Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

KLUB FANA
-
FANFICE -- DRAGON BALL AZ -- DARK KAIOSHIN SAGA -- CZĘŚĆ I -- ROZDZIAŁ VIII
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część I: Umierające Gwiazdy
Rozdział VIII - Ludzie, kosmici i androidy

       Tenshinhan doleciał do pałacu Dendego. Wyjął zza pasa Smoczą Kulę i zaczął szukać kogoś żywego. Na zewnątrz nikogo nie dostrzegł, wpadł więc do właściwego pałacu i krzyknął:
       – Dende! Piccolo! Jest tu kto?
       – A któż to tak hałasuje? – zapytał nieznany Tenshinhanowi głos, oczom trójokiego wojownika ukazał się dorównujący mu wzrostem mężczyzna ubrany w saiyańską zbroję. Nie tylko zbroja zresztą czyniła z niego Saiyana, miał też kołyszący się lekko na boki ogon, zupełnie taki jak Goku kiedyś. Włosy charakterystycznie sterczały mu do tyłu, a twarz miał równie wredną co Vegeta.
       – Bardzo mi się podoba ta planeta – powiedział Saiyan ze złośliwym uśmiechem. – Na Namek musiałem latać i szukać Smoczych Kul, a tu same do mnie przychodzą.
       – Kim jesteś? – zapytał Tenshinhan.
       Saiyan zignorował pytanie.
       – Nie widziałeś gdzieś może gospodarza tego pałacu? Miał tu mieszkać jakiś Nameczanin.
       "Czyli Dende i Piccolo żyją" – pomyślał Tenshinhan z ulgą. – "Spadam stąd"
       – TAIYOKEN! – Shinhan ponownie odwołał się do swej najczęściej wykorzystywanej techniki i korzystając z tego, że jego przeciwnik czasowo stracił wzrok, ulotnił się.

       W poczekalni panowała atmosfera oczekiwania. Ale cóż, nie należało się spodziewać cudów po ludziach z obsługi. Ostatecznie musieli wymienić większość płytek na turniejowej macie. Uubu i Piccolo od dłuższego czasu wpatrywali się w siebie nawzajem.
       – Co się tak gapisz? – zapytał Piccolo.
       Uubu na swój charakterystyczny sposób głupawo się uśmiechnął i podrapał po głowie.
       – Przepraszam, zastanawiałem się nad tym, czy z tobą wygram.
       Piccolo nie odpowiedział. Na tym "dyskusja" między wojownikami się zakończyła. Tymczasem Goten i Trunks prowadzili własną rozmowę.
       – Martwię się o ojca – powiedział Goten. – Ciekawe gdzie jest i czy wszystko z nim w porządku.
       – Kto jak kto, ale Goku chyba sobie poradzi. Niepotrzebnie się gryziesz.
       – Pewnie masz rację. Hej, Trunks, mam pytanie.
       – Wal.
       – Może sfuzjujemy się w Gotenksa do twojej następnej walki? Według moich wyliczeń będziesz walczył z tym całym Edge'em, bo jakoś sobie nie wyobrażam, że Mr Satan go pokona.
       – Tak, gość wygląda na twardego, ale numer z Gotenksem nie przejdzie, przecież on nie wygląda tak jak ja.
       – No tak, ale może by się udało. – Goten się nie poddawał. Nastawił się cały dzień dobrej walki i nie w smak było mu odpaść tak szybko.
       – Poza tym już od dawna nie tworzyliśmy Gotenksa. On już kiedyś był nieprzewidywalny, a teraz nie wiadomo czego możemy się po nim spodziewać...
       – Przesadzasz, przecież on nie zrobiłby niczego, czego my byśmy nie zrobili.
       – No nie wiem.... – powiedział niepewnie Trunks. – A czy ty mi tego nie proponujesz tylko dlatego, żeby sobie jeszcze powalczyć?
       – He he – zakłopotał się Goten – No co ty? Za kogo mnie masz? – nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.

       Ogoniasty Saiyan, wyleciał z pałacu Dende'go niejako na oślep. Nadal przed oczami latały mu białe plamy.
       – Zabiję tego triklopa, niech go tylko dorwę – warknął.
       Tenshinhana jednak nigdzie nie było widać.
       Skauter Saiyana zapikał. Ciemnowłosy wcisnął przycisk przy urządzeniu.
       – Zbliżają się dwie Ki... – powiedział do siebie. – 42 i 57 tysięcy... Oddala się jedna wykraczająca poza skalę, czyli ponad 500,000 – uśmiechnął się złośliwie i sprawdził Smoczy Radar, dwie kule zbliżały się, a jedna, prawdopodobnie ta którą miał trójoki gość, oddalała. Kolejny triumfujący uśmiech przeszył jego twarz. – Chyba sobie na was zaczekam, robaczki...

       Vegeta nie bez trudu dogonił Ariesa, który ciągle leciał za Blade'em – uciekinierem z turnieju.
       – Dlaczego mnie gonisz, Ziemianinie? – zapytał Aries, odwracając głowę, jednak nie zwalniając nawet lotu.
       Vegeta w odpowiedzi strzelił w niego Ki-blastem. Aries uniknął znikając na chwilę i pojawiając się obok, ale zatrzymał się, a o to przecież chodziło.
       – Nie widzisz, że ścigam bardzo groźnego osobnika? – powiedział z wyrzutem Aries – Przez twoje zabawy może mi uciec!
       – Kim ty do cholery jesteś!? – zapytał wściekły Vegeta. – Jakim prawem wtrącasz się do mojej walki i traktujesz mnie jak jakąś kulę u nogi!? Wiesz kim jestem!?
       – Nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że przeszkadzasz mi w wykonaniu zadania. Nie rozumiesz, że ścigam go dla waszego dobra, Ziemianinie?
       – Przestań mnie nazywać Ziemianinem!!! Jak za dwie minuty nie powiesz mi kim jesteś i co tu się dzieje to będą musieli cię zbierać łyżeczkami z powierzchni najbliższej planety!!!
       – Jaki nerwowy – zauważył Aries. – No dobrze. Nazywam się Aries i jestem androidem bojowym z grupy Zeta. Moi przełożeni zlecili mi odnalezienie i wyeliminowanie bardzo niebezpiecznego osobnika...
       – Nie traktuj mnie jak dziecko! Chodzi o Blade'a, którego ścigasz.
       – Tak. Należy do grupy pewnych kosmicznych bandytów, wołają na siebie "Umierające Gwiazdy". Na takich planetach jak ta zdobywają zwykle niewolników na sprzedaż i czasami nowych rekrutów...
       – A ty masz ich powstrzymać?
       – Tak, jak już wspominałem: grupa specjalna Zeta, do usług. Byłbym wdzięczny, gdybyś mi nie przeszkadzał.
       – Chyba żartujesz. – Uśmiechnął się po swojemu Vegeta. – Lecę z tobą.
       – Będziesz się tylko plątał pod nogami!
       – Jeszcze zobaczymy. – Vegeta przeszedł w SSJ i ruszył w pościg za Blade'em, Aries podążył za nim, nie mając specjalnych trudności z nadążeniem za Saiyanem.

       Dende skosztował herbaty z filiżanki. Kto jak kto, ale Karin to umiał zrobić dobrą herbatę. Co prawda Nameczanie nie musieli pić nic innego niż woda, ale nie oznacza to, że nie mogli. Dende zadał pytanie, które nurtowało go od dłuższej chwili.
       – Dlaczego właściwie zaprosiłeś mnie dziś do swojej wieży, Karinie?
       – Miałem przeczucie, że w pałacu możesz nie być bezpieczny.
       – Tak? – zapytał zdziwiony Dende. – Czy dzieje się coś niedobrego?
       "I on się uważa za wszechmogącego tej planety" – Karin westchnął.
       – Można tak powiedzieć...

       Dwie białowłose postacie, mężczyzna i kobieta, oboje ubrani w coś co przypominało zubożoną wersję saiyańskiej zbroi, zbliżyły się do pałacu Dendego i unoszącego się w pobliżu Saiyana. Przybysze nieco zaskoczeni spoglądali na nową latającą postać.
       – Witam! – uśmiechnął się czarnowłosy. – Czyżbyście gonili pewnego łysego posiadacza Smoczej Kuli?
       – Skąd wiesz? – zapytała kobieta.
       – Ponieważ właśnie zabłysnął i uciekł. – Uśmieszek nie schodził z warg Saiyana.
       Białowłosy mężczyzna wyciągnął skądś Smoczy Radar i sprawdził jego odczyt.
       "A skąd oni też mają to cudeńko?" – zastanowił się Saiyan.
       – Oddala się w kierunku Marcusa i jego grupy – powiedział białowłosy mężczyzna do swej towarzyszki.
       – W takim razie zawiadomimy ich, a teraz nie traćmy czasu, musimy znaleźć resztę kul.
       – Hola, hola – przerwał im Saiyan. – Nie zapominacie o czymś? A może raczej o kimś? Nie myślcie, że ot tak pozwolę wam odlecieć z moimi Smoczymi Kulami. – Położył znaczny nacisk na słowo "moimi".
       Białowłosi popatrzyli po sobie, jednocześnie skinęli głowami i rozmyli się w powietrzu.
       Mężczyzna nagle zmaterializował się przed Saiyanem wbijając mu kolano w brzuch i uderzając złączonymi w pięść rękami w plecy. Czarnowłosy poszybował w dół, gdzie został kopnięty przez kobietę i zmienił kierunek lotu z powrotem w kierunku jej partnera. Ten z kolei uderzył go na odlew pięścią. Saiyan lotem koszącym poleciał w stronę pałacu Dendego i wbił się w jego ścianę. Białowłosa para bez chwili zwłoki poleciała dalej.

       – Zapraszam zawodników Uubu i Piccolo na matę. Zaczynamy ćwierćfinały.
       – Czas na nas – powiedział Uubu.
       Piccolo wstał w milczeniu. W czasie przerwy zdążył stworzyć sobie nowe ubranie na miejsce tego uszkodzonego w czasie walki z KSTRK'iem.
       – Dajcie z siebie wszystko! – rzucił Goten.
       – Tak, chcemy zobaczyć dobrą walkę! – potwierdził Trunks.
       "Mam złe przeczucia co do tego pojedynku" – pomyślał Piccolo, ale nic nie powiedział.
       – He he – uśmiechnął się głupkowato Uubu. – Oby ta walka potrwała dłużej niż ostatnia.

       Marcus, białowłosy zawodnik, którego fryzura podczas turnieju przybrała czerwoną barwę próbował wygrzebać się z krateru, który powstał, kiedy on i wystrzelony przez jego przeciwnika pocisk Ki uderzyli w końcu w ziemię. Niestety mięśnie odmówiły Marcusowi posłuszeństwa i nie był w stanie choćby się podnieść.
       – Muszę... wszystkich ostrzec... To nie jest... jakiś tam... wojownik... – powiedział słabo Marcus po chwili tracąc przytomność.

       Wrzawa, którą wywołały słowa Mr Hahna ucichła już. Rozległ się gong. Uubu i Piccolo natychmiast zniknęli ze swoich miejsc. Po chwili pojawili się nad matą wymieniając serię ciosów i kopnięć, w końcu Uubu uzyskał przewagę uderzając Piccolo swą sporą stopą prosto w twarz. Cios jednak wcale nie ogłuszył Nameczanina i ten zgłówkował z całej siły, uderzając własnym czołem w czoło przeciwnika. Uubu poleciał kilka metrów do tyłu, Piccolo natomiast wystrzelił w jego stronę żółtawy pocisk Ki. Przeleciał on przez widmo pozostałe po czarnoskórym wojowniku, który natychmiast pojawił się za Piccolo, z całej siły uderzając go pięścią w turban. Oczy Piccolo na moment znalazły się na granicy wypadnięcia ze swych prawidłowych miejsc, a on sam bardzo szybko poleciał w dół, wbijając się głęboko w matę. Uubu wylądował obok powstałej dziury, która po chwili eksplodowała uwalniając postać Nameczanina. Przeciwnicy stali teraz blisko patrząc sobie prosto w oczy. Na twarzach ich obu gościła determinacja, która u Uubu zamieniła się po chwili na jego charakterystyczny uśmiech.
       – Może darujemy sobie rozgrzewkę i zaczniemy walczyć na poważnie – zaproponował.
       – Zgoda. – Piccolo także się uśmiechnął, pierwszy raz od rozpoczęcia turnieju.
       Uubu zaatakował, wbijając łokieć tuż poniżej żeber Nameczanina, następnie uderzył podbródkowym, a kiedy Piccolo odsłonił się, uczeń Goku zrobił półobrót w powietrzu kopiąc przeciwnika w korpus. Impet odrzucił Nameczanina o kilka kroków.
       Piccolo przeszedł do kontrataku, uderzając Uubu w twarz, ten jednak uchylił się przed ciosem, kucając, a następnie wybił z obu nóg trafiając zielonoskórego wojownika z główki w żebra. Piccolo znowu cofnął się o dwa kroki.
       – KAMEHAMEHA!!! – krzyknął Uubu, wystrzeliwując falę Ki nieco na skos w dół i trafiając w miejsce, gdzie stał Nameczanin. Potężna eksplozja wstrząsnęła całym stadionem i okolicą. Na szczęście dla Piccolo, był on już w powietrzu. Nie wiedział jednak, że Uubu także...
       Uderzony Piccolo znowu niekontrolowanie spadł na matę, uderzając w nią tuż obok sporej dziury zrobionej przez Kamehamehę jego przeciwnika. Tym razem co prawda nie wbił się, ale i tak uderzenie było dość mocne.
       Uubu uśmiechnął się po swojemu.
       – He he, chyba nie wygrasz. Obawiam się, że Goku bardzo dużo mi o tobie mówił. Znam wszystkie twoje możliwe sztuczki.
       – Czyżby?
       – Aha, poza tym jesteś za wolny.
       – Jeszcze zobaczymy.
       Piccolo zerwał z głowy turban, następnie zdjął pelerynę. Cały strój wyrzucił poza matę, gdzie upadło z głuchym hukiem.
       Uubu popatrzył na to trochę zdziwiony, a następnie podrapał się po głowie.
       – No tak... Zapomniałem, że nosisz takie ciężkie ubranie – powiedział zakłopotany.
       Piccolo nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się po raz drugi na 29-tym Tenkaichi Budokai. Tym razem był to jeden z jego najbardziej szatańskich uśmiechów.

       Nareszcie Vegeta walczy, czyli czym zaskoczy Blade?


Rozdział IX

       Autor: Vodnique


<- POWRÓT DO DZIAŁU

ROZDZIAŁ VIII -- CZĘŚĆ I -- DARK KAIOSHIN SAGA -- DRAGON BALL AZ -- FANFICE
-
KLUB FANA
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker