Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część IV » Rozdział CVIII
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część IV: Koniec
Rozdział CVIII - Szach i mat
 

#17 uchylił się przed prawym sierpowym stwora, ale nie udało mu się obronić przed niemal jednocześnie zadanym drugim ciosem, a raczej kopnięciem, z przeciwnej strony. Androidem rzuciło bezwładnie, ale nie zaleciał daleko. Jeden z wrogów chwycił go za stopę, przyhamowując, a następnie użył niczym maczugi, biorąc zamach na swego towarzysza, który nadział Siedemnastkę na kolano, po czym chwycił za głowę i lewe ramię, przytrzymując gdy jego bliźniak pociągnął gwałtownie za nogę androida. Kończyna nie wytrzymała i z głośnym trzaskiem oderwała się od tułowia.

– Niech to szlag! – zaklął #17. – Moja noga!

Były to jego ostatnie słowa, gdyż w tym momencie stwór, który łapał go za głowę i lewy bark pociągnął ręce gwałtownie w dwie przeciwne strony, rozdzierając korpus androida na dwie części z taką łatwością, jakby ten był zrobiony z papieru. Syntetyczna krew rozprysła się na wszystkie strony.

Marcus, kompletnie sparaliżowany ze strachu, nie był w stanie w żaden sposób zareagować. To, co widział przerastało jego najgorsze koszmary. #17 i Brolly przegrali w kilka sekund, stwory zmasakrowały ich kilkoma zaledwie ciosami. Co on mógł zrobić, zwłaszcza ze zmiażdżoną dłonią?

Istoty, nie zwracając na Lanfana najmniejszej uwagi, spojrzały na siebie nawzajem. Marcusowi wydawało się, że przez sekundę ich oczy mieniły się różnymi kolorami, ale mogło to być tylko złudzenie.

Nagle jeden z czarnych ruszył z dużą prędkością, odlatując z pola walki. Lanfan podążył za nim wzrokiem i zbladł jeszcze bardziej.

"Oż w mordę! Leci za Freyą i Zidane'em! Muszę go zatrzymać."

Ale nie zatrzymał.

Freya wkładała w lot tyle energii, ile tylko miała, aura jej Ki odkształcała grunt, nad którym przelatywała, zostawiając płytki, acz wyraźny rów. Co mniejsze mijane drzewka były po prostu zdmuchiwane. Nie było mowy o tym by zachować w tym momencie dyskrecję, to po prostu nie wchodziło w grę. Wieczorne wiadomości miały potencjalną sensację. Lanfanka uśmiechnęła się. Już wyobrażała sobie te nagłówki w jutrzejszych gazetach. Uśmiech jednak szybko zniknął z jej ust. Wiedziała, że być może nie będzie jutrzejszych gazet. Ani żadnych innych. Musiała się spieszyć.

"Szybciej!"

W zupełnie przeciwnym niż Lanfanka kierunku zdążał Tenshinhan. Przy całym panującym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi, że opuścił grupę tuż przed wejściem na pokład "Hildegardy". Wiedział, że nie jest już im potrzebny, Pan była bezpieczna, zaś on miał jeszcze jedną osobę, o której musiał pamiętać.

Chaozu.

Sytuacja w której on sam czekał na ewentualną zagładę planety na gotowym do ewakuacji statku kosmicznym, podczas gdy jego najlepszy przyjaciel w zupełnej nieświadomości oczekiwał jego powrotu nie wchodziła dla trójokiego wojownika w grę. Musiał przynajmniej spróbować ocalić także Chaozu.

Przynajmniej spróbować...

– Szach i mat!

Satan podrapał się po głowie, oglądając sytuację na szachownicy ze wszystkich stron. Niestety, niezależnie od kąta patrzenia widoczne było, że przegrał. Spojrzał spod oka na swego przeciwnika.

– No to może gramy do sześciu zwycięstw z jedenastu? – zaproponował.

– Jak chcesz – odparł Kamesennin. – Ale jesteś mi już winien – spojrzał na kartkę – 2197 zeni.

– Dobra, dobra – Satan zgarnął figury i zaczął je ponownie rozstawiać. Zdecydowanie nie czuł się dobrze od kiedy odszedł od sztuk walki. Całe dnie spędzał w Kame House grając z dawnym mistrzem Tenkaichi Budokai w szachy, karty czy co tam jeszcze można wymyślić. W przerwach oglądali w telewizji aerobik, nadal prowadzony przez tę samą, nigdy chyba nie starzejącą się, dziewczynę. Satan obiecał Kamesenninowi, że umówi ją z nim na randkę. Dla niego nie było to problemem, miał duże wpływy i mnóstwo pieniędzy.

Ale mimo to nie czuł się dobrze. Tęsknił za dawnymi czasami kiedy razem z Buu zwyciężał na każdym turnieju. Ile to już minęło? Rok, choć wydawało się, że całą wieczność. Satanowi brakowało różowego grubasa. Brakowało mu też Pan. Miał nadzieję, że jego wnuczce nic nie jest.

Cinna spojrzał na monitor. Odczyty życiowe Garnet i Saladina były stabilne, ale z małą Pan zdecydowanie było coś nie tak. Wyglądało na to, że jej obrażenia były poważniejsze niż to było widoczne z zewnątrz. Ani on, ani nikt inny z Lanfanów nie wiedział co przeszła w walce z Gohanem. Gdyby mieli o tym jakiekolwiek pojęcie na pewno nie zwlekaliby z dostarczeniem jej do kapsuły regeneracyjnej tak długo.

Lanfan nie zdołał wywnioskować nic konkretnego z cyferek na monitorze. Przerwał mu głos dobiegający z interkomu.

– Słyszycie mnie? – Z drugiej strony, zapewne z kabiny pilota, mówił Quina. – Mam coś na radarze. Zbliża się do nas i to szybko.

– Freya? – zapytał Zidane.

– Nie sądzę. Nie ten kierunek.

Cinna zareagował błyskawicznie. Wybiegł z laboratorium i w chwilę był już przy głównym. Zidane dotarł sekundę po nim.

Po chwili dojrzeli zbliżający się czarny kształt. Nie mogło być wątpliwości co to jest.

Bra, klęcząc przy nieprzytomnym Brollym ocierała jego twarz z krwi całkowicie już czerwoną chusteczką. Sama nie wiedziała dlaczego to robi. Może chciała jeszcze zobaczyć twarz swojego ukochanego? A może uważała, że należy mu się chociaż to przed śmiercią?

Bo co do tego, że Brolly umrze nie miała żadnych wątpliwości. Po prostu to czuła. Wiedziała, że jego chwile są już policzone.

Tak jak i jej.

Drgnęła na dźwięk stóp dotykających ziemi. Odłożyła chusteczkę i wstała powoli, obracając się jednocześnie. Czarny, smukły jednooki stwór wpatrywał się w nią beznamiętnie. Po chwili postąpił krok w jej kierunku, a raczej w kierunku Brolly'ego, bo to o niego mu chodziło. Wiedziała to.

– Nie! – rozłożyła ręce zasłaniając w ten sposób Saiyana. – Nie masz prawa! Nie pozwolę ci go dotknąć! Daj mu umrzeć w spokoju!

Stwór przekręcił lekko głowę, jakby ją obserwując. Nagle postąpił krok do przodu, chwytając ją jednocześnie za kark i unieruchamiając w ten sposób głowę. Poczuła jak dotyk parzy jej skórę.

Istota zbliżyła głowę do twarzy Bra. Jej oko zafalowało i rozbłysło tysiącem barw.

Bra znalazła się w zupełnie innym miejscu, w tysiącu innych miejsc jednocześnie. Poczuła wszystko co stwór chciał jej przekazać.

Ból.

Pustka.

Cierpienie.

Zobaczyła zagładę tysięcy światów i usłyszała krzyk przerażenia ich mieszkańców. Miliardów istot uświadamiających sobie własny koniec, przemieniających się w kosmiczny pył za sprawą kaprysu jednego szaleńca.

"Pójdziecie do piekła razem ze mną!"

W jednej chwili Bra zrozumiała naturę stojącej przed nią istoty. To był Cień. Cień miliardów istnień, stworzony z ich rozpaczy i śmierci. Stworzony z tego, co kiedyś istniało.

Martwy.

Bra uświadomiła sobie jaka przyszłość czeka wszechświat... Cieni nie dało się powstrzymać. Zobaczyła miliony tych istot, miliony i miliardy rozprzestrzeniające się po galaktykach jak zaraza, eliminujące wszelkie napotkane życie...

Nie do zatrzymania.

Z oczu półsaiyanki pociekły łzy. Nie potrafiła dłużej znieść mentalnego przekazu, przekraczało to jej siły. Całą resztką swej wolnej woli chciała się wyrwać, ale nie była w stanie choćby drgnąć. Tęczowe oko wpatrywało się w nią bezlitośnie.

– Przestań, proszę... – jęknęła.

Odgłos uderzenia. Nagły wstrząs rzucił Bra na ziemię. Stwór puścił ją i sam poleciał bezwładnie na kilka metrów. Był to skutek ciosu Marcusa. Lanfan uderzył na odlew lewą dłonią, z całej siły. Nie mógł w ten sposób zrobić krzywdy przeciwnikowi, ale mógł go powstrzymać przed zrobieniem krzywdy Bra.

Przynajmniej chwilowo.

– Natychmiast startuj, Quina! – wydarł się do umieszczonego przy głównym włazie do "Hildegardy" interkomu Cinna.

– Co, ale...

– Żadne "ale" do cholery! Startuj bo za chwilę będziemy martwi!

– Dobra, dobra, ale to nie latawiec! Potrzebuję minuty na rozgrzanie silników.

– Trzeba je było, kurwa, rozgrzać wcześniej!

– Chcesz zostawić Freyę? – zapytał ostro Zidane. – Nie dość ci Marcusa i Blanka!?

– Chrzań się, Zidane! – syknął. – Myślisz, że mnie to bawi?! Blank i Marcus to też moi przyjaciele!! Cholera, nie zdążymy!! – dodał, patrząc na zbliżającego się stwora. – Quina, długo jeszcze?!

– Czterdzieści sekund!

Za długo...

Cinna podjął decyzję w mgnieniu oka. W sytuacjach kryzysowych jego umysł pracował kilka razy szybciej. Była to jedna ze zdolności, którą otrzymał od Kaioshina dawno temu.

– Zidane – zaczął. – Nigdy cię nie przeprosiłem, prawda?

– Że co?

– Wiem, że to nic nie zmienia, ale żałuję tamtego dnia bardziej niż czegokolwiek innego – powiedział, unosząc się w powietrze. – Nie musisz mi wybaczać, zrozumiem. Zamknij właz.

Wypowiedziawszy ostatnie słowa ruszył w kierunku jednookiego.

– Cinna!! – krzyknął Zidane. – Odbiło ci?! Gdzie lecisz?!

Nie otrzymał odpowiedzi.

Po kilkunastu sekundach niski Lanfan stanął oko w oko z czarnym stworem.

"Trzydzieści jeden... trzydzieści... dwadzieścia dziewięć..."

– No i co, brzydalu? Chcesz się dostać na ten statek, co? Musisz najpierw przejść po mnie!

Cios w korpus połamał Cinna co najmniej połowę żeber. Lanfan zaczął bezwładnie spadać, ale udało mu się wyhamować. Jego przeciwnik ruszał właśnie w kierunku statku.

– Stój!! – charknął Cinna, wykorzystując całą moc swojego hipnotycznego głosu. Zabrzmiało to raczej żałośnie, a płuca Lanfan eksplodowały bólem. Zadziałało jednak, przynajmniej na tyle, by wróg odwrócił się w jego stronę.

"Jeszcze kilkanaście sekund..."

– To wszystko na co cię stać?! – Cinna wypluł te słowa razem ze strużką krwi, krzywiąc się z bólu. – Żałosne! Uderz mocniej, śmieciu!

Trudno powiedzieć czy stwór zareagował na słowa czy raczej na wibrujący wręcz od mocy głos Lanfana. Tak czy inaczej odwrócił się od statku i rzucił na niego, uderzając lewym sierpowym, gruchocząc przy tym kość policzkową Cinna.

– Tak lepiej – syknął Lanfan, przezwyciężając istne tornado ognia w klatce piersiowej – ale musisz się bardziej postarać!

Jednooki odwrócił się, spoglądając w kierunku statku, który wyraźnie szykował się do odlotu.

"Niedoczekanie..."

– Nie! Tutaj! Walcz ze mną, ty popieprzony świrze!! – ostatnie słowa Cinna wykrzyczał czując jednocześnie jak coś w jego płucach pękło, zalewając go falą bólu.

Ale to nie miało już znaczenia. Stwór znów zwrócił się w jego kierunku.

"Wybacz, Blank, nie zapalę ci świeczki..."

"Hildegarda" oderwała się od ziemi.

Cios rzucił Marcusem o jakąś skałę. Lanfan wygrzebał się rzucił na wroga z lewym sierpowym.

Czarny uchylił się i skontrował uderzeniem na odlew łamiąc Lanfanowi nos. Marcus padł, nie miał już nawet siły wstać.

Stwór zacisnął pazurzastą stopę na jego gardle, przecinając skórę ostrymi jak brzytwy szponami.

"To już koniec" – myślał Lanfan. – "Jak takie coś może istnieć? Nie powinno istnieć... Nie powinno..."

Niespodziewanie stwór zwolnił uchwyt i zdjął stopę z szyi Marcusa. Następnie wydał z siebie krótki, ostry gwizd od którego jego przeciwnika dodatkowo rozbolały bębenki.

– Co się... – zaczął Lanfan, wyczuwając coraz wyraźniejsze drgania gruntu.

Po chwili wszystko rozbłysło czerwonym blaskiem.

– Przyspiesz Quina! – krzyknął Baku. – Fala uderzeniowa!

– Widzę, kurde, że fala! Nie jestem ślepy!

"Hildegarda" pruła przez przestrzeń ścigana przez ścianę czerwonego ognia. Wszyscy uświadomili sobie, że gdyby statek wystartował choćby sekundy później, nigdy nie opuściliby atmosfery Ziemi.

A nawet teraz nie było pewne, że dadzą radę...

– Osłona termiczna zaraz padnie! Przyspiesz.

– Dobra! Teraz poznacie prawdziwą moc "Hildegardy"! – Quina wcisnął kilka przycisków na pulpicie. – Wprowadziłem z Piscesem i Capricornem kilka poprawek w napędzie...

– Zamknij się i przyspiesz!

– Złapcie się czegoś – rzucił Quina z uśmiechem psychopaty, wciskając klawisz potwierdzenia.

Przyspieszenie było tak gwałtowne, że mimo doskonałych pochłaniaczy inercyjnych zamontowanych na krążowniku wszyscy obecni na pokładzie zostali dosłownie przyciśnięci do podłogi. Momentalnie "Hildegarda" odskoczyła od podążającej za nią fali uderzeniowej.

Byli bezpieczni. Garstka ocalałych, uciekinierów z planety, na której wielokrotnie ważyły się losy wszechświata.

Cienie zostały pokonane, jednak za ogromną cenę, być może większą niż ktokolwiek sobie wyobrażał. Ziemia została zniszczona, a wraz z nią zginął Dende, ostatni żywy Nameczanin.

Historia Smoczych Kul zakończyła się.

"It's the end of the world as we know it,

I feel fine."

R.E.M. – "It's The End Of The World As We Know It"

 
autor: Vodnique

<- Rozdział CVII

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker