Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Epilog
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Epilog - Jeśli nie możesz go pokonać...
 

Sala rekrutacyjna Umierających Gwiazd była jednym z najbardziej imponujących pomieszczeń na całej planecie. Umieszczona była w oddzielnym budynku kompleksu dowodzenia i była jednym z nielicznych miejsc na Tarey, w których dozwolona była walka. Edge dbał o swoją planetę i wiedział czym może się skończyć starcie istot tak potężnych jak Umierające Gwiazdy.

Sala była ogromna, wewnątrz zmieściłby się niejeden budynek, miała kształt koła o kilkusetmetrowej średnicy. Wysokość sięgała dwustu metrów. Zwykły budynek skonstruowany w ten sposób zawaliłby się pod własnym ciężarem, ale materiały, z których wykonano salę miały nietypowe właściwości. Wszystkie ściany, poza samą podłogą, wyłożone były materią pochłaniającą Ki. Jakikolwiek zabłąkany Ki-blast po prostu wnikał w nie, zamiast eksplodować.

W sumie sala była areną i taką też funkcję pełniła. To tutaj kandydaci do Umierających Gwiazd przechodzili "testy kompetencji", które polegały najczęściej na pojedynku z wyznaczoną przez Edge'a Umierającą Gwiazdą. Którą, to już zależało od potencjału kandydata i od humoru przywódcy.

A tego dnia Edge miał zły humor.

– Zabierzcie go stąd – rozkazał Cathan. Dwaj rybokształtni służący odwlekli nieco zmasakrowane ciało poprzedniego kandydata. Powinien przeżyć, o ile trafi odpowiednio szybko na jakiś oddział intensywnej terapii.

Cinqueda, zeszła z areny zajmując swoje miejsce niedaleko ozdobnego fotela, czy też raczej tronu, zajmowanego przez Edge'a.

Miesiąc temu przywódca Umierających Gwiazd uznał, iż rocznica śmierci Blade'a będzie najlepszym dniem na uzupełnienie braków w szeregach oddziału. Z całej megagalaktyki zjechały zastępy potencjalnych kandydatów, z których Dao, najstarszy z Gwiazd, wstępnie wybrał dwudziestu najlepszych, którzy mieli zostać poddani próbie tutaj, na arenie. Mieli jednak pecha – tego dnia Edge był w złym nastroju. Już dwunastu kandydatów opuściło pomieszczenie w stanie co najmniej ciężkim. Trzeba jednak przyznać, że żaden z nich nie był na poziomie oddziału.

– Następny kandydat – zaczął Dao zaglądając do podręcznego komputera. – Niejaki Payne... Zgłosił się tylko po to, żeby ocalić swoją planetę. Lord zarządzający tamtą częścią galaktyki postanowił całą ludność sprzedać jako niewolników. Ten tu Payne wykończył cały oddział ekspedycyjny, przez co został skazany na śmierć.

Takie sytuacje zdarzały się od czasu do czasu. Różni kosmici widzieli wstąpienie do Umierających Gwiazd jako szansę dla swoich światów, zgnębionych przez jakiegoś kosmicznego tyrana. Miało to sens, ojczysta planeta każdej z Umierających Gwiazd miała zagwarantowane bezpieczeństwo.

– Payne, tak? – zapytał Edge. – Skoro skazano go na śmierć to czemu jest tutaj?

– Nie mogli sobie z nim poradzić, szefie, więc poprosili nas o pomoc. Poleciałem na ochotnika, żeby go wyeliminować, ale uznałem, że może bardziej by się przydał nam, więc powiedziałem mu o rekrutacji i możliwościach jakie ona daje.

Edge spojrzał na Dao uważnie. Obaj posiadali zdolność wyczuwania potencjału drzemiącego w wojownikach. Wiedział, że skoro Dao twierdzi, że ten Payne – czy jak mu tam – może się przydać to znaczy, że zasługiwał na szansę.

Ale Edge miał tego dnia zły humor.

– Payne! – powiedział głośno Dao. – Twoja kolej.

Z grupy coraz bardziej zdenerwowanych wojowników zgromadzonych przed Umierającymi Gwiazdami wystąpił młody mężczyzna o lekko brązowawej skórze i bujnych, zielonych włosach. Ubrany był w lekki, bojowy strój kremowego koloru. W lewe ucho wpięty miał kolczyk. Nie wyglądało, żeby się bał, zawadiacki uśmieszek nie schodził z jego twarzy.

– Co cię tak śmieszy? – zapytał Edge, tłumiąc rozdrażnienie.

– Hę? – zdziwił się tamten, Edge nie odezwał się do żadnego z dotychczasowych kandydatów. – Nic takiego. Po prostu cieszę się na myśl o walce.

– A może cieszysz się, bo jesteś pewien zwycięstwa?

– To też. Bez urazy dla nich, ale poprzedni kandydaci nie dorastali do mojego poziomu. Jeśli ta laska – wskazał Cinquedę, gdyż to ona "testowała" poprzednich dwunastu pretendentów – chce mnie pokonać będzie musiała się bardziej postarać.

– Ach tak? – Edge spojrzał na Cinquedę. – Słyszałaś? On twierdzi, że jesteś cienka. Chyba sądzi, że używałaś chociaż połowy swojej mocy. – Cinqueda skłoniła lekko głowę, niebieskoskóry olbrzym przeniósł wzrok z powrotem na Payne'a. – Dobrze więc. Skoro jesteś taki pewny siebie dam ci przeciwnika, który będzie dla ciebie stanowił wyzwanie. Clay, pozwolisz?

Dao westchnął. – "Szkoda" – pomyślał, skreślając Payne'a z listy – "a mógł być niezły."

– Zabierzcie go – beznamiętnie powiedział Cathan.

Leżący na podłodze Payne nie przedstawiał już tak ładnego widoku jak dziewięćdziesiąt sekund wcześniej. Jęcząc i plując ściskał, zmasakrowane przez jeden z Ki-blastów Claya, kolano. Już teraz można było stwierdzić, że nie będzie więcej biegał. Ubranie miał nadpalone w wielu miejscach, stracił też kilka zębów i fragment ucha, razem z kolczykiem. Miał złamany nos i kilka żeber.

– Zaczekajcie – powiedział Edge, kiedy dwóch rybowatych sługusów podeszło do Payne'a. – Anuluję jego karę śmierci, pozwólcie mu odejść. A co do jego planety... Zabraniam zmieniać mieszkańców w niewolników. Zabijcie ich, co do jednego. Niech to będzie kara za niedocenianie Umierających Gwiazd.

– Nie – jęknął Payne. – Proszę, tylko nie to...

– Zabierzcie go stąd! – syknął Cathan.

– Zapłacisz mi za to Edge! – krzyczał wynoszony niemal siłą Payne. – Zabiję cię! Na wszystkich bogów przysięgam, że cię zabiję!

– Zarobiłeś sobie kolejnego śmiertelnego wroga – skwitował to Cathan. – Ilu to już przysięgało, że cię zabiją?

– Nigdy nawet nie zacząłem liczyć, ale pamiętam, że ty byłeś pierwszy.

Cathan uśmiechnął się, ukazując przydługie kły.

– To było dawno temu.

– Kto jest kolejnym kandydatem? – zapytał Edge, już w nieco lepszym nastroju.

– Hmm... – Dao rzucił okiem na listę. – To będzie...

Nie dokończył. Nagle na dwa metry przed nim, Edge'em i Cathanem zupełnie znienacka pojawił się jakiś osobnik. Dao z wrażenia cofnął się tak gwałtownie, że aż przewrócił.

Młodzieniec o srebrnych, spiczastych włosach i seledynowych oczach ubrany był w białą kurtkę i spodnie. Na rękach i nogach miał czarne buty i rękawice, a w uszach charakterystyczne kolczyki. Niebieskoskóry od razu rozpoznał je jako Potara. Identyczne widział na Ziemi, a więc ta planeta po raz kolejny dała o sobie znać. W obu dłoniach srebrnowłosy dzierżył miecze.

Edge i Cathan nie zareagowali. Edge nadal siedział na swoim tronie, a jego najsilniejszy podwładny stał obok.

– Kim jesteś? – zapytał przywódca Umierających Gwiazd, taksując przybysza wzrokiem i jednocześnie oceniając jego moc.

Srebrnowłosy wyciągnął w jego kierunku rękę, ostrze miecza stanowiące jej przedłużenie niemal dotknęło twarzy olbrzyma.

– Mam na imię Tenks. Nie znasz mnie, ale ja znam ciebie. Przybyłem, żeby cię zabić.

Edge uśmiechnął się.

– Zapewne dawno temu przysiągłeś, że to zrobisz, nie mylę się?

– Mylisz. Przysięgam teraz. Obiecuję ci, że zginiesz w ciągu kilku chwil.

– Rozumiem... – Edge wstał, gestem powstrzymując resztę Umierających Gwiazd. – Ale przeczysz sam sobie. Twierdzisz, że mnie znasz i jednocześnie, że mnie zabijesz. Coś tu chyba nie tak.

– Nie zgrywaj chojraka, Edge! Nie wiesz z kim masz do czynienia.

– Nie wiem – przyznał olbrzym. – Ale widzę, że chcesz walczyć nie fair. Ja nie jestem uzbrojony.

Tenks pokazał zęby w uśmiechu.

– A to, że ty walczysz dłużej niż ja w ogóle żyję jest fair?

– No tak, tu mnie masz... A więc dobrze, walcz bronią. Mnie wszystko jedno.

– Nie wątpię. No więc dalej, przemień się w drugą formę, kotku, szkoda czasu.

Przywódca Umierających Gwiazd spoważniał.

– Przemieniam się tylko kiedy muszę.

– I uważasz, że nie musisz? Ukrywam swoją Ki, ale wiem że to dla ciebie żaden problem. Skup się, odczytaj moją moc.

– Już to zrobiłem. Fakt, jesteś silny, nawet bardzo, ale nie oznacza to, że muszę się od razu przemieniać – Edge lekceważąco wzruszył ramionami.

Tenks powstrzymał złość, zorientował się, że przeciwnik chce go rozwścieczyć. A skoro tego próbował, nie był pewny zwycięstwa.

– No dobrze, jak chcesz, Edge. W takim razie ja będę walczył bez broni. – Mówiąc to, odłożył miecze. Jesteś gotów?

– Tak! – rzucił Edge, dematerializując się i pojawiając za Tenksem z jednoczesnym kopnięciem z półobrotu. Uderzenie przeszyło widmo. Tenks zjawił się w powietrzu, jakieś dwa metry nad ziemią i zasadził przeciwnikowi potężnego kopa w szczękę. Edge poleciał bezwładnie i rozbił się o ścianę, wybijając płytką dziurę.

Uśmiechnięty półsaiyan podleciał do niego i popatrzył kpiąco.

– Nadal uważasz, że nie musisz się przemieniać?

– Owszem – olbrzym uwolnił się ze ściany. – Ale mam pytanie. Jak dużo o mnie wiesz?

– Bardzo dużo, właściwie wszystko.

– Rozumiem... – Edge rzucił się na Tenksa z prawym sierpowym. Ten ostatni dostrzegł to zupełnie jak ruch w zwolnionym tempie, bez trudu zrobił unik, skontrował kopem kolana w brzuch i poprawił uderzeniem łokcia w plecy. Przywódca Umierających Gwiazd ciężko uderzył w podłogę. Wstał po chwili.

– Coś nie tak z refleksem? – zapytał srebrnowłosy.

– Wiesz skąd pochodzę? – zapytał Edge.

– Co?

– Pytam czy wiesz skąd pochodzę?

– A co za różnica skąd! – syknął Tenks, rzucając się na niego wściekle. – Walcz w końcu na poważnie! – krzyknął, uderzając krótkim, prawym hakiem w szczękę tamtego i doprawiając kopnięciem z lewej w głowę. Edge padł, podniósł się po chwili. Dzięki swej tarczy Ki nie był ranny, Tenks wiedział, że musi go jeszcze trochę poobijać, by zniwelować tę ochronę.

Olbrzym zaczął się śmiać. Tenks znał ten śmiech, słyszał go już jako Gotenks rok temu, kiedy walczył przeciw Edge'owi na Ziemi.

– Powiem ci coś, Tenks – przywódca Umierających Gwiazd spojrzał na niego uważnie. – Gówno o mnie wiesz. Gdybyś miał jakiekolwiek prawdziwe pojęcie o tym kim jestem, nigdy nie wyzwałbyś mnie na pojedynek.

– Zaczynasz mnie wkurwiać! – syknął Tenks. – Wiem jak potężny jesteś, ale to na mnie nie wystarczy! Pokonam cię! Zacznij walczyć na poważnie!

– Na poważnie? – Edge zmrużył oczy. – Dobrze, pokażę ci walkę na poważnie... Pokażę ci cząstkę moich prawdziwych umiejętności.

Tenks cofnął się o krok, przygotowując się do tego, iż Edge przejdzie w swoją drugą formę. Tak się jednak nie stało. Zamiast tego wyciągnął po prostu dłoń w stronę pólsaiyana i wystrzelił w niego ciemnofioletowy, okrągły Ki-blast.

Tenks nie próbował nawet wykonać uniku, po prostu odbił pocisk ręką, a przynajmniej próbował. Eksplozja, która nastąpiła przy zetknięciu się jego dłoni z fioletową kulą rzuciła go z ogromnym impetem na środek sali. Wstał błyskawicznie, z niedowierzaniem spoglądając na spopielony rękaw i poparzoną skórę.

"Co to za technika? Skąd aż taka eksplozja?"

Edge tymczasem nie próżnował, wyskoczył w górę i zasypał podłoże serią mniejszych, fioletowych pocisków. Dość celnie, jednak Tenks nie miał zamiaru oberwać już ani jednym. Wytworzył wokół siebie osłonę, która przyjęła na siebie całą siłę ataku. Drżała przy każdym trafieniu, ale wytrzymała.

Przywódca Umierających Gwiazd uśmiechnął się widząc to i uniósł dłoń. Utworzył na niej okrągły – tym razem czarny – pocisk i rzucił nim w Tenksa. Ki-blast przeniknął przez energetyczną sferę otaczającą półsaiyana i trafił go prosto w mostek, eksplodując potężnie. Tenks na chwilę stracił świadomość, a kiedy ją odzyskał zaczął zwijać się na podłodze. Kaszlał i charczał, nie mogąc złapać oddechu.

– Masz już dość? – usłyszał głos Edge'a.

– HA! – odkrzyknął, wystrzeliwując w to miejsce, dość chaotycznie, jak najsilniejszy możliwy Ki-blast. Eksplozja wywołała kłęby dymu, które po opadnięciu ukazały postać Edge'a otoczoną podobną osłoną jak on sam wcześniej.

– Sukinsyn – mruknął, skacząc w górę i łącząc dłonie przy prawym biodrze. – KA-ME-HA-ME-HAAA!!!

Strumień energii poleciał w kierunku przywódcy Umierających Gwiazd, trafiając go bezpośrednio i eksplodując. Jednakże i tu po opadnięciu dymu i kurzu okazało się, że kulista osłona Edge'a przetrwała.

"Niemożliwe! Jak silne to jest? Nie mogło przetrwać mojej Kamehamehy!"

Edge zlikwidował osłonę i uniósł się w powietrze.

– Czy już widzisz beznadziejność tej walki? – zapytał. – Poddaj się lepiej, to nie ma sensu.

– CRINGING SPHERE!! – wykrzyczał w odpowiedzi Tenks, wyrzucając otwarte dłonie w kierunku przeciwnika. Błyskawicznie Edge'a otoczyła jasnoniebieska, nieprzenikliwa dla materii kula. – Już po tobie, Edge! – półsaiyan zaczął zaciskać pięść, kula zmniejszyła swą średnicę.

– Nieźle – powiedział Edge, kuląc się pod naciskiem ściany sfery. – Naprawdę nieźle... – W tym momencie dotknął wewnętrznej powierzchni kuli dwoma palcami i wysłał w jej stronę lekki impuls Ki. W kuli pojawił się niewielki okrągły otwór, który zaczął się powiększać, jakby spalając jej ściany. Po chwili Cringing Sphere była historią.

– Ale, ale... – Tenks nie wiedział jak zareagować, to przerastało jego pojęcie.

– Ciekawa technika... jak to nazwałeś? CRINGING SPHERE! – Edge powtórzył gest półsaiyana, który ze zdumieniem zauważył, że otacza go ta sama sfera.

– Nie wierzę! Półtora miesiąca opanowywałem tę technikę!

– Widzisz – zaczął Edge, zaciskając jednocześnie powoli pięść. – Ani ty, ani ktokolwiek inny tutaj – nie sprecyzował gdzie jest "tutaj" – nie macie zielonego pojęcia o Ki. Jesteście jak dzieci. Potraficie używać Ki w bardzo ograniczony sposób, nie wykorzystujecie nawet ułamka jej prawdziwych możliwości. Ja nie mam tego problemu.

– Ch... chrzań się... – stęknął Tenks, któremu zaczynało już brakować miejsca i tlenu.

– Dysponujesz ogromną energią, zgadza się. Być może nawet jesteś najsilniejszym z tych, których spotkałem. Walcząc na twój sposób może i dałbym radę pokonać cię po przemianie, po długiej walce... A może nawet bym przegrał, kto wie?

Tenks nie odpowiedział, nie bardzo miał na to powietrze w płucach.

– Hm – Edge mruknął pod nosem i nagle kompletnie rozwarł dłoń. Cringing Sphere zniknęła jakby jej nigdy nie było. Uwolniony srebrnowłosy gwałtownie łapał powietrze.

– Zrozumiałeś, że nie jesteś w stanie mnie pokonać? – Tenks milczał. – Odpowiedz!

– Tak! – półsaiyan rzucił mu wściekłe spojrzenie. – Jesteś niepokonany, to chciałeś usłyszeć?!

– Doskonale... Teraz dam ci wybór. Możemy kontynuować walkę, wtedy zginiesz. Możemy też przerwać, pod jednym warunkiem.

Tenks spojrzał na niego pytająco.

– Przyłączysz się do Umierających Gwiazd.

– Co? Ja?

Edge nie odpowiedział na to do bólu retoryczne pytanie.

– Ale dlaczego?

– Zgadzasz się, czy nie?

Półsaiyan spojrzał niebieskoskóremu olbrzymowi prosto w oczy, jakby próbując odczytać w ten sposób jego motywy. Dostrzegł w jego wzroku coś jakby lekką drwinę, a może raczej... cień złośliwości?

Edge także spojrzał w oczy Tenksa, z nich, dla odmiany, dało się czytać jak z otwartej księgi. Mówiły "jeszcze będziesz żałował, że mnie nie zabiłeś."

Wiedział już jaka będzie odpowiedź.

Koniec.

30 stycznia 2003, godz. 12:23

"When it's over,

Is it really over?"

Sugar Ray – "When It's Over"

 
autor: Vodnique

<- Rozdział CVIII

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker