Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Księżycowe blizny
Klub fana

Dragon Ball

KLUB FANA
-
FANFICE -- VIDEL -- ROZDZIAŁ I
Videl
Rozdział I

       Wszyscy znamy historię Gohana w liceum w Satan City i następujące po tym wydarzenia. Znamy to z perspektywy Gohana, Goku, Vegety i całej starej paczki. A co z Videl? Jak wyglądało jej życie przed i po poznaniu Gohana i reszty? W tym tekście spróbuje to wyjaśnić. Będzie to po prostu zwykły fanfic (jak to się pisze?) Mówię od razu, że używam tu imion z mangi więc Irejza to telewizyjna Ireza, Szarpner – Shapner.

       Satan City. Miasto nazwane tak na cześć mieszkającego w nim Mr. Satana, bohatera, który niby to uratował kiedyś ziemię przed złym Cellem. (Wymoczek to, nie bohater). Była noc. Wszyscy już spali. Prawie wszyscy. W wielkiej willi pośród miasta, na trzecim piętrze, w wschodnim skrzydle świeciło się światło, a w pokoju, przez okna było widać zarys pewnej osoby. Osoby, którą miasto kochało prawie jak samego, wielkiego Satana. Kochali tak jego córkę, Videl.
       Miała ośiemnaście lat i uczęszczała do Liceum Pomarańczowej Gwiazdy, oczywiście pod patronatem Mr. Satana. Była uwielbiana przez tłumy, ale nie przez wzgląd na ojca. Miała w tym swoją zasługę. Słynęła z niewiarygodnej siły i zręczności, a swoje umiejętności wykorzystywała pomagając (jak zwykle bezradnej) policji. Można powiedzieć, że stróże prawa rozleniwili się tak bardzo, że gdyby nie Gohan musiałaby nawet koty z drzewa ściągać. Ale trochę odbiegłem od tematu z tym Gohanem, więc wracamy do głównego wątku. Tak jak mówiłem "nie lubiła złych typków" (cytat), ale to nie wszystko, co można o niej powiedzieć. Była też dziewczyną o niespotykanej urodzie, budzącą strach, gdy była w gniewie i wielką sympatię swoim uśmiechem. Jej duże, bystre, zielone oczy były tak nieskazitelnie czyste jak woda w górskim potoku. Włosy zwykle nosiła upięte w dwa kucyki, przez co wyglądała trochę dziecinnie, co jednak nie zmieniało ogólnego wrażenia. Ta miła, fajna dziewczyna nauczyła się sztuk walki przy ojcu, nie chwaliła się jednak swoimi umiejętnościami, nie zaczepiała innych wiedząc nawet, że ma nad nimi fizyczną i taktyczną przewagę. Zawsze walczyła w ostateczności, a potem znów była tą zwykłą, normalną Videl. Była jednak też nieprzystępna i chociaż wielu facetów się za nią uganiało, nigdy, ale to nigdy chłopaka nie miała i raczej nie paliło się jej by takowego mieć. Zresztą jak rzekł wielki Mr. Satan: "możesz chodzić z chłopakiem tylko silniejszym ode mnie, córeczko. Pamiętaj o tym."
       Pokój Videl wyglądał dość zwyczajnie. Był duży, lecz nie ogromny, jaki to Mr. Satan preferował. Znajdowały się tam 2 szafy na ubrania, wykonane z dębu, ze złotymi klamkami. Były one pełne różnych ubrań, choć Videl prawie zawsze nosiła te same ciuchy: jakiś podkoszulek z krótkim rękawkiem i krótkie spodnie lub rybaczki. Dlatego też wszystkie suknie balowe, spódnice i inne stroje leżały na uboczu. Ubierała je tylko w wypadku jakiejś uroczystości, na które była zapraszana razem z ojcem. Na biurku, również wykonanym z dębu, znajdował się otwarty zeszyt czy coś w tym rodzaju. Była też tam zwykła lampka, ołówki i klika książek. Na przeciwko drzwi stało wielkie łóżko z narzutą koloru złoto-beżowego. Wylegiwały się na nim dwa pluszowe misie, które dostała od swojej nieżyjącej mamy w swoje 7 urodziny. Pokój ten nie różnił się więc niczym szczególnym od pokoju zwykłej nastolatki. Sama Videl siedziała teraz przy biurku, przygryzając ołówek zębami i głowiąc się nad czymś. Nagle wstała, chwyciła niezapisany niczym pamiętnik i perfekcyjnie wrzuciła do kosza znajdującego się po drugiej stronie pokoju.
       – Po co mam pisać pamiętnik? Co mi strzeliło do głowy? Tak jak nie miałabym nic lepszego do roboty. – Zdeprymowana Videl wyłączyła lampkę na biurku, wskoczyła do łóżka i klaśnięciem zgasiła światło. Po chwili już spała.

       Tymczasem w odległej galaktyce... Nie, nie tak! Może: Za górami za lasami... Nie, nie, ŹLE! Pod jednym z banków w Satan City, tunelach kanalizacji miejskiej, trzech zamaskowanych mężczyzn zakładało maski przeciwgazowe. Najniższy z nich montował ładunek wybuchowy.
       – Okey! Musimy się teraz odsunąć.
       – Dobra, zwijamy się za tamten róg. – i wskazał zakręt oddalony o 50 metrów.
       – A jeśli tam są aligatory? Słyszałem, że 10 lat temu rząd wrzucał je do ścieków by pożerały ludzi. – i mówiąc to "Coward" (ang. tchórz), przełknął ślinę
       – Nie bądź babą, nic tam niema – powiedział monter ładunku, który wyraźnie był najinteligentniejszy – zresztą to miasto ma jakieś siedem lat, więc krokodyli tu nie ma na pewno.
       – E... Ale to były chyba aligatory... – zauważył otyły wielkolud o przezwisku "Fat", zajmujący się wcześniej zmieszczeniem swej pucowatej gęby do maski. Trzeba przyznać, że nie udało mu się to całkowicie, gdyż, jak na złość, odskakiwała mu od twarzy, boleśnie raniąc długi nos.
       – Eeeee tam. Krokodyl, aligator, jeden diabeł. – stwierdził "Mister explosion". Udali się więc za rzeczony zakręt, a następnie "Explozja" nacisnął wielki guzior, będący chyba trochę zbyt kiczowaty (ten guzior).
       – No i?
       – Poczekajcie. – Na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech.
       Nagle usłyszeli wielki huk. Dym całkowicie zasłonił im obraz. Na szczęście mieli maski.
       Po chwili byli już na górze, w samym środku banku.
       – Za chwile zaroi się tu od strażników. Musimy się spieszyć!
       – Ej chłopaki, my już tu jesteśmy. – Okrążył ich tłum ludzi, celujący w nich swoimi szcześciostrzałowcami. Lecz na szczęście (nieszczęście?) włamywacze mieli plan awaryjny.
       – Teraz Fat! – Grubas rzucił kilkoma pojemnikami z gazem i już po chwili wszyscy strażnicy byli pogrążeni w błogim śnie.
       – Dobra, dalej! – Cała trójka zaczęła biec w wzdłuż korytarza.
       – Mówiłem żeby najpierw rzucić pojemniki, a dopiero później wejść.
       – Nie przesadzaj, przynajmniej dziś nie pomyliliśmy budynków. Na zawsze zapamiętam ten wstyd, gdy zrobiliśmy włam do "cukierni Charliego" która jest przecznica dalej od banku.
       – No bo kto pozwala Fatowi prowadzić? – zbiegli po schodach i znów widzieli tylko długi korytarz
       – Ej, cicho, próbuję znaleźć sejf – i mówiąc to Fat przejeżdżał palcem po mapie, szukając celu
       – Mówiłem ci, że sejf jest tam – Explozja wskazał tytanowe drzwi – Dobra, odsuńcie się – zaczął montować kolejny ładunek
       – Patrzcie, kamera! Będziemy w telewizji! "Cheese"!
       – Co wy wyrabiacie debile? Nie macie co robić? – Explozja podłączył ostatni kabelek
       – I tak mamy maski, więc nie rozpoznają nas
       – Dobra, dobra, odsuńcie się lepiej. – kolejny wybuch, kolejna wolna droga. Znaleźli się teraz w pomieszczeniu z wielkim sejfem wykonanym z, jak to pisało na budynku banku, "najtwardszego, znanego ludzkości metalu o nazwie 'Satan' "(ale chała, nie?). Eksplozja zaczął łamać szyfr, a Fat i Cowad stanęli na straży. "To będzie trudniejsze niż myślałem" pomyślał Explozja.

       W pokoju Videl coś zapiszczało. Był to jej zegarek. Zadzwonił znowu. Dziewczyna niemrawo usiadła na łóżku. Wyciągnęła rękę i go włączyła.
       – Ta...k? O co chodzi? – Z urządzenia wydobył się głos:
       – Videl, to ty? Jest napad na bank Satana w Central Town! – Dopiero po chwili do Videl doszło co znaczą te słowa.
       – Już lecę! – Videl ubrała się błyskawicznie i biegła korytarzem przed willę. Gdy była przed budynkiem, wyciągnęła kapsułę, ta po chwili zmieniła się w poduszkowiec. Wsiadła do niego i odleciała w stronę dzielnicy Central Town.

       Fat i Cowad pakowali sztaby do toreb, Explozja pobiegł po brykę.
       – Złoto! Złoto! Ha Ha! – Samochód podjechał pod bank – Jestem bogaty! Jestem... Ej, paniusiu, zjeżdżaj z drogi! Co do...? – Nie dokończył, gdyż Videl właśnie kopniakiem wyrzuciła go z samochodu.
       – Nie mów do mnie "paniusiu", dupku.
       – O rzesz ty... – Explozja sięgnął po broń, lecz Videl unieszkodliwiła go kolejnym kopnięciem.

       Fat i Cowad przynieśli 3 torby pełne złota i postawili je koło samochodu. Ktoś siedział w samochodzie, wydawało im się, że to ich wspólnik.
       – Ej, otwórz drzwi. Otwórz!
       – Dobra, ja otworzę. – Cowad rozsunął drzwi, jednak, ku ich zaskoczeniu, zobaczyli tam Explozję skrępowanego linami i zakneblowanego. Gdy ich zobaczył, zaczął pokazywać głową przednie siedzenia.
       – To ty nie jesteś naszym wspólnikiem! – krzyknął Fat do osoby za kierownicą
       – Nie... – Videl wysunęła swoją twarz z cienia – Jestem waszym koszmarem. – Videl błyskawicznie otworzyła drzwi, uderzając Fata w brzuch. Szybko wyskoczyła i przywaliła Cowadowi z łokcia. Następnie na przemian obrywali obaj złodzieje. Kiedy padli, rzuciła w nich dwoma kapsułkami, które zmieniły się w liny i związały ich.
       – Ci przestępcy są coraz żałośni. – Videl otrzepała swoje ubranie i zawiadomiła policję przez radio – Tak, bank Satan w Central Town. Yhm... Dobrze..., Jasne..., Okej, czekam.

       Po paru minutach przyjechało kilkanaście wozów policyjnych. Teren został ogrodzony, a przestępcy zamknięci w transporterze. Paru gapiów wyszło z mieszkań, by zobaczyć co się dzieje.
       – Brawo Videl. Po raz kolejny twoja pomoc okazała się nieoceniona. – Na te słowa dziewczyna zaczerwieniła się. Chciała grzecznie zaprzeczyć, lecz policjant kontynuował i położył rękę na jej ramieniu – A może wyskoczylibyśmy jutro gdzieś? – W jednej chwili z Videl uszły pozytywne uczucia.
       – Nie, dziękuję. – Jednym, zdecydowanym ruchem odrzuciła jego rękę i wsiadła do poduszkowca.

       Poranne promienie słońca padały na łóżko Videl. Czym było później tym światło było dalej, aż w końcu dotarło do twarzy dziewczyny. Powoli zaczęła się budzić. Otworzyła oczy i popatrzyła na zegarek. "Jest dopiero przed siódmą." pomyślała i obróciła się na drugi bok. Zwykle wstawała po szóstej, lecz przez tą nocną eskapadę, zarwała noc. Nie miała najmniejszej ochoty ruszać się z łóżka, choćby się paliło i waliło. Tymczasem w kuchni było małe zamieszanie.
       – Co się dzieje z panienką Videl? Powinna już dawno wstać. – powiedziała sprzątaczka Ziuta, dokładnie sprawdzając czystość talerzy. Ta niska, otyła pięćdziesięciolatka była najwyższa stażem, dlatego lubiła sprawdzać jakość wszystkiego, co zrobiła reszta personelu służącego w willi Mr. Satana.
       – Zapomniałaś? Przecież w nocy ją wzywali. Wróciła dopiero koło trzeciej nad ranem. – Oznajmił wysoki mężczyzna we fraku, podnosząc szklankę soku i kładąc ją na tacy.
       – Aaaa, no tak, bo nasz John to zawsze tak dobrze poinformowany... Hi hi... Sprawdzamy gdzie jest nasza miłość, co nie "Jasieczku"? – Tym "Jasieczkiem" jest oczywiście John. A tą osobą, która się z niego tak ładnie drwi jest Rida, sprzątaczka lubiąca wtykać nos w nie swoje sprawy. Była do tego idealna, gdyż jej niewysoki wzrost i mała waga pozwalała jej podsłuchiwać wszystkich w domu, a i tak nikt jej nie usłyszał. No, i robiła jeszcze świetną kawę. A jeśli chodzi o tę "miłość" to po prostu ten facet się w Videl podkochiwał, lecz szczelnie to ukrywał. Dlatego po tygodniu wiedziało pół miasta ;) Więc teksty tego typu wkurzały go niemiłosiernie, bał się też żeby Videl czasem tego nie usłyszała, gdyż ona o niczym nie wiedziała (Boże, gdzie ona się uchowała). [Fajny rap, nie?]
       – Dałybyście mu spokój. To nie wasza sprawa. – powiedział Bartosz, "Pierwszy kucharz Satan City". Kurcze, kto mu załatwił taki tytuł? Tak czy siak był on najnormalniejszym człowiekiem w tym pomieszczeniu, wyznającym zasadę "Jak nie moje to wypierdalam stąd".
       – Ciii... Mr. Satan idzie!
       – Co? O tej porze? Zawsze śpi do południa!
       – Dobra, poszedł. – Satan zniknął za rogiem i wszedł do jadalni
       – Dlaczego wstał o tej porze? – Zapytała Rida, która oczywiście musiała wiedzieć wszystko. Tymczasem Mistrz Świata uknuł cwany – przynajmniej w jego odczuciu – plan. Tak więc nasz obrońca ludzkości ma zamiar zakraść się do kuchni i podjeść trochę dziczyzny. Będzie przekradał się niczym przyczajony tygrys i ukryty smok (albo na odwrót). Ruszył więc do drzwi jadalni. W pomieszczeniu był wielki stół i z dwadzieścia krzeseł. Na ścianach wisiały licznie obrazy, w większości z facjatą Satana z wielkim pasem Championa. Na końcu pomieszczenia znajdowały się drzwi do kuchni, przez które Satan chciał się dostać do swojej służby. Tak więc jednym susem doskoczył do klamki i pomału ją nacisnął. Na nieszczęście drzwi były nie naoliwione, dlatego skrzyp przedarł się przez całe wschodnie skrzydło. "O kurde!" pomyślał Satan. Miał jednak fuksa, personel nie zareagował. "Są przygłóchawi." Potem niczym Zielony Beret przeciskał się w ciemnych zaułkach szafek z garnkami i rondlami. Czuł jak serce mu wali regularnymi "bam-bam-bam...". Nagle usłyszał szmer. Lecz w jego uszach był to przeraźliwy ryk. Podskoczył z przerażenia i krzycząc jak baba, uderzył głową o garnki wiszące koło szafek. Tym razem nie umknęło to uwadze personelu. John zaczął zbliżać się do ciemnej części kuchni (gdzie znajdował się Satan), zanim szła Ziuta, Bartosz i na końcu Rida. Tymczasem Satan zaczął po cichu błagać o litość tego kogo myślał, że usłyszał. W rzeczywistości była to zwykła mysz, lecz nie psujmy zabawy i nie mówmy na razie tego Satanowi. A przepraszał w te słowa, chowając głowę pod rękami:
       – Och błagam o litość! Jestem tylko marnym robakiem! Nie zdepcz mnie, błagam. Będę już grzeczny, obiecuję! Dam na sierociniec i... na dom samotnej matki i... e... na demokratyczną partię ludową, tylko błagam, nie zabijaj! – po tym zaczął rozglądać się wokoło, lecz nikogo nie zobaczył. Szybko wstał i zaczął krzyczeć:
       – Uciekaj marny psie! I tak MISTER SATAN SKOPIE CI TYŁEK! Widocznie poznałeś moją potęgę i wiesz, że nie masz szans! Ha ha ha! – i w tym momencie dostał patelnią w głowę. Upadł na ziemię i z przerażeniem zaczął znów błagać o przebaczenie:
       – Nie, proszę! Wiesz przecież, że żartowałem! To ty jesteś największym mistrzem! Ja jestem tylko twoim uniżonym sługą. Zrobię wszystko co każesz! Tylko proszę, NIE ZABIJAJ!
       – E... Panie Mr. Satan? – Mistrz Świata Wszechstyli powoli podniósł głowę i zobaczył swoich służących stojących nad nim, jednego z patelnią w rękach. – Co pan tu robi?
       – No właśnie... tego... robiłem podchody i... e... no....– mówił, dalej leżąc skulony na podłodze
       – Czy... czy Pan chciał sprawdzić, czy jesteśmy czujni i wyczujemy zagrożenie? Pan nas sprawdzał? – zapytał John. Pojawiła się iskierka nadziei dla Satana. Błyskawicznie wstał i podpierając ręce na biodrach, zaczął się śmiać. Odchylił też głowę do tyłu, pewnie żeby nikt nie zauważył wielkiego guza na jego potylicy.
       – Oczywiście! Ha ha! Jesteście pracownikami Samego Master Satana Š, Mistrza Świata Wszechstyli Š, Zbawiciela Ziemi Ž, Pogromcy Złego Cella™ – mówiąc to podniósł rękę do góry i pokazał znak Wiktorii (no wiecie, palce w kształcie "V"), a następnie kontynuował – Najlepszego Z Najlepszych™, Najsilniejszego z Najsilniejszych™! Musicie być czujni! Ha ha! – "Wyszło idealnie" pomyślał.
       – O... Och, dziękujemy panu! Teraz będziemy uważać! Pan jest wspaniały! – Powiedziała oczarowana Rida
       – Tym razem wam się udało. Może być z siebie dumni!
       – Pan naprawdę jest Mistrzem Świata! – Krzyknął John
       – Wiem, wiem... Teraz już wasz opuszczam, ale bądźcie czujni! Ha ha! – szybko wybiegł z kuchni i pobiegł do swojego pokoju
       – Ale pajac – Stwierdziła Ziuta -__-'
       Tymczasem w pokoju Satana:
       – Aaaaaauuuuu! Boli!!! Ooooooaaaa!!! Ale te garnki robią teraz twarde! Eeeeeoooo!!!! Jak tak można!!?? Mistrza Świata!!!? Co za dupki!!! – Krzyki te obudziły Videl, gdyż jej pokój znajdował się nad sypialnią Mr. Satana. Powoli zaczęła wstawać. Popatrzyła na zegarek. Była 7:26. Spokojnie wygramoliła się z łóżka i stanęła przed lustrem. Potem chwyciła swoją koszulę nocną i nie spiesząc się zaczęła ją ściągać (Dobra zboki, wytrzyjcie co wytrzeć macie, bo pewnie coś wam pociekło. Nie będzie tu żadnych pornolów wy jedni erotomani). Kiedy już się przebrała, uczesała, umyła zęby i zrobiła poranną gimnastykę, (kurcze, a my, faceci to tylko się w jakieś worki po kartoflach ubieramy i odlewamy się do wiadra) wyszła z pokoju i zbiegła na dół po schodach. O 7:40 weszła do jadalni, gdzie zobaczyła suto zastawiony stół. Były tam jagnięcia, pieczeń, eskalopki cielęce i wiele, wiele innych wysokokalorycznych potraw. Zobaczyła też mały talerzyk, a na nim trzy kromki z dżemem. To właśnie było śniadaniem Videl. Dziewczynę zdziwił taki stół pełen jedzenia. Wiedziała, że prawie wszystko jest dla jej ojca, ale przecież on zawsze wstaje około południa. Nigdzie też nie było Satana. Podeszła do swojego miejsca, miała nadzieję, że z tej perspektywy zobaczy swego ojca. Nigdzie go nie było. W tej chwili do pomieszczenia weszła Rida. Ukłoniła się uprzejmie i już chciała przejść dalej, gdy Videl ją zaczepiła.
       – Rida, nie wiesz gdzie jest mój papa?
       – e... Znaczy się Mr. Satan? Jakieś pół godziny temu był w kuchni, a potem wyszedł.
       – A co papa robił u was? – zapytała grzecznie
       – Ach, po raz kolejny okazał swoją cudowność. Nauczył nas, że powinniśmy być czujni. On jest taki wspaniałomyślny... – Teraz Rida zaczęła się zachwycać jaki to boski jest Satan, ale to możemy sobie opuścić. Videl siadła przy swoim talerzu i ugryzła kawałek kanapki. Po skonsumowaniu wszystkich trzech popiła to jeszcze herbatą i wyszła z jadalni. Pobiegła do pokoju po swój plecak i poszła do szkoły.

       – Tak mamo, jasne!
       – Ale uwaszaj na samoloty Gohanku.
       – No przecież nic mi się nie stanie. Tydzień temu wszystko było okej.
       – No tacz, ale w mieście to musiałeś się bić jak to okradali jubilera.
       – Ale nic mi nie zrobili. Zmieniłem się w Super Saiyanina i poradziłem sobie.
       – Tocz w ten szas wyglądasz jak chuligan.
       – Ale przecież nic się nie stało mamusiu. Wszystko jest świetnie.
       – No dobrze, masz racje Gotenku. No to jusz leć Gohanku. Pa!
       – Pa braciszku! – Gohan wskoczył na obłok Kinto i poleciał w stronę Satan City. Prędkość z jaką się przemieszczał była ogromna. Ale tak naprawdę kim był Gohan, Goten i ich mama? Nie wiecie? To po co to czytacie, niedouki? Na pewno to wsztystko wiecie więc nie będę streszczał historii.
       Gohan wyruszył teraz do Satan City, by załatwić ostatnie formalności związane z zapisaniem się do liceum. Jak już mówiła o tym Chichi, przypadkowo natknął się wczoraj na napad na jubilera. Nie móc przejść koło tego obojętnie, przemienił się w Super Saiyanina i bez trudu udaremnił zamiary złoczyńców. Po czterdziestu minutach przelatywał pod Merched Town, był więc w połowie trasy. Żałował, że nie może polecieć o własnych siłach, lecz wolał, aby nikt nie zobaczył chłopaka lecącego z prędkością 700 km/h. Kiedy w końcu znalazł się na przedmieściach Satan City, zeskoczył z Kinto i spokojnie podreptał do szkoły. Był już niecały kilometr od swojego celu, gdy jak na złość usłyszał krzyk. Szybko wybiegł za zakęt, gdzie zobaczył wystraszonych przechodniów i kabriolet model Fersrarri pędzący po ulicy z czterema napakowanymi gośćmi prujących do ludzi z maszynówek.
       – Co jest z tym miastem? – zapytał Gohan sam siebie. Szybko schował się z powrotem za zakrętem, odłożył torbę i przemienił się w Super Saiyanina. Wskoczył na dach budynku koło którego stał i przeskakując na kolejne zabudowania dogonił samochód. Nie przerywając biegu, wystawił rękę i wystrzelił mały pocisk Ki, który precyzyjnie trafił w pojazd. Kierowca stracił panowanie nad wozem i po kilku zawirowaniach pojazdem, uderzyli w budynek na którym stał Gohan. Wszyscy pasażerowie byli nieprzytomni. Chłopak zeskoczył i przypatrzył się karambolowi.
       – Kurka, chyba przesadziłem. – wyciągnął wszystkich ze samochodu i położył pod ścianą, a ich broń wyrzucił w powietrze i kolejnym atakiem Ki rozwalił w drobny mak. Kiedy zauważył, że ludzie zaczynają się schodzić, szybko wystrzelił w górę i wrócił w miejsce gdzie zostawił torbę. Wracając do poprzedniej postaci, pobiegł szybko do szkoły.

       – Ech, znowu się spóźniłam... – Videl stała koło radiowozu, do którego byli prowadzeni przestępcy.
       Zaczepiła pierwszego z brzegu policjanta i zapytała.
       – Przepraszam, co tu się stało?
       – Aaa, panienka Videl? To znowu ten "Złotowłosy wojownik', wie pani. Ten co tydzień temu odparł atak na jubilera...
       – Ej ty, Novak! Do roboty, nie gadaj! – krzyknął sierżant, pilnujący swoich podwładnych
       – Przepraszam, ale muszę wracać do roboty... – i pobiegł do sierżanta, od którego dostał niezłą ochrzane. "Kto to jest ten złotowłosy?" pomyślała Videl

       Gohan był w sekretariacie liceum Pomarańczowej Gwiazdy. W pomieszczeniu było pełno fotografii Mr. Satana oraz wielgachny plakat z jego autografem. Kobieta przy biurku wykonywała ostatnie czynności związane z zapisaniem się chłopaka do szkoły. Została jeszcze tylko jedna sprawa.
       – Ach, prawie zapomniałam! Czy mógłbyś mi podać swój adres? – Gohan obawiał się tego pytania. No bo co może powiedzieć, gdy mieszka gdzieś ponad 1000 kilometrów stąd.
       – Eee... No tego... To jest mała wioska w sektorze 439.
       – Co?! Przecież to kilkaset kilometrów stąd! Jak chcesz tu się uczyć?! – Teraz jedyną szansą chłopaka było sprytne kłamstwo, lecz kłamanie Gohanowi nie szło najlepiej. Jednak w tym wypadku miał niesamowitą inwencję twórczą, gdyż wymyślił coś naprawdę sensownego.
       – Wie pani, tego... będę wynajmował tu mieszkanie! – "Żeby tylko to kupiła. żeby tylko to kupiła..." myślał
       – Aaa... Jeżeli tak to dobrze. W takim razie jesteś w klasie "A". Lekcje masz od jutra, a tu masz plan zajęć i spis książek. – i podała mu kartkę z logo szkoły
       – Dziękuję – Gohan położył rękę na klamce – w takim razie do widzenia!
       Gohan szedł korytarzem, gdy zadzwonił dzwonek i z klas wyszli uczniowie. Akurat przechodził koło sali biologicznej, gdy zobaczył wychodzącą z niej dziewczynę. Była to Videl. Nie zwrócił jednak na nią jakiej specjalnej uwagi i przeszedł dalej. Chyba nigdy nie spodziewałyby się, że właśnie przeszedł koło swojej przyszłej żony.

       Był ranek. Wczoraj Gohan wykonał już wszystkie czynności związane z zapisaniem się do liceum. Tymczasem pod Satan City Bank podjechała terenówka. Wysiadło z niego pięciu mężczyzn w maskach. Najwyższy z nich wszedł do budynku i wyciągając broń krzyknął:
       – Dobra, ręce do góry, to jest napad!!! – (Ale to oryginalne, nie?) W ten czas do budynku wbiegło kolejnych czterech złodziei. – Nie ruszajcie się, a może przeżyjecie! – Nagle na jednego z bandytów rzucił się ochroniarz. Jednak po chwili na ziemie padło jego nieżywe ciało z kulką kalibru 4,4 mm w sercu.
       – No co jest? Dawać cały szmal jaki macie!!! – krzyknął jeden z nich, celując w kasjerkę, kiedy ta pakowała pieniądze do torby
       – Co ona tak się grzebie? Pogoń ją!!
       – Tak ci spieszno do grobu, paniusiu!? – Po minucie wszystkie pieniądze były już w torbach
       – Podobno to już wszystko!
       – No to spadamy! – krzyknął najwyższy i puścił serię z karabinu w ludzi pod ścianą – Jak tylko tę kasę wydamy, przyjdziemy tu znowu...

       Tymczasem Gohan zbliżał się do miasta. Znów leciał na swojej chmurce Kinto. Miał na sobie specjalną kamizelkę z logo Liceum Pomarańczowej Gwiazdy, które dostawał każdy nowy uczeń. Trochę się denerwował, w końcu to pierwszy dzień, ale był dobrej myśli.
       – To już skraj miasta... Chyba pora "wysiadać"... – i mówiąc to skoczył i zaczął spadać – Na razie, chmurko Kinto! Zobaczymy się po szkole! – kiedy stanął na twardym gruncie, spojrzał na zegarek – Hm... Chyba trochę za wolno lecieliśmy... – Chłopak rozglądnął się wokoło, a kiedy upewnił się, że nikogo nie ma wystartował z olbrzymią prędkością w stronę szkoły. Kiedy przebiegł już z dwa kilometry, nagle się zatrzymał. Zobaczył jak policja próbuje powstrzymać grupę zamaskowanych ludzi, prujących do nich z maszynówek. W około leżało kilka martwych ciał, a wszędzie kule i łuski po nich. Gohan szybko się zorientował, że jako dzieje się to przed bankiem, muszą to być złodzieje.
       – Znowu... ech... nie mam wyjścia... Co za misto... – schował się za budynkiem, odpiął torbę z książkami i schował w krzakach – Muszę się przemienić, żeby nie wydało się kim jestem... – i mówiąc to przemienił się w Super Saiyanina. Skoczył na około sto metrów i znalazł się koło jednego z bandytów. Jednym kopnięciem pozbawił go przytomności.

       Tymczasem Videl gnała już między budynkami w swoim poduszkowcu. Wezwanie dostała chwilę temu, kiedy właśnie przygotowywała się do wyjścia do szkoły. Kiedy znalazła się niedaleko budynku banku, zastała to co widziała już wcześniej. Wszyscy złodzieje pokonani i ogłuszeni. Podeszła bliżej i zaczepiła jakiegoś chłopaka.
       – Tyy... – zaczęła mówić. Chłopak obrócił się, był to Gohan. Zląkł się, miał nadzieje, że nie widziała jak wracał od poprzedniej postaci – Kto ich tak załatwił? Tylko nie mów, że policja. – Gohan gdy to usłyszał, odetchnął z ulgą
       – Y... tego... Znaczy się... Nie widziałem. – Chłopak zrobił krok w tył.
       – Kurcze, a tak się spieszyłam – Videl uderzyła pięścią w otwartą dłoń i zrobiła groźną minę – Kto to mógł zrobić...? – zapytała tak naprawdę samą siebie, gdyż Gohan już zdążył się ulotnić. Za to jej pytanie usłyszał starszy człowiek w garniturze. Odwrócił się i krzyknął:
       – A! To Panna Videl! Ja widziałem – dziewczyna podeszła bliżej – To był ten Złotowłosy Wojownik, no wie pani! – Videl była wyraźnie zaskoczona
       – Złotowłosy Wojownik... Znowu...!
       – Niezwykła prędkość i siła! Potrafił nawet na odległość... jakby siłą woli... przewrócić samochód... – i wskazał na wywróconą terenówkę – A, jeszcze jedno! On chyba też jest z Liceum Pomarańczowej Gwiazdy, tak jak Panna Videl. Miał taką samą tarczę szkolną – i wskazał na tarczę na koszuli Videl
       – Co?! – Videl popatrzyła się na swoją tarczę – Uczeń... Naszej szkoły...?! Nie przypominam sobie... żadnego z pofarbowanymi włosami na blond...

       Po jakimś czasie Videl siedziała już w klasie, a że w sali nie było nauczyciela chciała to wykorzystać. Siadła na blacie i zakładając nogę na nogę zapytała umięśnionego kolegi o blond włosach:
       – Słuchaj Szarpner, może to ty jesteś tym Złotowłosym? – Chłopak odwrócił głowę w stronę dziewczyny a następnie znowu zaczął napawać się dumą z powodu swoich mięśni.
       – Niestety, nie trafiłaś... Codziennie rano trenuję w klubie i nie miałbym czasu na takie bzdety – oznajmił bezuczuciowo
       – Ty, Videl... Czy ten "wojownik" jest silniejszy od twojego taty? – zapytała Irejza, najlepsza koleżanka Videl, o blond włosach i dużych zielonych oczach. Zawsze zazdrościła Videl powodzenia u chłopców (chodź sama miła dość spore) i nie rozumiała jak można odtrącać tak fajnych facetów (takich jak np. Szpaner ;))
       – O czym ty gadasz dziewczyno! – wtrącił się chłopak z piegami z niższego rzędu – Przeczesz jej ojciec to Mister Satan Š, Mistrz Świata Wszechstyli Š, który uratował świat! Nie ma na świecie nikogo silniejszego! – Ciekawe ile dał mu Satan za gadanie takich pierdoł, nie? Tak czy siak, tą radosną rozmowę przerwało wejście do klasy nauczyciela. Stanął przy biurku, położył na nim dziennik i powiedział donośnym głosem:
       – Od dzisiaj będziecie mieli nowego kolegę. Wejdź do środka... – na te słowa do klasy wszedł Gohan. Trzymał w ręku książkę i notatnik. Popatrzył na uczniów i powiedział:
       – Dzień dobry, nazywam się Son Gohan... – przełknął tu ślinę – Miło mi was poznać...
       – Ty, całkiem fajny... Taki typ lubię... – skomentowała Irejza (nie wnikajmy o co jej dokładnie chodziło...). Videl zaintrygował widok tego chłopaka
       – Nazywa się Gohan? Dziwnie... – skomentował piegus z niższego rzędu
       – Jakbym skądś go znała... – powiedziała jakby sama do siebie Videl
       – He he... Jeden rzut oka i widzę, że to zwykły kujon! – rzucił Szarpner, rozprostowując ręce
       – Usiądź gdzieś, gdzie jest wolne miejsce. "Wolne" rozumiesz? – "Nienawidzę gdy obsciskują się pod ławkami..." powiedział, a następnie pomyślał porofesor
       – A... Tak... – Gohan zaczął rozglądać się, nigdzie nie widział wolnego miejsca.
       – Tu jest wolne! – krzyknęła Irejza. Gohan zadowolony udał się w kierunku dziewczyny. Będąc już przy swoim miejscu, położył rzeczy na blacie – Cześć i dzięki!
       – Nie ma za co! Jestem Irejza, a ta za mną to Videl
       – A... – skomentował to krótko Gohan. Gdy lepiej przyglądnął się dziewczynie zauważył, że to ona była rano koło banku.
       – A teraz lepiej usiądź, bo padniesz... To jest córka samego MR. SATANA! (proszę o gromkie brawa;))
       – Co! ...Mister Satana...?!
       – Cha cha, a nie mówiłam, że się zdziwisz?
       – Czyli ty naprawdę... Jesteś córką tego Mr. Satana?
       – Pewnie, że jest! Podziękuj jej bo to dzięki jej ojcu oboje teraz żyjemy... – powiedziała Irejza
       – Już wiem! Ty byłeś rano na ulicy, kiedy aresztowano tych bandziorów, co napadli na bank! – po chwili namysłu powiedziała Videl
       – Yy... Tak...
       – A... To wtedy co pojawił się Złotowłosy Wojownik? – zapytała dziewczyna o blond włosach
       – Kto? Złotowłosy Wojownik? Co to za jeden?
       – Ty tu jesteś nowy, więc masz prawo nie wiedzieć, ale to obrońca sprawiedliwości, który pojawił się już trzy razy w przeciągu dziesięciu dni! – skomentowała Irejza – Ma postawione na sztorc blond włosy i w naszym mieście stał się bardzo sławny. – Gohanowi stanęły włosy z przerażenia "Ona... mówi o mnie...!!! Dwa razy jak byłem załatwić szkołę i dzisiaj! To razem trzy razy..." pomyślał. Videl spojrzała przenikliwym wzrokiem na Gohana.
       – Świadkowie mówili, że nosi tarczę naszego liceum... Że miał białą koszulę, czarną kamizelkę i brązowe spodnie... Dziwnym trafem jesteś tak ubrany... – Videl jeszcze raz zmierzyła chłopaka wzrokiem
       – Ty, rzeczywiście... – po tych słowach Gohan doznał całkowitego szoku i już szukał miejsca gdzie mógłby uciec. Wtem z opresji wybawił go Szarpner
       – He he, gdzie ty masz oczy? Czy on wygląda na "Wojownika"? No i gdzie te blond włosy?
       – Ma rację, hi hi... Wybacz, ale nie wyglądasz na osiłka. – Gohan odetchnął z ulgą, lecz Videl miała wątpliwości "Oczywiście, że nie ma blond włosów, ale... Kiedyś oglądałam kasetę z nagraniem spotkania Papy z Cellem i było tam kilku dziwnych gości, którzy potrafili zmieniać kolor swoich włosów... Tata twierdzi, że to był marny trik, ale... coś mi się zdaje, że jednak coś w tym jest. Muszę to sprawdzić po powrocie do domu..."
       – Y... Jak ci było na imię... Gohan! Dojeżdżasz do szkoły czy wynajmujesz mieszkanie? – zapytała blondynka, robiąc przy tym swoją najsłodszą minkę. "Ona znowu to odwala... Dlaczego mizdrzy się do każdego nowego chłopaka?" pomyślała Videl
       – Dojeżdżam – odparł chłopak
       – A gdzie... Mieszkasz? – "Ona naprawę przechodzi do ofensywy!"
       – To taka mała wioska na wschodzie... sektor 439...
       – COOOO!!! Wschodnia 439...!? Nie bujaj, przecież to tysiąc kilometrów stąd, zgadza się!? – Irejza aż wstała w chwili emocji i bardzo mocno to wykrzyczała, co nie uszło uwadze nauczyciela
       – Ile razy można powtarzać?! Macie się uciszyć do jasnej Anielki! – Irejza szybko schowała głowę za książką, lecz nie przerwała rozmowy
       – Jak ty tu dojeżdżasz? Przecież nawet lecąc jetem to pięć godzin drogi!
       – A...! No... Oczywiście... I dlatego muszę wcześnie wstawać, naprawdę ciężkie życie...! – "Po co ja to powiedziałem?" pomyślał

       Na boisku był już nauczyciel i klasa pierwsza "A", a z nią Videl i Gohan. Zaraz miała zacząć się lekcja WF-u. Głos miał zabrać WF-ista
       – Dzisiaj na WF-ie tak jak w zeszłym tygodniu zagramy w Baseball.
       – Ty, wiesz co to Baseball? – zapytał ironicznie Szarpner Gohana
       – Tak... Znaczy się nie grałem nigdy, ale zasady znam.
       – He he, odlotowy gostek. Typowy chłopek roztropek z prowincji. – po chwili były już ustawione drużyny, Gohan i Videl znaleźli się w tej samej, Szarpner w przeciwnej. Za chwilę zacząć miała się gra
       – Masz bronić na lewej linii, kapujesz – rzuciła twardo Videl
       – A tak, rozumiem – odparł równie krótko, ale dużo weselej Gohan. Po pewnym czasie nastąpiła zmiana i pałkarzem został Szarpner, piłkę rzucić miała Videl. Ona tylko czekała na ten moment. Ktoś krzyknął "Szarpner, pokaż co to znaczy klasa!", ale dziewczyna była pewna siebie
       – He he he... Niedoczekanie Szarpner, nie trafisz... – Powiedziała po cichu. Rzuciła błyskawiczną piłkę, lecz chłopak odbił ją. Wyrzucił kij, pobiegł zaliczyć bazy, był pewien punktu. Lecz ni z tego, ni z owego Gohan wyskoczył na kilkanaście metrów w górę i bez trudu złapał piłkę, a następnie rzucił do bramkarza (czy jak tam się zwie), który z ledwością ją złapał. Gohan spokojnie stanął na ziemi. Tymczasem wszyscy byli w szoku (czyli jak pisała Mirveka: NIEPRAWDOPODOBNIE WIELKIE OCZY I GIGANTYCZNY OPAD SZCZĘKI). "Kurde co to za typ?" pomyślała Videl. Po pewnym czasie Gohan wyszedł jako pałkarz, a rzucać miał Szarpner. Wszędzie rozległy się szepty.
       "Niedobrze, niedobrze... Zbytnio rzucam się w oczy. Nie wolno odbić mi tej piłki..." myślał syn Goku. Tymczasem Szarpner obrał sobie za punkt honoru dowalenie Gohanowi.
       – No wieśniaku, za chwilę pożałujesz tego, że nie dałeś nam zdobyć punktu. Zaraz najesz się strachu... i to ostro – rzekł cicho i dodał w myślach – No to rzucam, jak się nie odsuniesz to po tobie.
       – Hm... Szarpner coś kombinuje... żeby tylko nic mu się nie stało... – powiedziała Videl.
       Chłopak rzucił piłkę prosto w twarz Gohana. Dziewczyna zdążyła tylko krzyknąć "UWAŻAJ!!!", gdyż po chwili w twarz chłopaka walnęła z całym impetem mała, skórzana kulka lecąca z wielką prędkością. Na twarzy miotacza pojawiło się przerażenie
       – Czy on zwariował? Dlaczego się nie odsunął?!!! – tymczasem kulka spadła na ziemię, Gohan spokojnie popatrzył się na nią, a następnie zapytał się WF– isty:
       – Czy to się nazywa "martwa piłka"? – On nic nie odparł i tylko pokiwał głową. Chłopak zadowolony ze zdobycia punktu i że "nie rzuca się w oczy" pobiegł na ławkę i spędził na niej resztę tej lekcji. Tymczasem wszyscy byli w niemałym zdziwieniu i przerażeniu.

       Lekcja chyliła się ku końcowi. W szatni Videl i Irejza zaczęły rozmawiać o Gohanie.
       – No i co o nim myślisz? – zapytała blondynka
       – Czy ja wiem? Jest dość podejrzany... – stwierdziła, patrząc się na Gohana mierzącego czas ścigającym się chłopakom.
       – Ale mi się za to podoba. Jest całkiem miły.
       – Jak dla mnie to coś ukrywa.
       – E... Tak gadasz!
       – No przecież zachowuje się dziwnie! – przez pewien czas obie milczały. Videl czuła się niezręcznie, rozmawiając o Gohanie, sama nie wiedziała czemu.
       – No ale powiedz szczerze, nie lubisz go?
       – On ma taką dziwną naturę, że jego chyba nie można nie lubić... – i tu Videl się zaczerwieniła
       – Oj widzę, że coś tu się kroi...
       – Daj spokój! Wiesz dobrze, że nie interesuje się chłopakami!
       – A powinnaś. Niektóre dziewczyny mówią, że jesteś... no wiesz, "Inna"!
       – Daj spokój! Gadasz zawsze to samo, gdy chcesz bym się z kimś umówiła na randkę!
       – No i chyba powinnam wymyśleć jakąś lepszą podpuchę...
       – Chociaż raz się z tobą zgadzam!

       Było koło godziny trzeciej. Wszystkie lekcje się już skończyły. Ale Videl miała jeszcze jedno zadanie do wykonania. Postanowiła śledzić Gohana. Chłopak wyszedł właśnie główną bramą liceum, ona chowała się za drzewem. Jednak zamiast wsiadać do pojazdu, Gohan podreptał w stronę skraju miasta.
       – Podejrzany i to jak... Skoro ma tak daleko od domu, dlaczego nie wsiada do samochodu albo jeta? – powiedziała do siebie i wychyliła się zza drzewa. Pobiegła za nim, zobaczyła jak ginie za zakrętem. Szybko wychyliła się, lecz ku jej zdziwieniu, nigdzie go nie było!
       – Gdzie on jest? – zaczęła się nerwowo rozglądać w lewo i prawo – Kurde, jak on to zrobił? – Tymczasem Gohan stał na szczycie budynku i z ulgą przyglądał się Videl
       – Ta dziewczyna mnie po prostu szpieguje... Muszę coś z tym zrobić.

       Wieczorem Videl pakowała plecak, lecz nie szło to jej zbytnio, gdyż cały czas myślała o tym Złotowłosym. Usiadła na łóżku odkładając książki.
       – Ciekawe kim jest ten Złotowłosy... Musi być silny, skoro wyprawia takie rzeczy... – dziewczyna zamyśliła się na chwilę – siłą, woli, siłą woli... Zaraz! Walka Papy z Cellem!!! Przecież tam też takie coś było! – Videl wstała i pobiegła do sali projekcyjnej (taką mieli chałupę, że znajdował się tam nawet basen olimpijski). Zeszła na pierwsze piętro i weszła przez rozsuwane drzwi do zaciemnionego pokoju. Przełącznikiem zaświeciła światło i obróciła się w prawo. Zobaczyła ścianę pełną taśm filmowych. Zaczęła przyglądać się półkom, aż natrafiła na kartkę z literą "S", gdzie miała nadzieję znaleźć zapis pojedynku. Zaczęła przewracać taśmy, nie zwracając uwagi na różne cacuszka takie jak "Superman i Batman" czy "Straszny film 2" w których Satan gustował (pomijając różne pornosy, które trzymał pod łóżkiem). W końcu znalazła to czego szukała. Wzięła do ręki taśmę i podeszła do projektora. Kilkoma ruchami założyła ją, a następnie zgasiła światło. Włączyła projektor i usiadła na krześle, lecz dopiero po chwili ukazał się obraz. Taśma miała siedem lat, lecz była w bardzo dobrym stanie z powodu, że prawie nikt jej nigdy nie oglądał. Gorzej było już z jakością nagrania. Najpierw pojawił się jakiś facet z wiadomości czy innych faktów i zapowiedział transmisję. Następnie Videl zobaczyła swojego ojca, lecz o ile młodszego niż teraz. Takiego już go prawie nie pamiętała. Był lepiej umięśniony i miał lepsze afro niż obecnie. Pokazali jak Satan podjeżdża swoją limuzyną. Dalej był mały pokaz z dachówkami.
       – Och papo... – powiedziała Videl, widząc to tanie widowisko. Kiedy pokazali jak Satan wypada za ring nie przeżyła szoku. Wiedziała, że tak było, w końcu już to kiedyś oglądała. Wtenczas ojciec nie pozwolił jej tego przeanalizować, teraz miała okazję. Cofnęła trochę taśmę i popatrzyła jeszcze raz na walkę Satana z Cellem. Nie zauważyła żadnego potknięcia taty mimo, że on tak powtarza.
       – Więc papa wcale się nie potknął... Dlaczego więc wypadł za ring? Czy Cell był taki mocny, żeby to zrobić? – tą chwilę zadumy przerwała jej dalsza cześć kasety. Videl oglądała walkę Goku z Cellem, była pełna podziwu i uznania dla obu tych wojowników, lecz ukrywała to sama przed sobą. Kiedy zobaczyła małego chłopca i usłyszała coś w stylu "uchan" (od pewnego czasu były już zakłócenia) zadziwiła się. "On chyba będzie teraz w moim wieku" pomyślała Videl – "Co robił tam jedenastolatek?" – Po pewnym czasie zobaczyła coś czego szukała. Był to moment gdy Cell wypuszcza swoje dzieci na przyjaciół Goku. Widać tam jak dwóch wojowników zmienia kolor włosów z czarnego i fioletowego na złoty, a same włosy stają się uczesane na sztorc.
       – To oni!!! Ten Złotowłosy Wojownik to musi być jednym z tych co walczyli z Cellem! – Krzyknęła aż z radości. Była jednak zbyt zainteresowana dalszą częścią obrotu spraw by przerwać odtwarzanie. Niestety po chwili obraz znikł i usłyszała, że kamera została zniszczona, z dźwiękiem też było kiepsko. Czekała długie minuty, aż w końcu usłyszała, że Satan uratował świat. Wyłączyła projektor, to co zobaczyła nie zadowalało jej, coś jej tu nie pasowało...
       – Jeżeli Papa pokonał Cella, to się stało z tymi o złotych włosach? – rzekła, zamykając salę projekcyjną – Przecież te kule światła i w ogóle... Tata mówi, że to tylko triki, ale jak oni mieliby te triki wykonywać...? – Videl weszła na trzecie piętro i otworzyła drzwi od swojego pokoju – I w ogóle ten cały Gohan... Jest okropnie dziwny... – siadła na łóżku i wróciła do pakowania książek. Odłożyła je jednak i przez chwilę patrzyła się w podłogę – Ale chyba nawet go trochę lubię...

       Tak oto zakończyłem tę część historii Videl. Wbrew poprzednim obiecankom, wyszła z tego historia Videl i Gohana, ale to i tak MTV (Mnie To Vali, istnieje jeszcze wersja Waly Mnie To). Ten fanfic kosztował mnie sporo czasu, więc postanowiłem opuścić część w której odbywa się turniej i walka z Buu. Następna część będzie o tym, co działo się po jego pokonaniu (i wydaje mi się, że to będzie o wiele dłuższe...).
       W najbliższym czasie napiszę coś o Goku i Kuririnie, więc dalszej części tej historii możecie długo oczekiwać [jakby w ogóle ktoś to czytał i oczekiwał dalszej części :( ]


Rozdział II

       Autor: Szpaner


<- POWRÓT DO DZIAŁU

ROZDZIAŁ I -- VIDEL -- FANFICE
-
KLUB FANA
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker