokazywała skoro nie znasz naszych zwyczajów... Jeszcze ktoś cię zatłucze, albo zgwałci... – rzuciła Minxi.

– Super, jednak wolę świerk...

– Dobranoc – uśmiechnęła się Minxi odlatując do zamku. Owe drzewko znajdowało się w tyłach zamku. Luna skuliła się w kłębek, razem z ogonkiem. Było zimno, ale póki jeszcze wierzyła, że Gohan żyje, było jej wszystko jedno. Zwinęła ogonek i spoglądała w gwiazdy.

"Chciałabym Cię narysować

Ołówka delikatną kreską

By zbiegły się wszystkie me kreski.

Nad zbudzoną we mnie rzeką

Chciałabym by twe włosy

Były jak w mej głowie

Oprawione złotą mgłą oczy

Nie zatrzymane przez papier.

Bo to co płynie we mnie

Nie zmieści się w tuszu

Nie byłbyś tak piękny

Jak w moim wnętrzu

Jesteś tak głęboki

A zachodząca nadzieja odchodzi

Dlaczego nie umiem wszystkiego.

Z wyjątkiem snów moich

Chciałabym żebyś był blisko

Dałabym Ci wszystko

Mówiłabym Ci

Zabierz mnie

Tam gdzie łączą się

Nasze drogi

Poznaję Cię

Przez źdźbła mej kartki

Chciałabym Cię dotknąć

Choć jesteś tak daleki

Twa krew płynie we mnie

Twój wzrok przeszywa dosłownie

Wiem co myślisz

Wiem co czujesz

Lód okuł me serce

Jak w mej zrozpaczonej ręce

To już koniec

Mój ołówek skończył ust Twych kraniec

Chciałabym wiedzieć

Dlaczego nie wyjdziesz

Dlaczego tu nie staniesz?

Mój oddech znów mglisty

Owionął duszę mą

Narysowałam Cię

A ty nie pojawiłeś się

Obok..."

Luna zasnęła. Jutro nie obudzi jej już słońce... Wieczna noc na Vegecie, nie pozwalała wychylić się słońcu, które było za daleko od tej planety. Lunie towarzyszyło tylko światło i dziwna, stłumiona muzyka z zamku, no i... świerk.

Tymczasem gdzieś w innym miejscu Vegety, nad jeziorem, na kamieniu leżał Goku i patrzał w niebo. Starał się zasnąć. Blask gwiazd odbijał się od wody, co wyglądało naprawdę ślicznie. W tym momencie Goku usiadł i obejrzał się za siebie. Nikogo tam nie było...

– Co się ze mną dzieje?! – zapytał z wyrzutem do siebie, ponownie kładąc się na kamieniu. Przymknął oczy.

"Katherin..." i przed oczami pokazał mu się obraz Saiya-jinki... Miała ciemny makijaż i przenikające ciepłe spojrzenie, włosy aż za kolana, chociaż wszystkie inne dziewczyny wokół miały je krótko ścięte. Siedział na parapecie w jakiejś "szkole". Cały czas podążał wzrokiem za nią, a obok niego stał jakiś mężczyzna.

– Kto to? – szepnął głosem jakby ktoś go zaczarował.

– Co ty stary! Katherin nie znasz? Nikt się z nią nie zadaje, ma tylko parę przyjaciół...

– Ona nie ma przyjaciółek?

– Ona sama się o nie nie stara. – wyjaśnił obojętnie Saiya-jin – codziennie tędy przechodzi. – na twarzy Kakarotto pojawił się uśmiech.

– Ja tu będę codziennie o tej porze.

– Phi! – zaśmiał się – i co myślisz że na ciebie spojrzy?! – nabijał się z niego.

– Nikt na mnie nie musi patrzeć, przyzwyczaiłem się do tego. Chcę tylko ją widzieć...

– Co źle ci że starzy cię wyrzucili? – zapytał tym samym tonem.

– Nie, dziękuję im za to – uśmiechnął się ironicznie, nic nie robiąc sobie ze kpin "kolegi" – dzięki temu może wszyscy dowiedzą się czego naprawdę jestem wart... – Katherin przeszła korytarzem i nie wróciła. Kakarotto czuł ochotę, aby znów ją zobaczyć, te niby obojętne, a takie ciepłe spojrzenie. Dlaczego nikt jej nie lubił? "Będę żył teraz tylko dla ciebie..." – Kakarotto otworzył szeroko oczy.

– Co jest... To nie moje wspomnienia! – krzyknął.

– Bo są moje – usłyszał swój głos, ale jakby bardziej poważny i ironiczny.

– Odczep się ode mnie! – krzyknął i głos ustał. Ostatnio często go to nachodziło, więc jak zawsze zapomniał o tym i ponownie zamknął oczy, ale tym razem myślał o swoich wspomnieniach. Słyszał spokojny nurt rzeki. Zdawał się go jakby uspokajać...

– Kim jesteś?! – krzyknął jakiś kobiecy głos.

– Co?! – Goku ledwo zdążył się przebudzić, a poczuł na swojej szyi czyjeś dłonie. Dusił się... Czuł okropny ból, gorszy od jakichkolwiek ran, nie mógł nawet złapać oddechu. Złapał ją za dłonie i starał się odciągnąć od siebie. Nie zrobił tego wcześniej, bo nawet nie wiedział co się dzieje... Ta przestała go dusić i obydwoje zamarli w bezruchu, patrząc na siebie z takiego bliska. Kakarotto trzymał ją za dłonie, które teraz znajdowały się na jego klacie, a nie na szyi. Mogła nimi wyczuć, jeszcze szybki oddech Goku. W tym momencie w świetle gwiazd mógł dostrzec delikatny rumieniec na jej twarzy. Kaptur obsunął się jej z głowy i ukazały się mu zza niego długie czarne włosy.

– Kakarotto... – szepnęła nieprzytomnie.

– Tak – odparł Goku – a ty? – ona została jakby czymś ukuta, i ku zdziwieniu Goku "Katrin...", zamiast odpowiedzi pocałowała go i szybko uciekła w stronę lasu. Kakarotto zerwał się z kamienia i pobiegł za nią.

– Czego ode mnie chcesz? – krzyknęła.

– To raczej czego ty ode mnie chciałaś! – odpowiedział Goku, ona się zatrzymała. Stanęli naprzeciwko siebie.

– Nie dam ci spokoju dopóki się nie dowiem, czemu mnie nie zabiłaś jak miałaś na to okazję... – szepnął Kakarotto.

– A czemu miałabym ci to mówić? – odpowiedziała Saiya-jinka. "Jesteśmy jednością Kakarotto...". Tym razem ból głowy stawał się nie do wytrzymania. Goku zemdlał.

Siedział ponownie na tym samym oknie. W szkole jeszcze nikogo nie było... Może ona była mu tak bliska z tego powodu, że ona też nie miała przyjaciół? Wcześniej dzień polegał tylko na szkole, przeżyciu i treningu. Teraz żył dla niej, dla jutra, by znów ją zobaczyć. Przeszło mu w głowie całe jego życie... Od nienawiści ojca do niego, po wyrzucenie go z domu, jego daremne sposoby przeżycia, wyśmiewanie go przez kolegów. Co na szczęście ostatnio zanikło ponieważ on sam się zmienił. Żadne Saiya-jinki go nigdy nie interesowały, oprócz jednej. Wtedy ona wyszła zza ściany. Śledził jej każdy ruch. Była tym razem ubrana w długie czarne spodnie, rozpuszczone włosy, luźną koszulkę z poszerzanymi na końcu rękawami. Podeszła do sali, położyła plecak i wyciągnęła jakiś zeszyt i zaczęła coś rysować. Znowu miała te ciemne cienie pod oczami. "Chciałbym zobaczyć co ona tam rysuje", wpatrzył się w nią jak w obrazek. Jak poruszała delikatnie dłonią, jak włosy opadały jej na kartkę. Podniosła wzrok znad kartki i ich spojrzenia się spotkały. Po plecach Kakarotto przebiegł zimny dreszcz. Ponownie spojrzała w zeszyt. Uśmiechała się kącikami ust, rysowanie musiało sprawiać jej ogromną przyjemność. Ona nie była taka jak wszyscy myśleli. Nikt jej nie znał, skąd mogli wiedzieć jaka jest? Nadeszła godzina dzwonka, wstała, spojrzała w jego kierunku i odeszła. Tak zaczynał się jego każdy dzień... Pewnego dnia, jak zawsze przyszedł ponownie na nią czekać, lecz tym razem nie była sama...

Szła korytarzem i kłóciła się z jakimiś dwoma dziewczynami. Musiało chodzić o coś naprawdę ważnego, ponieważ dawno nie widział jej tak zdenerwowanej. W końcu od niej się odczepiły. Usiadła i zakryła się kartką. Gdy uchyliła trochę zeszyt jej tusz był rozmazany, jakby wcześniej spłynęły tamtędy łzy, po czym odeszła. Kakarotto chciał jej jakoś pomóc, lecz nie mógł tego zrobić. Z dnia na dzień, gdy spotykał ją w szkole, wyglądała coraz gorzej... Była coraz mniej zadbana, bardziej nieprzytomna, jakby żyła tylko w własnym świecie. Wszystko działo się za szybko.

"Chciałbym być panem twego losu...

Nie dać zranić twej dłoni nawet kolcu

Ale dlaczego ja nie mam odwagi podejść do ciebie

Wiem że to wina samego siebie...

Chcę byś znów miała to szczęście w oczach

Kiedy twój rysunek nabiera w nowych kształtach

Teraz nic cię nie cieszy

A mnie to coraz bardziej męczy

Stałaś się taka smutna...

Już wiem, że to nie tych koleżanek wina

Więc kogo to wina?"

Po szkole dogonił ją.

– Czemu ostatnio jesteś smutna? – zapytał. Ona odwróciła się niemało zdziwiona, ale przy tym jakby nieprzytomna.

– Ach, to ty Kakarotto... Nie martw się – uśmiechnęła się delikatnie – nie przez ciebie. – ten stanął nieruchomo i patrzał w odchodzącą postać.

– Ale kogo! Powiedz mi kogo! – ona się odwróciła i zaśmiała się.

– Nikogo. – i poszła dalej. On ją dogonił i złapał za dłoń.

– Błagam... – ona podniosła wzrok od ręki na niego.

– Mówię że nikogo. – zakończyła pustym tonem i starała się delikatnie wysunąć dłoń z jego ręki.

– Kocham cię – dawno na Vegecie jeszcze nie było tradycji z wybrankami... Poczuła coś miłego, a zarazem jakby ktoś ją chciał okłamać.

– Wiem. Śpieszę się... Przepraszam – i pobiegła przed siebie. To niemożliwe, aby komukolwiek na niej zależało... Prawdziwie zależało.

Sytuacja się nie polepszyła. Wyglądała dalej coraz gorzej, ale teraz nie tylko jej wygląd się zmieniał... Pewnego dnia nie przyszła do szkoły. Potem ponownie...

– To ty nie wiesz? Popełniła wczoraj w nocy samobójstwo. – słowa uderzyły w niego tak, że stał nieruchomo z rozszerzonymi źrenicami patrząc w jeden punkt. Poczuł okropną bezradność, a zarazem wściekłość. Wybiegł ze szkoły. Ściskał tak mocno pięści, że aż leciała z nich krew. Krzyczał z rozpaczy i czuł że ogromna złość ulatuje z niego. Coś w nim strzeliło... Spojrzał na swoje dłonie... Otaczała je złota aura. Chciał jakoś pozbyć się tej złości, ale nie mógł.

– Pomszczę cię... – zamknął oczy jako SSJ. Był identyczny jak Goku tyle że miał dłuższe włosy.

– Dowiem się kto ci to zrobił... – szepnął. Kakarotto otworzył oczy z jednym wielkim bagnem w głowie. Znów nie pamiętał tego co mu się śniło. Jakby miał dwie osobowości.

– Pomożesz mi? – zapytał mu w głowie jego własny głos.

– Tak... Ale jeśli dasz mi spokój. – burknął Kakarotto nie wiedząc na co się zgadza. Głowa od razu przestała go boleć. Goku strasznie się ucieszył, wiedział że dotrzyma on słowa. Tylko nie wiedział jednego: że to nie były jego sny... Legendarny Super Saiya-jin, na ten czas co Goku mdlał wcielał się w jego ciało, aby uczyć się go kontrolować. A on w tym czasie widział jego wspomnienia, a legendarny jego... I to wcale nie chodzi o zemstę nad krzywdą Katherin... To były po prostu jedne z wspomnień legendarnego. On już dawno nie żyje. Tu chodzi o coś całkowicie innego. W każdym razie Legendarny Super Saiya-jin postanowił dać mu spokój...

– To proste! – powiedział Bardock – po prostu nie możesz wyróżniać się z tłumu. – powiedział do Gohana.

– Miałbym tu chodzić do szkoły?

– Nie! Źle mnie zrozumiałeś... To też. Ale chodzi mi o to, żeby po prostu cię nie znaleźli. Zrobimy z ciebie zwykłego Saiya-jina. – "Dobrze że tata tego nie słyszy..." – przewrócił oczami Gohan.

– Rejziw szuka cię po najmniejszych zakątkach planety, każdy kto by cię "porwał" chował by cię nie wiadomo gdzie. My zrobimy wręcz odwrotnie.

– A nie może się jakoś obejść bez tego? Jak tata to zobaczy...

– Zrozum Gohan, u mnie na pewno cię znajdą. Jakoś załatwię ci przeprowadzkę do Kamiry... Ale na razie tym się nie przejmuj. Najpierw zrobimy z ciebie Saiya-jina. – uśmiechnął się Bardock.

– Ale jak chcesz to zrobić? – zapytał Gohan. Bardock uśmiechnął się i rzucił obok niego czarne ubranie.

– Będziesz chodził w tym. Włosy wiąż w kucyk, albo miej rozpuszczone. Ogona nie trzymaj w spodniach. Wolisz skauter w soczewce, czy normalny?

– Sam wyczuwam Ki... – szepnął Gohan patrząc na bałagan na łóżku.

– Też tak myślałem. Tylko nie przemieniaj się w SSJ... Po pierwsze tutaj tego raczej nie potrafią, po drugie ze względu na twój kontroler...

– Nie umiałem go ściągnąć... – dokończył Bardock, oglądając rękę Gohana – pójdziesz do szkoły dopiero jak nauczysz się na nowo kontrolować siłę. Ten Maigner nieźle ci z tym namieszał... – zakończył Bardock, Gohan przytulił się do niego.

– Dziękuję dziadku! – Gdyby nie on, byłby teraz martwy...

 
autor: Son Luna

<- Rozdział IV

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker