Najczęściej grywałem w platformówki. Typu Aladyn, Lion King, Superfrog, Rayman, Jazz Jackrabit 2, Prince of Persia.
Najpierw zaczęły powstawać animowane, później aktorskie. Lubicie je? Które najbardziej, a które najmniej?
Czy uważacie, że szkoda, że po "Asteriksie i wikingach" przestały powstawać filmy o Asteriksie animowane w 2D?
W czasach podstawówki dość często grałem ze znajomym, który miał tę grę na konsoli. Ale później, gdy kontakt z nim się urwał, przestałem w to grać. Szkoda, bo lubiłem - bardzo fajna gra.
Na pewno obydwa są ważne, jednak z wyraźnym wskazaniem na psychiczny. Zawsze lubiłem czytać, poszerzać swoją wiedzę, lubiłem też rozwiązywać zagadki itp.
Ogólnie, siłownia to nie moje klimaty - nie lubię zapachu gumy ani potu, hałasu używanego żelastwa, sieczki emitowanej z głośników w takich miejscach ani towarzystwa napakowanych kolesi. Poza tym, od ćwiczeń oporowych, kalisteniki, zawsze wolałem trening wytrzymałościowy.
Lubię pływać, choć pływam nieregularnie i raczej okazjonalnie.
Pamiętam, że kiedyś, gdy akurat woda w Zatoce Gdańskiej była ciepła, to pływałem non stop przez jakieś cztery godziny.
Regularnie spaceruję, a wiosną, latem i wczesną jesienią regularnie jeżdżę na rowerze (ogólnie rower to mój główny środek transportu, przynajmniej do poruszania się po mieście), poza tym czasem pływam. Nieraz zdarzyło mi się przejechać na rowerze 70 czy 80 km w ciągu dnia, a mój rekord pieszo w jeden dzień to 24 km ze zmierzonych odległości (nie licząc wypraw w Wysokie Tatry po słowackiej stronie, gdzie jest to o wiele trudniej określić). Korzystam ze schodów niemal za każdym razem - a już na pewno wtedy, gdy mam do pokonania nie więcej niż sześć pięter (czasem i na dziesiąte piętro wchodzę po schodach). Nie jestem jakiś mocno wysportowany, ale kondycję mam chyba niezłą. Choć nigdy nie lubiłem gier zespołowych, a w rzucaniu i skokach zawsze byłem beznadziejny.
Przez kilka lat trenowałem ju-jitsu z elementami karate kyokushin. Ale to było jeszcze w czasach szkolnych. Dawno.
Ogólnie to im później, tym większej ilości lektur nie lubiłem. Tych z podstawówki w większości nie zapamiętałem, ogólnie nie robiły ani pozytywnego, ani negatywnego wrażenia (z wyjątkiem nudnego i męczącego "W pustyni i w puszczy", z którego, jak na ironię, w 1973 zrobiono naprawdę ciekawą i wciągającą adaptację filmową, przynajmniej jak dla mnie - ogólnie, nudne były dzieła Sienkiewicza, a także Konopnickiej). Podobnie z większością lektur z gimnazjum. Za to z liceum nie lubiłem bodaj żadnej lektury poza "Makbetem", "Moralnością pani Dulskiej" i "Tangiem".
Aleksandr Suworow - stoczył ponad 60 bitew, żadnej nie przegrał, był jednym z twórców potęgi Imperium Rosyjskiego.
Iwan Sirko - kozacki ataman Siczy Zaporoskiej, który brał udział w wielu kampaniach, nie przegrał żadnej bitwy.
Jan Žižka - przywódca i strateg husytów, nie przegrał żadnej bitwy.
Konstanty Rokossowski - główny architekt sowieckiego zwycięstwa pod Moskwą w 1941/1942 i pod Stalingradem 1942-1943, później odegrał znaczącą rolę m.in. w bitwie pod Kurskiem, w bitwie o Mińsk i w walkach o Trójmiasto.
Stanisław Maczek - jako dowódca brygady pancernej i dywizji pancernej w kampanii wrześniowej, kampanii francuskiej i w Europie Zachodniej nie przegrał żadnej bitwy.
Heihachirō Tōgō - admirał, który wbrew przewidywaniom przywódców państw zachodnich zadał klęskę Rosji.
Poza tym, wymienieni już Aleksander Wielki, Epaminondas, Scypion Afrykański i Napoleon.
W sumie to szkoda, że w polskiej telewizji emitowane są najczęściej te same oklepane świąteczne filmy, a nie ma w niej innych świątecznych klasyków jak "Prezent pod choinkę" czy "To wspaniałe życie", które w Polsce są mniej znane, choć niesłusznie.
Na przemian Firexofa i Chrome. Sam nie wiem, której częściej.
Wolę oglądać Nostalgię Critica, a z polskich recenzentów: Ichaboda (Łukasza Stelmacha), Sfilmowanych, Elvizję, Gotri'ego, Imaginarium, Adacha (czy Adacho się właśnie tak odmienia?), Miedzińskiego, a nawet Mietczyńskiego. Dwaj ostatni przynajmniej czasem są zabawni.
Pierwsza część - spoko. Powiedziałbym, że 7/10. Najbardziej podobała mi się scena w jaskini Golluma. Choć niepotrzebne wciskanie wątków z innych dzieł Tolkiena, np. wątku Radagasta czy Azoga, jest sporą wadą tej adaptacji.
Druga część - 5/10. Zbyt dużo mocno naciąganych scen, np. sceny z beczkami i skaczącym Legolasem. Dialog o zawartości spodni - zupełnie niepasujący do tonu filmu i wciśnięty na siłę. Co to ma wspólnego ze światem wykreowanym przez Tolkiena? Chyba główna zaleta to postać Smauga. Robi wrażenie.
Trzecia część - 3/10. Naciągane na maksa. Ilość absurdalnie stosowanego, sztucznie wyglądającego CGI - masakra. Alfrid i wszystko, co się z nim wiąże - jedno wielkie okropieństwo.
Poza tym, "Hobbit" tyle razy próbuje udawać, że jest "Władcą Pierścieni", choć nim nie jest.
Ogólnie, mogli zrobić z tego jeden film będący wierną adaptacją samego "Hobbita" i nie robić tych wymuszonych, ekspozycyjnych nawiązań do Władcy. A to, czym jest filmowy "Hobbit", uznaję za rozczarowanie. Tylko pierwsza część trzyma poziom.
Na dwóch pierwszych częściach byłem w kinie, a na trzecią już nie miałem ochoty po rozczarowaniu dwójką.
Shounen napisał(a):Dla mnie, mimo wszystko, większą były sowieckie Gułagi, o których się prawie nie mówi.
Jak to się nie mówi? A omawianie w szkołach jako lektury "Innego świata" Herlinga-Grudzińskiego? A wydarzenia wspominające i upamiętniające setki tysięcy Polaków wywiezionych przez NKWD na Syberię i do Kazachstanu w 1940-1941?
"Archipelag Gułag" to również dzieło znane w Polsce i nie tylko.
Nawiasem mówiąc, to słowo Gułag ma tylko liczbę pojedynczą - jest skrótem od Gławnoje Uprawlenije Łagierow, czyli Główny Zarząd Obozów. Czyli od pionu w centrali NKWD zarządzającego obozami pracy przymusowej.
Niemcy mieli zarówno obozy koncentracyjne - czyli obozy pracy przymusowej, jak i obozy zagłady. Sowieci mieli "tylko" obozy pracy przymusowej. Choć w sowieckich łagrach śmiertelność była bodaj wyższa niż w niemieckich obozach koncentracyjnych.
Shounen napisał(a):nam i tak więcej "szkód" wyrządzili sowieci.
Skąd to stwierdzenie? Liczba polskich ofiar hitlerowskiej okupacji 1939-1945 to sześć milionów polskich obywateli, w tym około trzy miliony Polaków i trzy miliony polskich Żydów, zaś liczba polskich ofiar sowieckiej okupacji wschodnich ziem Polski 1939-1941 oraz późniejszych represji, wywózek itd. to kilkaset tysięcy Polaków.
Hitler chciał całkowicie zniszczyć Polskę i to mu się udało - powstała po wojnie Polska była już całkiem innym państwem, z innymi granicami, innym składem etnicznym itd.
Stalin niszczył przede wszystkim własne społeczeństwo, czyli obywateli Związku Sowieckiego. A Hitler niszczył przede wszystkim wrogów zewnętrznych, niebędących obywatelami III Rzeszy.
Wiele zapożyczeń wzięło się z braku dobrych rodzimych odpowiedników - i to jest naturalny i nieunikniony proces w języku. Gdy zmienia się otoczenie, otaczająca nas rzeczywistość, przybywa coraz to kolejnych jej składników i elementów, przybywa też nazw - czasem powstają dobre rodzime odpowiedniki, czasem nie.
Osobiście używam zapożyczeń przede wszystkim tam, gdzie nie ma dobrych rodzimych odpowiedników. Natomiast nie widzę powodu ani potrzeby używać ich tam, gdzie rodzime odpowiedniki są. A nadużywanie zapożyczeń uważam za snobizm albo nadęcie lub jedno i drugie naraz - zależy, jakie to zapożyczenia. Np. nadużywanie zapożyczeń z łaciny i francuskiego to dla mnie nadęcie. Większość zapożyczeń z łaciny i francuskiego jest dość stara, więc używający ich pewnie chce się popisać znajomością starych i dostojnie brzmiących (dla niego) słów.
Za to nadużywanie anglicyzmów kojarzy mi się z dzieciakami, które za dużo czasu spędzają w internecie i w świecie elektroniki, a za mało w książkach i ogólnie za mało obcują z kulturą skierowaną do wymagających odbiorców.
paint napisał(a):"Wodospad" również nie jest polskim słowem
??? Jak to nie jest? Jest połączeniem słów woda i spadać, czyli jak najbardziej polskich słów.
Wiem, że w polszczyźnie część słów powstało jako kalki z innych języków, zwłaszcza niemieckiego, czyli jako dosłowne tłumaczenie niemieckich słów i ich składników (gdy mowa o dwuskładnikowych niemieckich słowach), i że w taki sposób powstały słowa "czasopismo", "parowóz" itd. Czy mówisz, że z "wodospadem" było tak samo?
Na samym początku lubiłem chemię, zafascynowała mnie, gdy była w pełni chemią opisową, gdy była mowa o właściwościach poszczególnych pierwiastków, związków i substancji. To było naprawdę ciekawe. Jednak gdy tylko do chemii wkroczyła stechiometria, z jej wzorami, zapisami cyfrowymi itd., to mój stosunek do chemii zmienił się o 180 stopni, i ją znienawidziłem. I to się już nie zmieniło aż do końca mojej szkolnej przygody z chemią.
W podstawówce najbardziej lubiłem biologię, a w gimnazjum i liceum historię. Przy czym w gimnazjum na równi z historią również język polski.
Dai Kaiosama napisał(a):jeśli uznasz Big Bang za początek wszechświata, to nie możesz zakładać istnienia przed Wielkim Wybuchem... Niebyt, czyli totalny brak jakiejkolwiek rzeczywistości czasoprzestrzennej z dającymi się opisac cechami fizycznymi lub chemicznymi
Jeśli mowa o naszym, obserwowalnym wszechświecie, to tak. Jednak co, jeśli nasz wszechświat jest tylko jednym z nieskończenie wielu?
Mówi się, że czas i przestrzeń są ze sobą nierozerwalnie związane i że przed powstaniem materii i przestrzeni nie było czasu - tylko, przed wielkim wybuchem musiało istnieć coś bardziej pierwotnego niż czas. Coś niezależnego od grawitacji, materii i przestrzeni, na co jeszcze nie ma określenia, nazwy. Ogólnie, samo myślenie o tym potrafi przyprawić o zwarcie styków.
Bardzo możliwe, że okresu, gdy nie istniało zupełnie nic, w tym bezmasowe cząstki elementarne jak gluony, fermiony Weyla i fotony, po prostu nie było - i że jakieś cząstki elementarne istniały zawsze. Jednak skąd się wzięły, w jaki sposób zaistniały - tego już najtęższe umysły nie potrafią rozgryźć. Ani opisać rzeczywistości złożonej z samych takich cząstek. Przynajmniej na razie.
Czytałem o niej w sam już nie wiem ilu książkach, np. trzecim wydaniu "Polski Walczącej" Jerzego Ślaskiego z 1999, "Kronice Polski" z 2000 i wydanej w 1982 w Londynie publikacji "Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów".
Czytałem też "Poczet katów katyńskich" Nikity Pietrowa i "Obcy element" Olega Zakirowa.
Nieraz zastanawiałem się, jak to możliwe, że polscy jeńcy osadzeni w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku nie próbowali masowo uciekać i nie spodziewali się, co ich czeka, nie przewidywali swojego losu. Czy oni naprawdę nie wiedzieli, że ich życie nie ma dla Sowietów żadnej wartości, a co więcej - że ma dla nich wręcz ujemną wartość, bo są dla nich wrogiem ludu i wrogiem klasowym? Więc że dla Sowietów, im więcej tych wrogów ludu zostanie zgładzonych, tym lepiej? Zwłaszcza że przed decyzją Stalina o zabiciu jeńców z 5 marca 1940 rozmowy z polskimi jeńcami przeprowadzał oficer NKWD Wasilij Zarubin, wypytując ich o poglądy polityczne itd. I to on doszedł do wniosku o nieprzydatności tych jeńców, co przypieczętowało ich los. Dlaczego ci oficerowie nie kłamali mu w żywe oczy, dlaczego nie udawali, że są skorzy do współpracy? Właśnie po to, żeby zostać uznanymi za przydatnych i zyskać na czasie, a później, po nastaniu sprzyjających okoliczności, zwiać i zerwać się Sowietom z postronka?
Dlaczego nie było masowego buntu polskich jeńców przed tą zbrodnią?
Czy w II RP polski wywiad był naprawdę tak skrajnie beznadziejny, że w Wojsku Polskim nikt nie wiedział, jaki system wartości ma największy sąsiad Polski, z którym to sąsiadem Polska w 1919-1920 toczyła wojnę? Choć wtedy oficjalna nazwa tego państwa była inna - Rosyjska FSRR, a nie ZSRR (zmiana nazwy w 1922).
Patrząc na to, trudno nie uznać II RP za państwo z kartonu.
A Rosja niestety kłamała, kłamie i kłamać będzie.
Powered by phpBB
Copyright © 2001-2026 DB Nao