Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część III » Rozdział LXII
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część III: Nowe oblicza bohaterów
Rozdział LXII - Steiner
 

Ki-blast zmiótł Uubu z miejsca w którym stał. Dopiero w locie czarnoskóremu wojownikowi udało się odepchnąć od pocisku, który rozbił się o półkulistą osłonę rozpostartą nad areną. Tłum zawył z radości.

Ziemianin nie zdołał zrobić uniku, kiedy ogromna pięść Aisa trafiła go w twarz i posłała na ścianę. Zmiennokształtny dopadł Uubu, kilkoma silnymi ciosami dodatkowo wbijając go w mur, który tym razem wgiął się lekko. Changeling zakończył serię odskakując i rzucając w przeciwnika sporą kulą Ki, która eksplodowała potężnie.

Zanim jeszcze dym eksplozji rozwiał się Ais usłyszał zza swoich pleców słowa Uubu:

– No, no, gdybym nie zrobił uniku mogłoby być kiepsko.

Zmiennokształtny wydawał się lekko zaskoczony.

– Jak...

– Jak udało mi się zrobić unik? – uśmiechnął się Uubu. – Widzisz... nie wykorzystałem jeszcze całej swojej mocy. Mogę cię zaskoczyć.

Uubu zacisnął pięści, wokół niego pojawiła się biała aura.

– Powalczyłbym z tobą jeszcze, ale trochę zgłodniałem – powiedział, łącząc dłonie nadgarstkami. – KA-ME-HA-ME-HAAAAA!!!

Strumień Ki poleciał w kierunku Aisa, który krzyknął tylko, nie mając szans go uniknąć. W momencie uderzenia od jego korpusu poodpadały fragmenty pancerza, rozsypując się na wszystkie strony. Kamehameha posłała zmiennokształtnego na osłonę chroniąca publiczność, gdzie nastąpiła jasna eksplozja. Energetyczna sfera zadrżała lekko, ale wytrzymała. Poparzony i osmalony Changeling opadł bezwładnie na podłoże.

Światła przygasły, po chwili dał się słyszeć głos komentatora.

– Widzisz, a jednak poradził sobie – stwierdził kapitan Solve, obserwując na monitorze Uubu kurującego się właśnie w komorze regeneracyjnej. – Zaimponował mi, szczerze mówiąc.

– Ach tak? – zapytał zamyślony doktor.

– Widzę, że mnie nie słuchasz. Nad czym pracujesz?

– Fałszuję losowanie drugiej rundy.

– Hę? Czemu?

– Piccolo znowu kiepsko trafił – wyjaśnił doktor.

– Pechowy gość.

– Nie szkodzi, podmieni się.

– Nie radzę zamieniać już z Uubu. Polubiono go po tamtej walce, może mieć sympatyków, którzy od razu sprawdzą kto jest jego kolejnym przeciwnikiem.

– Wiem, dlatego włamałem się do bazy danych przed ogłoszeniem wyników, zamienię ich zanim wszystko trafi do publicznej wiadomości. Dobra.

– Sprytne.

– No, załatwione. Przeciwnikiem Zaurina będzie teraz Uubu. Nie mogę przegrać.

Piccolo spojrzał na dymiące zwłoki swego przeciwnika, niejakiego Retsecha. Może nie do końca zwłoki, pewnie przeżyje jeśli na czas umieszczą go w komorze. No cóż, ten przynajmniej próbował walczyć, ale mimo wszystko nie stanowił dla Nameczanina poważnego wyzwania. Ciekawe, czy Uubu też tak łatwo przechodził z rundy do rundy?

Uubu o włos uniknął eksplozji czerwonego Ki-blasta, który niemal na pewno rozerwałby go na strzępy. Jego nowy przeciwnik o niebieskiej skórze i pomarańczowych włosach znacznie przerastał mocą tamtego zmiennokształtnego, ale to tym lepiej. Nudno by było zwyciężać bez wysiłku, prawda? Ziemianin skoncentrował Ki i ruszył do kontrataku.

Właz otworzył się, Piccolo wylądował odruchowo. Słusznie, gdyż po chwili zneutralizowano jego Ki. Nienawidził tego. Do celi Nameczanina, bo nigdy nie myślał o tym pomieszczeniu inaczej jak tylko o celi, weszli znani mu już dwaj osobnicy w eskorcie trójki żołnierzy w szaroniebieskich mundurach.

– Zastanawiam się od dłuższego czasu – powiedział powoli. – Czy wy macie za dużo czasu, że bez przerwy tu przyłazicie?

– Pewnie się ucieszysz, dotarłeś do finałów – odparł doktor. – Razem z tobą w turnieju jest już tylko czterech wojowników.

– Czyżby? Po czterech łatwych pojedynkach? – najtrudniejszą walką Piccolo było starcie z czymś co przypominało żabę i opluło go jakąś kleistą mazią.

– Po prostu miałeś szczęście – uśmiechnął się doktor, który pieniędzy miał teraz jak lodu i postanowił rzucić robotę tuż po turnieju. – Teraz jednak skończyło się, wszyscy którzy dotarli tutaj są bardzo silni. Jeśli nie potraktujesz sprawy poważnie, przegrasz.

Piccolo roześmiał się.

– I co z tego? Dlaczego niby miałoby mi zależeć na zwycięstwie?

– Może i turniej cię nie obchodzi, ale czy nie chciałeś rewanżu ze swoim przyjacielem?

– Uubu? Czyli nadal walczy.

– Owszem, może nawet zmierzysz się z nim w następnym pojedynku. Jeśli mam być szczery w takim wypadku stawiałbym raczej na niego.

– Czyżby?

Po chwili obaj "goście" Piccolo wyszli, jego Ki wróciła do normy.

– Komputer – powiedział powoli Nameczanin. – Włącz stukrotnie większą grawitację...

– Naprawdę? Dotarłem do finału? – zapytał Uubu z radością w głosie. – Dzięki! Nie wiecie nawet jak bardzo się cieszę! – uczeń Goku zaczął skakać po całym pomieszczeniu.

– Właśnie widzimy. Na razie odpocznij i przygotuj się psychicznie.

– Mam nadzieję, że tym razem dacie mi jakiegoś poważnego przeciwnika, tamci nie dali mi nawet pokazać moich możliwości.

Kapitan i doktor popatrzyli po sobie nawzajem z zaskoczeniem.

– Żartujesz! – powiedział Solve.

– Nie. Naprawdę chciałbym poważnego przeciwnika.

– Chcesz powiedzieć, że wszyscy ci wojownicy z którymi się zmierzyłeś nie byli dla ciebie odpowiednimi przeciwnikami?

– Świetni z nich wojownicy, jak na ich ograniczone możliwości naprawdę nieźli, ale raczej nie na moim poziomie. Ani razu nie musiałem się naprawdę wysilić żeby wygrać.

Doktor i kapitan szli korytarzem w milczeniu.

– Myślisz, że nie blefował?

– Nie wiem, ale wydawało się, że wierzy w to co mówi.

– Jak silny jest Caulif?

– Silny, ale...

– Nie kończ.

Znowu przez dłuższą chwilę nic nie mówili.

– Nie możemy sobie pozwolić na porażkę Caulifa. Postawiliśmy na niego... w sumie wszystko.

– Wiem.

– Masz jakiś pomysł?

– Chyba tak, posłuchaj...

Reflektor zaświecił Piccolo prosto w oczy.

– Piccolo z planety Namek – powiedział komentator – zielonoskóry wojownik, który dotarł tu dzięki swym niesamowitym umiejętnościom i równie niesamowitemu szczęściu oraz – światła skierowały się na osobnika po drugiej stronie areny – Steiner z planety Yasan! Ten sam kontrowesyjny zawodnik, który z rundy do rundy przechodzi zawsze o włos!

Dalej nastąpiło standardowe przedstawienie organizującego turniej lorda Ulvhedina i "słówko od sponsorów". Potem arena powróciła do standardowego oświetlenia, zaś Ki Nameczanina wróciła do normy.

Piccolo przez dłuższą chwilę czekał, aż jego przeciwnik podejdzie, kiedy jednak nie dostrzegł żadnego ruchu zdecydował sam się do niego zbliżyć. Nameczanin uniósł się w powietrze i w pozycji wyprostowanej zaczął lewitować w kierunku Steinera.

Reprezentant planety Yasan okazał się być zupełnie przeciętnym białowłosym mężczyzną, na oko nie więcej niż dwudziestopięcioletnim. Jego fryzura przypominała czuprynę Gohana w SSJ2, choć była nieco krótsza. Ubrany był w widziany już przez Piccolo czerwony pancerz przypominający saiyańską zbroję. Taki sam strój nosił Blank, którego Nameczanin postanowił zapamiętać do końca życia, gdyż to jego winił za znalezienie się tutaj.

Steiner beztrosko opierał się o bramę przez którą prawdopodobnie wszedł na arenę, ziewał przy tym głośno.

Piccolo wylądował przed nim.

– Nie mów mi tylko, że masz zamiar ze mną walczyć – powiedział Steiner. – Już mi się nie chce.

Piccolo zdziwił się nieco, ale nie dał tego po sobie poznać.

– To jak inaczej chcesz się stąd wydostać? – zapytał.

– W sumie racja, chociaż muszę przyznać, że to mi się nic a nic nie podoba. Wcale nie zgłaszałem się do tego turnieju.

– Ja też nie.

– W takim razie dlaczego mamy ze sobą walczyć?

– Nie wiem. Może nie powinniśmy?

– Słusznie – Steiner odepchnął się lekko od ściany i podszedł do Piccolo. – Jak stąd wyjdziemy?

– Może przez te drzwi – zaproponował Piccolo.

– Dobra. – Steiner obrócił się i strzelił we wrota białawym Ki-blastem, kiedy dym powstały po eksplozji rozwiał się nie było na nich nawet zadrapania. – Do bani – stwierdził Lanfan. – To nie działa.

– Uprasza się zawodników o współpracę z organizatorami turnieju i rozpoczęcie walki – odezwał się głos komentatora. – Inaczej będziecie zmuszeni ponieść konsekwencje.

– Jakie konsekwencje? – zapytał Steiner sam siebie. – Odłączą nam Ki?

– Nie sądzę, ludzie zażądaliby zwrotu pieniędzy za bilety jeśli walka by się nie odbyła.

– Racja. A więc...

– Pewnie walka się odbędzie...

– Na innych zasadach...

Jakby na potwierdzenie tych słów nagle wokół dwóch wojowników zaczęły materializować się jakieś kształty. Chwilę potem otoczeni byli przez piątkę fioletowych Saibaimen, do znudzenia przypominających KSTRK'a i MDGSKR'a z 29-ego Tenkaichi Budokai.

– Znowu oni – syknął Steiner.

– Też ich znasz?

– To przez nich tu jestem, ale tym razem nie dam się zaskoczyć!

Piątka stworków zniknęła, Piccolo i Steiner także. Nameczanin chwycił jednego z Saibaimen za głowę, rzucił nim w powietrze i wystrzelił z ust pocisk Ki, który usmażył stworka. Steiner tymczasem zrobił unik przed ciosem innego i celnym kopniakiem zmiażdżył mu głowę. Dwa kolejne stwory rzuciły się na Piccolo trafiając go celnie w szczękę i korpus. Nameczanin poleciał do tyłu, ale wyhamował potężnym impulsem Ki, sprawiając, że jego płaszcz zafalował, a dwaj napastnicy polecieli do tyłu. Nie zdążyli się już ocknąć, zestrzeleni przez Steinera.

Ostatni Saibaimen wykorzystując chwilę nieuwagi Lanfana dopadł do niego zacisnął na nim żelazny uchwyt. Jego skóra Zaczęła lekko błyszczeć...

Piccolo wiedział co się święci, zielony Saibaimen w ten sam sposób wykończył Yamchę na Ziemi, dawno temu.

– MAKANKOSAPPO!!! – idealnie wycelowany świder Ki odstrzelił fioletowemu stworowi głowę nie drasnąwszy nawet skóry białowłosego wojownika. Bezwładne ciało opadło na podłoże.

– Dzięki, ale co to było?

– Chciał się wysadzić zabijając przy okazji ciebie.

– Aha, tym bardziej dzięki. Wiesz co, jesteś całkiem niezły.

– Nawzajem.

– Ciekawi mnie czy bym z tobą wygrał.

– Chyba nie masz zamiaru teraz ze mną walczyć?

– Nie, ale mimo wszystko.

– Uwaga! – wokół wojowników pojawiło się pięć nowych kształtów. Kiedy zmaterializowały się ostatecznie Steiner i Piccolo wiedzieli już, że tym razem nie pójdzie im łatwo. Ci Saibaimen byli inni, ich odcień skóry można było określić na coś pomiędzy szarym a srebrnym. Najważniejsza była jednak ich Ki, która w porównaniu do ich fioletowych poprzedników była po prostu ogromna.

Czyżby turniej miał nie dotrwać do wielkiego finału?

 
autor: Vodnique

<- Rozdział LXI

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker