Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Księżycowe blizny
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część IV » Rozdział LXXXVIII
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część IV: Koniec
Rozdział LXXXVIII - Motywy
 

Taurus pozwolił Cellowi pozbierać myśli. Postanowił odczekać, samemu wykorzystując przerwę na dokładniejszą analizę własnych obrażeń. Nie były specjalnie poważne. Jak się okazało, jego decyzja była słuszna. Cell ruszył po chwili, nieco mniej zmęczony i pewniejszy siebie, ale jednocześnie dużo mniej skoncentrowany.

Taurus uchylił się przed prawym prostym i odskoczył, unikając zamaszystego kopnięcia, po czym nagle przyspieszył taranując mutanta, uderzając czołem w jego twarz. Poprawił krótką, ale treściwą falą Ki z obu rąk, którą Cell – chcąc nie chcąc – przyjął na korpus. Wkurzony, dymiący lekko twór Gero rzucił się na androida, uderzając go złożonymi w jedną pięść dłońmi w nasadę karku. Cios bardziej ześlizgnął się po pancerzu Taurusa niż go trafił. Cell poprawił kopnięciem z pełnego obrotu, które pchnęło jego przeciwnika bezwładnie w tył. Mutant zniknął, po ułamku sekundy pojawiając się przy nie kontrolującym lotu androidzie i ponownie uderzając złączonymi pięściami, tym razem od góry. Cios przeniknął przez widmo Zanzoken. Taurus zaatakował od tyłu, zamaszystym ciosem wymierzonym w tył głowy przeciwnika, ale i jego pięść przeszyła niematerialną sylwetkę oponenta. Android zdematerializował się błyskawicznie. W samą porę, gdyż przez miejsce, w którym lewitował przed sekundą przeleciał spory, różowy Ki-blast. Przywódca Zeta pojawił się tuż obok mutanta wyprowadzając potężne, zamaszyste kopnięcie, tym razem wycelowane w szczękę przeciwnika.

Masywna noga zgruchotała Cellowi żuchwę, jednocześnie oszałamiając go na chwilę wystarczająco długą, by Taurus uzyskał przewagę, której już miał nie oddać. Android doskoczył do Cella i kilkoma potężnymi ciosami na korpus pozbawił go oddechu. Dokończył potężnym zamachem złożonych pięści. Trafił mutanta w prawy bark, posyłając go na skos w kierunku ziemi. Twór Gero przeleciał zaledwie dwa metry zanim nie został przez przywódcę Zeta odkopnięty w przeciwnym kierunku, Taurus od razu po zadaniu poprzedniego ciosu zdematerializował się i pojawił na torze lotu przeciwnika. Akcja była tak szybka, że wyglądało to niemal jakby na moment się rozdwoił. Potężny android po raz kolejny przeskoczył za przeciwnika i wystrzelił w niego z obu dłoni najsilniejszą jaką potrafił, wściekle żółtą falę energii. Przysmażył przeciwnika przez kilka sekund zanim ten nie wypadł z pola rażenia ataku, nadpalony w wielu miejscach i najwyraźniej poważnie ranny. Przywódca Zeta nie miał jednak zamiaru zostawiać roboty niedokończonej. Zwinął się w salcie i kopniakiem posłał mutanta w jedną z nadmorskich skał, a zaraz potem, zanim jeszcze jego przeciwnik wbił się w nadmorską skałę, w stronę której zmierzał, android rozpoczął ostrzał Renzoku Energy Dan. Klif rozpadł się częściowo od uderzenia Cella i sekundę później, kiedy doleciały do niego pociski po prostu zniknął z powierzchni Ziemi. Seria silnych eksplozji pokryła plażę, rozrzucając fragmenty skał i chmury piachu z plaży. Taurus kontynuował ostrzał jeszcze przez chwilę, kończąc bardzo mocnym akcentem.

– HELL'S FLASH!!! – potężna fala Ki wystrzeliła z obu dłoni androida trafiając nadal spowite dymem miejsce lądowania mutanta.

Eksplozja była niesamowita, na całe szczęście miała miejsce przy powierzchni, więc nie mogła uszkodzić planety. To znaczy, nie mogła jej uszkodzić poważnie, gdyż na mapy ludzie i tak musieli teraz nanieść małe poprawki. W tym miejscu powstała całkiem nowa, przyjemna dla oka, owalna zatoka.

Cella nigdzie nie było widać. Android nie był pewien czy to dobrze. Jego atak był dość silny, by zabić mutanta, o ile jego moc mieściła się w granicach, które oszacował przywódca Zeta. Na to pewności Taurus nie miał żadnej. Czułby się lepiej widząc częściowo zmasakrowanego przeciwnika, którego mógłby dobić.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa Cell był martwy, ale przywódcy oddziału Zeta nie opuszczały złe przeczucia. O ile maszyna może mieć złe przeczucia.

Gohan, dysząc jeszcze ze zmęczenia, opuścił się powoli na dno krateru, który wytworzyła eksplozja jego Kamehamehy. Nie do końca rozumiał co się stało, dlaczego jednak zwyciężył. Czy Son Goten nagle osłabł? Przecież moment wcześniej miał wyraźną przewagę...

Starszy z braci przypuszczał, że już nigdy się tego nie dowie. Jego brat nie mógł przeżyć tego ataku. Ten głupiec zginął.

Goten był martwy, jego brat, młodszy brat, zginął.

Son Gohan jakby dopiero teraz uświadomił sobie ten fakt. Uderzyło to w jego psychikę niczym młot. Dotarło do niego, że przed chwilą zabił własnego brata, małego Son Gotena, którego znał od dnia jego urodzenia. Tego samego Gotena, którego sam nauczył latać. Tego samego, z którym bawił się zanim jeszcze, jako niemowlak Goten wypowiedział pierwsze słowo.

"Gohan."

Łzy same napłynęły do oczu półsaiyana, padł na kolana bezsilnie uderzając pięścią w ziemię. Co się z nim działo? Dlaczego to zrobił? Z przerażeniem uświadomił sobie, że gdyby nie ofiara jego brata jego atak doprowadziłby do zniszczenia całej planety.

Jak nisko mógł upaść? Wykorzystał dokładnie ten sam chwyt co Cell, kiedy pozbawiał życia jego. Zagroził niewinnym, zmuszając Gotena do walki o ich życie.

Gohan zawył nieludzko, uświadamiając sobie dlaczego zwyciężył przed momentem. Goten przyjął cios na siebie.

NIE CHCIAŁ wygrać. NIE CHCIAŁ zabić JEGO, swojego BRATA.

Saiyan uniósł głowę ku niebu, z jego twarzy dało się wyczytać mękę, którą w tym momencie przeżywał. Nagle wyraz jego twarzy trochę się zmienił. Niespodziewanie zawodzenie starszego z synów Goku przerodziło się w śmiech. Przerażający, upiorny śmiech, niczym u szaleńca.

Ten głupiec zginął, bo nie chciał zabić jego... Cóż za ironia... Kompletny idiota.

Półsaiyan roześmiał jeszcze głośniej, zupełnie nie panując już nad sobą.

Resztki ludzkich uczuć, które w sobie miał, były już w ostatnim stadium agonii.

– Son Gohan będzie cierpiał – powiedział twardo Kaioshin. – Będzie cierpiał widząc śmierć swoich najbliższych. Będzie cierpiał widząc jak sam ich zabija. To moja zemsta.

– Zemsta?

– Tak! – syknął przez zęby Kaioshin. – On pierwszy ośmielił się postawić stopę na Kaioshin-sei, chociaż nie miał do tego żadnego prawa! Dotknął naszego świętego miecza i co najgorsze uwolnił stamtąd tamtego przeklętego starucha! – Władca Wschodniej Megagalaktyki uspokoił się nieco zanim wznowił wywód: – Dlatego będzie cierpiał, własnoręcznie zabijając swoich bliskich, jednego po drugim. Będzie zupełnie świadomy tego, co robi, ale nie uda mu się wyrwać spod mojej kontroli – wyjaśnił spokojnie. – Nie jestem jakimś podrzędnym czarnoksiężnikiem jak Babidi czy jego ojciec. Nie da się złamać mojej kontroli nad czyimś umysłem.

– Rozumiem – powiedział Talic. Nie przyznałby tego głośno, ale współpraca z jego przełożonym coraz mniej mu się podobała.

Z centrum, ogromnego krateru dobiegł Son Gohana bardzo słaby, niemal niesłyszalny jęk. Saiyan zaczął iść w tamtą stronę z ogromnym zdziwieniem dostrzegając swojego brata, a raczej to, co z niego zostało. Goten leżał częściowo zakopany w ziemi, która najrywaźniej opadła po eksplozji. Żył jeszcze, ale był już dosłownie na krawędzi. Z jego niegdyś białego stroju zostały zaledwie pokrwawione strzępy, włosy oczywiście powróciły do czarnej barwy.

Starszy z synów Goku popatrzył na poranioną i poparzoną twarz swego najbliższego krewnego. Uśmiechnął się złośliwie, podchodząc jeszcze bliżej.

– No proszę, jakimś cudem jeszcze dychasz – stwierdził lakonicznie. – Tylko pogratulować, trzymasz się życia z zadziwiającym uporem, braciszku.

Goten oczywiście nie odpowiedział, był niemal nieprzytomny, słowa docierały do niego jak przez gruby mur. Ledwo je słyszał, nawet nie wspominając o rozumieniu czy możliwości odpowiedzi.

– Widzę, że nie jesteś w nastroju do wymiany zdań? – Gohan roześmiał się. – Dobrze, będę dobrym starszym bratem i skrócę ci męki. Nie musisz mówić "do zobaczenia."

W dłoni Gohana pojawił się okrągły Ki-blast. Saiyan wycelował go w głowę Son Gotena.

– KIENZAN!!!

Przez ułamek sekundy Gohana ogarnęło uczucie deja vu. Dokładnie w taki sam sposób ktoś przeszkodził Cellowi w dobiciu jego, rok temu. Saiyan jednak nie miał zamiaru dać się pokroić, uskoczył zwinnie przed dyskiem energii i wylądował na podłożu, przyglądając się napastnikowi.

Był to wysoki, potężnie zbudowany Saiyan z charakterystycznie sterczącą do tyłu fryzurą. Ubrany był w biało-niebieski saiyański pancerz w wersji z naramiennikami. Na lewym oku miał czerwony skauter z zieloną szybką.

– Saladin – powiedział domyślnie Gohan. – No, no. Akurat ciebie to się w tym miejscu nie spodziewałem.

Brat Vegety uśmiechnął się podobnie jak to miał w zwyczaju czynić jego brat.

– Wiesz – powiedział, zdejmując skauter i przymocowując go do pasa. – Mam dość roli obserwatora. Najwyższy czas wkroczyć do akcji!

Cell leżał na dnie morza, tuż przy brzegu. Nie czuł się dobrze. Przegrał tę walkę, i to z kretesem. Można powiedzieć, że odniósł podręcznikową porażkę. Zgubiło go wszystko, co tylko mogło go zgubić, zbytnia pewność siebie, nadmierna wiara w swoją przewagę, brak samokontroli i zupełnie bezsensowna brawura. Chciało mu się śmiać.

Ale nie mógł się roześmiać, był pod wodą. Mógł tylko puścić kilka bąbelków, a i to w niewielkim stopniu, bo jego płuca, jak i większość innych narządów wewnętrznych, były w strzępach. Brakowało mu też połowy prawej ręki i większej części obu skrzydeł. Oba odstające na boki płaty na głowie także wyparowały.

Ironia sytuacji dotknęła go podwójnie, kiedy uświadomił sobie, że tak czy inaczej zwycięstwo ma w kieszeni. Co prawda w stanie, w którym teraz się znajdował o żadnej przemianie nie było mowy, ale miał jedną nieuczciwą przewagę, którą mógł teraz wykorzystać.

Wstał powoli, nie wiadomo skąd dobywając Senzu.

Taka mała fasolka... a tak bardzo mogła zmienić przebieg starcia!

Cell nie zastanawiając się dłużej połknął ziarenko. Momentalnie jego ciało ożyło, na nowo wypełniając się energią. Mutant, wykorzystując zdolność wchłoniętego rok wcześniej Buu, zregenerował stracone w wyniku ataku Taurusa części ciała, potrafił sam się regenerować, ale zdolności demona były bardziej naturalne, poza tym nie wymagały użycia dużej Ki, więc mutant mógł pozostać nieodkryty, na czym dość mocno mu zależało.

Mimo iż odzyskał siły, nadal nie był pewien zwycięstwa. Taurus był lekko uszkodzony, ale nie powinno mu to przeszkadzać w walce. Nie był także zmęczony, wyglądało na to, że podobnie jak #17 i #18 dysponował nieograniczoną energią. Cell wiedział, że jest minimalnie mocniejszy, i że musi to wykorzystać, jeśli chce wygrać to starcie. Po chwili wpadł na doskonały pomysł.

Przywódca Zeta wyraźnie wyczuł koncentrację Ki pod powierzchnią, najwyraźniej jego przeciwnik nie był jeszcze martwy. Miał też chyba jeszcze ochotę do walki, gdyż nagle spod powierzchni wystrzeliły dziesiątki i setki niewielkich Ki-blastów. Cell najwyraźniej strzelał na oślep, gdyż Taurus nie miał zbyt dużo kłopotu z omijaniem wiązek pocisków. Nagle Ki na dnie oceanu momentalnie wzrosła, a ułamek sekundy po tym po prostu zniknęła.

Radar energetyczny androida zasygnalizował dużą moc obecną za jego plecami.

Za późno.

Przywódca Zeta nie zdążył wykonać uniku. Kamehameha stworzonego przez doktora Gero mutanta przebiła go na wylot, kompletnie masakrując mu korpus. Mniejsze i większe szare, metalowe fragmenty poleciały na wszystkie strony. Potężna sylwetka Taurusa jeszcze przez chwilę bezwładnie unosiła się w powietrzu, po czym zaczęła coraz szybciej opadać. Chwilę później zniknęła pośród fal, podobnie jak wcześniej ciała Cancera i Virgo. Najpotężniejszy z androidów Zeta na zawsze już zakończył swoje istnienie.

Cell uśmiechnął się z zadowoleniem, atak kosztował go dużo energii, ale był to wysiłek, który się opłacił. Ku jego niezadowoleniu, niedługo mu przyszło w samotności napawać się zwycięstwem.

"Natychmiast teleportuj się na Kaioshin-sei" – usłyszał głos w głowie. – "Twoja misja jest zakończona."

"Trzy androidy pozostały przy życiu" – odparł mutant. – "Szukają kul. Mogę je namierzyć Smoczym Radarem i zniszczyć."

"One nie mają znaczenia. Natychmiast wracaj."

Cell wzruszył ramionami, przyłożył dwa palce do czoła i zniknął.

Czy Saladin naprawdę jest w stanie podjąć walkę z Gohanem?

 
autor: Vodnique

<- Rozdział LXXXVII

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker