Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Księżycowe blizny
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część IV » Rozdział XCII
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część IV: Koniec
Rozdział XCII - Życzenia
 

Talic cierpliwie czekał aż jego przełożony otrząśnie się z transu. Wiedział już że nie warto mu przerywać koncentracji. Lepiej było zaczekać.

Kaioshin otworzył oczy i uśmiechnął się.

– Son Gohan nie żyje – stwierdził.

– Tak? – zapytał Talic.

– Chyba obaj nie doceniliśmy jego córki. Ale to nawet lepiej. Po pierwsze oszczędzi mi to kłopotu zabijania go, a po drugie to dla niego idealny koniec. Cóż za ironia, nawet ja bym tego lepiej nie zaplanował.

– Co teraz? Czy zamierzasz wysłać Brolly'ego i Cella i dokończyć dzieła?

– To by było zbyt proste, Talic. Najpierw zobaczymy czy...

Zdanie władcy Wschodniej Megagalaktyki zostało przerwane nagłym pojawieniem się wysokiego, spiczastouchego osobnika o jasnofioletowej skórze i wściekle zielonych włosach. Ukląkł on na jedno kolano zanim zaczął mówić.

– Kaioshinie, mam złe wieści. Właśnie otrzymałem wiadomość, że... – zamilkł, nie mogąc wykrztusić z siebie słów, bał się reakcji swego przełożonego.

– Mów, mów – zachęcił władca Wschodniej Megagalaktyki. – Domyślam się tych wieści. Moja siedziba na Ziemi została zniszczona, prawda?

Posłaniec nawet nie próbował ukryć zdziwienia.

– T-tak – potwierdził nerwowym skinieniem głowy.

– Poza tym Son Gohan zginął, prawda?

Tym razem wysoki nie zdołał wykrztusić odpowiedzi. Po prostu patrzył na swego przełożonego, kompletnie osłupiały z zaskoczenia.

– Zapamiętaj, chłopcze, wiem o wszystkim co mogłoby wpłynąć na mój plan – chłodno wyjaśnił Kaioshin. – Możesz odejść.

Posłaniec ukłonił się jeszcze i zniknął. Władca Wschodniej Megagalaktyki roześmiał się.

– Co cię tak śmieszy, Kaioshinie? – zapytał zaciekawiony Talic.

– Cinna – odparł krótko czarnowłosy. – Wyjątkowo dużo czasu zajęło mu odnalezienie miejsca pobytu naszych dwóch geniuszy. Dobrze, że w końcu to załatwił.

– Chyba nie rozumiem – wyrwało się potencjalnemu Kaioshinowi zanim zdążył się ugryźć w język.

– To mnie akurat nie dziwi, Talic – chłodno skomentował jego przełożony.

Son Goten czuł jak życie ulatuje z niego niczym powietrze z dziurawego balonu. Próbował jeszcze walczyć z wszechogarniającym go znużeniem, ale z sekundy na sekundę jego starania były coraz bardziej rozpaczliwe. Każdy oddech sprawiał mu coraz większą trudność. Umysł Saiyana pogrążał się w ciemności, rytm jego serca był coraz wolniejszy, powoli milkł...

Cisza, ciemność, chłód. Te trzy odczucia otulały Gotena coraz bardziej. Nie był już w stanie dłużej się im przeciwstawiać.

Jakiś głos... ruch... ktoś go wołał.

Nagły przypływ energii poderwał półsaiyana na nogi, Goten gwałtownie zaczerpnął powietrza, czując się zupełnie jak topielec, który nagle wydostaję się na powierzchnię morza.

Przed sobą ujrzał nietypowy widok. Trzy postacie o szarej skórze, dwóch mężczyzn, w tym jeden o posturze koszykarza, oraz kobieta dorównująca wzrostem niższemu z nich, także dość rosłemu.

Androidy Zeta.

– Gohan! – krzyknął młodszy syn Goku, rozglądając się dookoła. – Pan!! – spojrzał z przerażeniem na skatowaną siostrzenicę, którą miał na rękach android rozpoznany przez Gotena jako Leo. – Saladin! – Brat Vegety leżał obok, na ziemi, zamiast twarzy miał krwawą skorupę zaś brwi i rzęs nie posiadał już wcale. – Co się tu stało? Gdzie jest Gohan?

– Nie spotkaliśmy twojego brata – wyjaśnił spokojnie Sagitarius. – Kiedy tu dotarliśmy ta oto dziewczynka w postaci oozaru niszczyła okolicę. Odcięliśmy jej ogon i kiedy zagrożenie minęło znaleźliśmy jeszcze was dwóch i szczątki kilku naszych.

– Nigdzie nie ma Son Gohana? – przerwał mu Goten. – A gdzie Tenshinhan?

– Nie widzieliśmy ich. Ty żyjesz tylko dlatego, że znaleźliśmy to – android pokazał Gotenowi płaską sakiewkę, która najwyraźniej zawierała niedawno Senzu. – Było tylko jedno ziarno, gdybyś go nie otrzymał już byś nie żył. Rany pozostałej dwójki są poważne, ale nie aż tak.

Goten usiadł z wrażenia. Pan w oozaru? Nigdzie nie było Gohana. Co to mogło oznaczać? Czyżby...

"Goten słyszysz mnie?" – Saiyan usłyszał wewnątrz swojej głowy bardzo znajomy głos.

– Trunks! – krzyknął wstając nagle, czym wywołał zdziwienie na twarzach Androidów Zeta. – To ty?

"Owszem, ja" – głos syna Vegety wcale nie wyrażał radości z ponownej rozmowy z przyjacielem. – Słuchaj, Goten, mam złe wieści. Całkiem niedawno dotarł do nas Tenshinhan."

– Tenshinhan? Czy zginął?

"Tak, ale to mało ważne. Kiedy się tu pojawił zaczęliśmy za pośrednictwem Kaio obserwować sytuację na Ziemi. Widzisz..." – Trunks zaczął wyjaśniać Gotenowi co dokładnie się stało.

Twarz półsaiyana, w miarę jak poznawał prawdę robiła się coraz bardziej blada, kolana ugięły się pod nim. Ciężko oparł się o ziemię, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

– Wszystko w porządku? – zapytał Sagitarius.

– Wasi... wasi przyjaciele – głos Gotena drżał, Saiyan z trudem panował nad sobą. – Androidy są zniszczone. Mój brat, Son Gohan, został unicestwiony... na zawsze. Nawet Smocze Kule nie są już w stanie go ocalić.

Żaden z androidów nie rzekł ani słowa. Mówiąc coś, mogli tylko pogorszyć sytuację.

Son Goten bezsilnie zacisnął pięści. Wszystko o co walczył poszło na marne. Przyjął atak Gohana na siebie, by nie musieć go zabijać, aby ta sytuacja się nie wydarzyła! Tymczasem nie tylko zawiódł, ale naraził przy tym na straszne męki małą Pan. Nie mówiąc już o śmierci Tenshinhana i zniszczeniu androidów. Z całej siły zacisnął powieki, próbując za wszelką cenę powstrzymać napływające mu do oczu łzy.

To po prostu nie mogło się tak skończyć!

Nagle wstał. Nie wierzył w tę sytuację. To po prostu nie mogła być prawda!

– Musimy zebrać Smocze Kule – powiedział twardo. – Jestem pewien, że jest coś, co da się zrobić!

Androidy posłusznie skinęły głowami. Po chwili siedem Smoczych Kul leżało przed Son Gotenem. Resztki oddziału Zeta nie próżnowały, kiedy wszyscy walczyli z Gohanem, Sagitarius, Gemini i Leo zgromadzili wszystkie kule.

Goten uśmiechnął się blado na ten widok.

– Robicie na mnie wrażenie – powiedział. – Wcale nie macie obowiązku walczyć w obronie Ziemi, a mimo to pomagacie nam, nawet za cenę swojego życia – Goten smutno skinął głową w kierunku pozostałości po zniszczonym przez swego brata Scorpio.

– Zostaliśmy stworzeni po to chronić słabszych – stwierdził poważnie Sagitarius. – Nasze istnienie nie ma żadnego znaczenia, jesteśmy tylko maszynami. Każdy z nas poświęci się bez wahania, jeśli to pozwoli mu ocalić choćby jedną żywą istotę – głos wysokiego androida był wyjątkowo zimny, beznamiętny, zupełnie jakby należał do komputera. Tak też właściwie było. – Nie traktuj nas jak bohaterów. Po prostu tak zostaliśmy zaprogramowani. Każde inne zachowanie byłoby sprzeczne naszej naturze. Jeśli komuś należą się podziękowania, to tylko naszej konstruktorce.

– Rozumiem. Ale to właśnie czyni z was bohaterów.

– Chętnie bym o tym porozmawiał – przerwał mu Sagitarius – ale chyba nie powinniśmy tracić czasu. Nasi i twoi przyjaciele drogo kupili nam możliwość wezwania Boskiego Smoka. Proponuję byś to zrobił póki nasi wrogowie nie reagują.

– Racja – Goten skinął głową. – Przybądź Boski Smoku i spełń nasze życzenia!!

– Kaioshinie – zaczął niepewnie Talic. – Oni właśnie wzywają Shenlonga. Jeśli nie zaatakujemy teraz, za chwilę może już być zbyt późno.

Kaioshin uśmiechnął się tajemniczo.

– Nie doceniasz mnie, Talic. Co ci mówiłem o pokonaniu przeciwnika?

– Dać mu szansę na zwycięstwo, a potem brutalnie go jej pozbawić? – zaryzykował kandydat na Kaioshina.

– To drugie.

– Pozwolić mu myśleć, że zwyciężył, a potem uświadomić mu w jakim jest błędzie?

– Dokładnie.

– Nie rozumiem. Jeśli on wezwą smoka to odtworzą Namek i przywrócą do życia wszystkich, których już udało się nam pozbyć, to nie będzie to złudne zwycięstwo, tylko jak najbardziej prawdziwe.

– Jak już wspomniałem, wyraźnie mnie nie doceniasz – sucho stwierdził Kaioshin. – Naprawdę sądzisz, że nie przygotowałem się na taką sytuację?

Talic nie odpowiedział.

– Tak myślałem. A więc teraz się zamknij i pozwól mi skoncentrować.

– Wypowiedzcie swe życzenia, wiedzcie jednak, że spełnię nie więcej niż trzy – powiedział głębokim basem Boski Smok. Androidy Zeta ustawiły się wokół miejsca zgromadzenia Smoczych Kul, były gotowe na ewentualny atak. Pan i Saladin leżeli nieco dalej. Na razie ich życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.

– Smoku – zaczął Goten. – Czy możesz przywrócić mojego brata, Son Gohana, do życia?

– Nie mogę spełnić tego życzenia – oparł po chwili zastanowienia smok. – Twego brata nie ma już ani pośród żywych ani pośród martwych. Moja władza nie sięga aż tak daleko.

Goten skinął głową, takiej odpowiedzi się właśnie spodziewał.

– Skoro ty nie możesz tego zrobić to chcę poznać jakiś inny sposób na uratowanie Gohana.

– Czy tak brzmi twoje życzenie?

– Tak!

– A więc niech tak się stanie.

Nagle Goten upadł na ziemię, łapiąc się za głowę. Czuł jakby ktoś wbijał mu w mózg tysiące małych szpilek. Od środka. Krzyknął przeciągle, ale ból wcale nie ustąpił, wręcz przeciwnie. Po kilkunastu sekundach odczucie minęło, ale Goten jeszcze przez dłuższy czas nie był w stanie się pozbierać. Wstał niepewnie, głowę miał wypełnioną informacjami, o których istnieniu nigdy by nawet nie śnił. Uczucie było ogłuszające, Saiyan nie mógł nawet poskładać myśli. Słowa Sagitariusa dotarły do niego jakby zza grubego muru:

– Son Goten? Nic ci nie jest?

– Nie, wszystko w porządku – odpowiedział powoli syn Goku.

A więc istniał sposób na uratowanie Gohana! Goten uświadomił sobie, że to nie będzie łatwe. Prawdopodobnie ponad jego siły. Być może nawet ponad sił wszystkich znanych mu wojowników razem wziętych. Ale iskierka nadziei zdecydowanie zabłysła. Saiyan cieszył się, choć nadal w głowie słyszał tylko coś jakby szum oceanu.

Nagle przez zakłócenia ponownie przebił się głos Trunksa.

"Goten, wiem, że wezwaliście już smoka."

– Tak – odparł syn Goku.

"Czy możesz drugim życzeniem wskrzesić mnie, Tenshinhana i Paikuhana?"

– Hmm? Chyba tak, ale...

"Tak będzie najlepiej. Z tego co wiem mój zakichany ojczulek wszystko olał. Trzecim życzeniem odtworzysz Namek i najlepiej by było gdybyś zaraz po tym się tam teleportował, bo znowu ktoś je zniszczy. Ja i Paikuhan zostaniemy na Ziemi, w razie kłopotów poradzimy sobie. Ty na Namek dokończysz dzieła i przywrócisz do życia ofiary walki nad West Capital i zabitych przez Cella"

Coś w rozumowaniu Trunksa nie pasowało Gotenowi do całości układanki, ale stan w którym znajdował się teraz nie sprzyjał analizie faktów.

– Zgoda – odpowiedział. – Smoku, przywróć do życia i przenieś tutaj Trunksa, Paikuhana i Tenshinhana.

– To proste zadanie – Smok błysnął oczami. Kilka sekund później trójka wojowników zmaterializowała się przed Son Gotenem. Tenshinhan nie zdążył się zmienić w ciągu krótkiego czasu jaki minął od jego śmierci. Zielonoskórego Paikuhana Goten widział po raz pierwszy w życiu, ale jego widok nie zdziwił go nawet w połowie tak bardzo jak zupełnie zmieniona aparycja Trunksa.

Syn Vegety i Bulmy miał na sobie czarne spodnie i tego samego koloru koszulę na którą narzuconą miał przykrótką, niebieską kurtkę z logo Capsule Corporation. Obrazu dopełniały żółte, sznurowane buty sięgające nieco powyżej kostek i czarne, skórzane rękawiczki bez palców. Włosy najlepszego z przyjaciół Gotena były nieco dłuższe niż to zapamiętał, sięgały teraz do ramion.

Goten nie mógł tego wiedzieć, ale strój Trunksa niemal do złudzenia przypominał to, co zwykle nosił Trunks z rzeczywistości, do której trafił ze swoim ojcem.

– Trunks! Naprawdę dobrze cię widzieć! Zmieniłeś się – zauważył syn Goku.

– Ty także wyglądasz trochę inaczej niż pamiętam – odparł Trunks z uśmiechem. – Ten pokrwawiony strój.

– Zwykle jest biały. Tenshinhanie, dobrze cię znów widzieć wśród żywych. Paikuhanie, miło cię poznać.

Paikuhan skinął tylko lekko głową nie spuszczając oczu z Boskiego Smoka. Najwyraźniej widok zrobił na nim ogromne wrażenie.

– Ta trójka to androidy Zeta – powiedział Goten wskazując Sagitariusa, Leo i Gemini, zauważywszy zdziwione spojrzenie Trunksa dodał: – Później ci wyjaśnię, to długa historia. Wystarczy, że wiesz, że są po naszej stronie.

Trunks wzruszył ramionami. Nie chciał mówić Gotenowi, że właściwie nie obchodzi go tożsamość tamtej trójki i że jedyne co go w tej chwili interesuje to pojedynek z Vegetą. Oczywiście uratowanie Ziemi także było ważne, ale Trunks był pewien, że w ten czy inny sposób uda się im pokonać wrogów, jak zwykle. Teraz, po roku ciężkiego treningu w Zaświatach nareszcie czuł się silniejszy od ojca. Nareszcie był w stanie udowodnić mu, że także jest prawdziwym wojownikiem i to udowodnić w najbardziej bezpośredni z istniejących sposobów. Rozsmarowując mu twarz podeszwą własnego buta.

– Jakie jest wasze trzecie życzenie? – zapytał Shenlong przerywając rozmyślania fioletowowłosego Saiyana.

– A, tak – zaczął Goten. – No więc, smoku chcę abyś...

Słowa syna Goku przerwała nagła koncentracja Ki tuż obok niego. Zdziwiony Saiyan odwrócił się dokładnie w momencie, w którym silna, szeroka fala Ki przeleciała obok jego głowy.

Nieludzki ryk przeszył powietrze kiedy Shenlong trafiony został potężnym strumieniem energii, w niecałe dwie sekundy smok został rozerwany dosłownie na strzępy.

Goten, Trunks i Tenshinhan z niedowierzaniem patrzyli na demonicznie uśmiechniętego Paikuhana. Dłonie zielonoskórego nadal skierowane były w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą unosiło się wężowate cielsko Shenlonga. Nie było wątpliwości, że to on go zabił.

Dlaczego Paikuhan uśmiercił Boskiego Smoka?

 
autor: Vodnique

<- Rozdział XCI

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker