Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Księżycowe blizny
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część IV » Rozdział CI
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część IV: Koniec
Rozdział CI - Wymuszone jeden na jednego
 

Vegeta nabrał prędkości szarżując wprost na czarnego, który równie szybko leciał w jego kierunku. Gdyby w tym momencie się starli z pewnością zadrżałaby cała okolica. Książę wiedział jednak, że zderzenie byłoby bardziej bolesne dla niego niż jego przeciwnika, więc poszedł na sposób. Jednooki przeszył widmo Saiyana i nie natrafiając na spodziewany opór poleciał do przodu bezwładnie. Zatrzymał się nagle, można by powiedzieć "impulsem Ki", gdyby nie to że żadnego impulsu nie było. Odwrócił i w tym momencie oberwał od Vegety, który zrobił w powietrzu ślizg, trafiając obiema stopami w bok głowy stwora i sprawiając, że ten poleciał w przeciwnym kierunku. Eks-książę przeskoczył na drugą stronę przeciwnika i uderzył na odlew. Następnie zacisnął pięści i koncentrując moc do granic możliwości, zaczął obijać czarnego silnymi, dynamicznymi ciosami, nie dając mu nawet ułamka sekundy czasu na reakcję.

Jednooki jednak pokazał, że nie wolno go w żadnym wypadku lekceważyć. Jakimś cudem znalazł w pewnym momencie lukę w serii prostych i sierpowych księcia, i zdołał wykonać kontrę. Jego cios trafił w podbródek Saiyana, wytrącając go z rytmu. Stwór poprawił potężnym ciosem tuż pod żebra, a potem uderzył w kark, otwartą dłonią. Vegeta poleciał w dół, wydawało się, że nie zdoła wyhamować, było to jednak mylne wrażenie. Zatrzymał się impulsem Ki, a drugim ruszył z powrotem w kierunku wroga, który także już zmierzał w jego kierunku. Książę powtórzył sztuczkę z Zanzoken, czarny ponownie przeniknął przez jego postać, tym razem jednak zatrzymując się niemal od razu. Kopnął na oślep w prawo, trafiając atakującego właśnie Saiyana w klatkę piersiową, przyhamowując go tym w miejscu, po czym poprawił ciosem wierzchu prawej dłoni w prawy bok głowy. Vegeta poleciał na skos w górę, boleśnie uświadamiając sobie, że jego przeciwnik właśnie zaczął używać do walki także nóg. Poza tym najwyraźniej w jakiś sposób rozpracował Zanzoken. Książę wyhamował i przyjął na blok kolejny, zadany z rozpędu cios czarnego. Zabolało go od tego przedramię, dołączając do długiej już listy bolących go części ciała: policzka, w który oberwał na początku, dłoni, którą chwycił jednookiego za nadgarstek, żeber, obitych serią ciosów tamtego oraz klatki piersiowej, skaleczonej krótkimi, acz ostrymi pazurami stopy stwora.

Zdecydowanie wymiana ciosów z tym przeciwnikiem to nie był najlepszy pomysł na jaki można było wpaść.

– Teraz mamy szansę! – rzucił niespodziewanie Tenshinhan.

– Szansę na co? – zdziwił się Zidane, odrywając wzrok od walczącego w oddali Vegety.

– Możemy wykorzystać ten moment i przetransportować Saladina, Pan i tę waszą przyjaciółkę do Karina albo Boskiego Pałacu. Tam ich wyleczą.

– Dobry pomysł – przytaknęła Freya, pochylając się i podnosząc siostrę. – Zidane, ty zanieś Saladina.

Oszczędnym ruchem głowy Vegeta uniknął prawego prostego, jednocześnie kontrując kopniakiem w klatkę piersiową zaplanowanym na odepchnięcie przeciwnika. Czarny odleciał na dwa metry, eks-książę wyciągnął dłoń w jego kierunku, nie zdążył jednak wystrzelić Ki-blasta, sięgnięty wcześniej ciosem otwartej dłoni. Saiyan uderzył z całej siły miejsce, gdzie człowiek miał żołądek, po raz kolejny mając wrażenie, jakby uderzał w coś zrobionego z twardej gumy. Wyraźnie czuł jak jego cios wgniata się płytko w korpus stwora, tak jak wiele poprzednich, ale na ciele jednookiego nie było nawet śladu po żadnym z nich. Vegeta obiema dłońmi chwycił czarnego za nadgarstek i zakręcił, chcąc rzucić w ziemię i poprawić jakimś porządnym pociskiem.

Wydarzyło się jednak coś nieoczekiwanego.

Nagle stwór jakby oszalał, zatrzymał się w powietrzu tak nagle, jakby uderzył w jakąś niewidzialną ścianę. Kręcącego akurat nim Vegetę siła bezwładności popchnęła o kilka metrów dalej. Książę ze zdziwieniem spojrzał na przeciwnika, który wyraźnie wpatrywał się w coś w oddali. Saiyan podążył za linią jego wzroku i dostrzegł Freyę, Tenshinhana i Zidane'a, którzy akurat ruszali w kierunku wieży Karina transportując Saladina, Pan i Garnet, oraz uczepionego nogi Zidane'a chudego Gotenksa.

Jednooki stwór w tym momencie jakby zupełnie oszalał. Z wściekłym gwizdem, niewiadomego pochodzenia, ruszył w kierunku wymienionej trójki tak szybko, że zanim ktokolwiek zorientował się co się dzieje, miał już za sobą prawie połowę drogi.

Vegeta domyślił się, że jeśli nie zrobi nic, tamci zginą. Zareagował instynktownie. Błyskawicznie teleportował się na tor lotu czarnego i najsilniejszym możliwym prawym prostym w korpus osadził go w miejscu. Nie zdążył poprawić. Czarny, jakby rozwścieczony, wyprowadził w twarz księcia trzy ciosy tak szybkie, że Saiyanowi zlały się w jeden, i tak silne, że złamały mu nos i uszkodziły kość policzkową. Saiyan zaryczał wściekle i staranował go barkiem, z całą dostępną mocą. To wreszcie zdołało odepchnąć stwora, choć niezbyt daleko.

– Ukryjcie się gdzieś, do cholery! – krzyknął wściekle Vegeta, nawet nie patrząc na Zidane'a i resztę. – Jak was zobaczył zupełnie ześwirował! Zejdźcie mu z oczu, bo długo nie dam rady go zatrzymać!

Tamtym nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Zniknęli między niskimi skałami dość szybko, by czarny, już po opanowaniu lotu, nigdzie ich nie widział.

"Co to do cholery było?" – myślał Vegeta. – "Co się z nim nagle stało? Czemu zaatakował tak gwałtownie? Nic z tego nie rozumiem."

"Nic z tego nie rozumiem" – myślał Dende. – "O co tu chodzi?"

– Hej! Hej!! Hej!!! – Cinna od dłuższej chwili starał się zwrócić uwagę Nameczanina, ale zaaferowany wszechmogący dopiero teraz to zauważył.

– Słucham?

– No. Zamyśliłeś się tak, że sądziłem, że zasnąłeś.

– Wybacz. Obserwowałem walkę.

– Kto wygrywa? Cell czy Vegeta?

– Cell nie żyje. Vegeta walczy z kim innym.

– Co? – Cinna nie ukrywał zaskoczenia. – Z kim?

– Nie wiem... z jakimś dziwnym stworem... Nie wiem co to jest.

Cinna spojrzał na niego uważnie. Nie spodobały mu się te słowa.

"Nie macie szans, jesteście już martwi" brzmiały ostatnie słowa Kaioshina. Cinna wbrew samemu sobie miał wrażenie, że nie zostały rzucone na wiatr.

– Skąd ten nowy stwór się wziął?

– Wyszedł z Cella, jakby się z niego wykluł.

Cinna pobladł.

"Czy Kaioshin o nim wiedział? Musiał wiedzieć, to nie może być przypadek. Cholera!"

– Powiedz mi, Vegeta przegrywa, prawda?

– Trudno powiedzieć. Na początku miał przewagę, ale chyba traci siły.

– Do cholery. Musimy natychmiast tam lecieć! Wy dwaj! – rzucił do #17 i Brolly'ego. – Ruszcie się, lecimy pomóc Vegecie!

– Pomóc? – zdziwił się #17, poza Cinna i Blankiem nikt nie interesował się walką Vegety i Cella, wszyscy uważali, że książę nie może przegrać. – W czym?

– Przecież nie w układaniu klocków, do wszystkich diabłów! – podniósł głos rozdrażniony Cinna. – Vegeta walczy. Bez nas prawdopodobnie zginie.

Te słowa wywarły wrażenie na wszystkich obecnych.

– To z kim on walczy? – zaciekawił się Brolly. – Nie z Cellem? Powinien sobie z nim poradzić.

– Nie, nie z Cellem. Ruszcie się!

– Stać! – rozległ się nagle głos Dendego. – Niech nikt nawet nie drgnie.

Wszyscy spojrzeli na wszechmogącego Ziemi. Dende jak rzadko, nie uśmiechał się. Wręcz przeciwnie, był bardzo poważny.

– Hę? – zdziwił się Blank. – O co chodzi?

– Nie ważcie się tam lecieć. Zabraniam wam.

– Ale dlaczego? – nikt nie rozumiał intencji Dendego.

– Zaufajcie mi. Wasza obecność tam może tylko pogorszyć sytuację.

– Co masz na myśli?

– Nie potrafię tego wyjaśnić, ale wiem, że mam rację – próbował wyjaśnić Nameczanin. – W tym stworze jest coś takiego... Zostańcie tutaj. Musimy zaufać Vegecie. Wierzę, że on coś wymyśli.

Wykorzystując chwilową dezorientację swego przeciwnika, Vegeta staranował go, wbijając mu kolano w głowę. Do listy bolących go części ciała musiał dopisać złamany nos i bark, którym wcześniej uderzył w jednookiego. Czuł się jakby zderzył się z kamienną ścianą. Książę błyskawicznie przeleciał pod wroga, podkurczył nogi i gwałtownie je prostując wybił go prosto w górę. Wyciągnął obie dłonie przed siebie, łącząc je nadgarstkami. Zaczął skupiać Ki. Bardzo dużo Ki.

Czarny zatrzymał się i jak to miał w zwyczaju, ruszył w kierunku Vegety z maksymalną prędkością. Zamachując się jednocześnie prawą ręką. W ostatniej chwili Saiyan odteleportował się ze swojego miejsca, pojawiając się sporo wyżej. Stwór przez sekundę szukał go wzrokiem, a potem ponownie zaszarżował. Książę potrzebował jeszcze trochę czasu, po raz kolejny uratował się techniką Shunkanido, przemieszczając się ponownie w dół. Jednooki zauważył go i zawrócił. Był przewidujący. Vegeta zakończył koncentrację. Teraz wystarczyło trafić.

Przez ostatnie miesiące, jako mentor Czerwonej Gwardii niewiele wzmocnił własny organizm. Po prostu nie miał na to czasu. Udało mu się jednak doprowadzić do perfekcji technikę Shunkanido. Był pewien, że Kakarotto nigdy nie opanował jej aż w takim stopniu.

Książę wykonał serię teleportacji tak szybkich, że pogubiłby się w nich nawet ktoś obyty z tą techniką, a co dopiero istota, która miała z nią do czynienia pierwszy raz w życiu. Wyglądało to jakby Saiyan pojawiał się w wielu miejscach naraz. Wrażenia dopełniało dodatkowe użycie Zanzoken, dla wzmocnienia efektu. Nie było absolutnie żadnych szans, by określić w którym miejscu Vegeta może się po tym pojawić. Czarny próbował nadążyć za nim wzrokiem, ale jego oko było na to zbyt wolne.

Książę zmaterializował się ostatecznie jakieś pięć metrów za jego plecami. Nie zwlekał ani sekundy.

– FINAL FLASH!!!

Żółty strumień Ki, niespecjalnie szeroki, ale aż pulsujący od energii trafił w plecy czarnego, przeszywając klatkę piersiową na wylot. Był tak potężny, że nie napotkał na żaden, choćby najmniejszy opór. Vegeta specjalnie sprawił, by jego atak nie objął całej sylwetki jego przeciwnika, dzięki temu nie stracił go z oczu i widział na sto procent, że trafił. Na wszelki wypadek liczył się z ewentualnością, że jednak spudłuje. Wtedy mógłby ukierunkować lot fali energii i spróbować ponownie. Nie chciał zmarnować tak dużej ilości zgromadzonej Ki.

Można było śmiało stwierdzić, że jeśli nawet saiyański książę nie osiągnął perfekcji jako wojownik, to był jej bardzo blisko.

Final Flash zniknął gdzieś w przestworzach. Vegeta wiedział, że jeszcze długo będzie lecieć przez kosmos zanim się ostatecznie rozproszy. Liczył, że nie trafi w żadną zamieszkaną planetę, chociaż w gruncie rzeczy obchodziło go to raczej średnio.

Znacznie bardziej interesowała go sytuacja tutaj, na polu walki, ta zaś była niewesoła.

Czarny powoli odwrócił się w kierunku księcia. Nie był choćby draśnięty.

"To niemożliwe! NIEMOŻLIWE!!! Przecież wyraźnie widziałem jak dostał! Przeszyło go na wylot! Dlaczego do wszystkich przeklętych diabłów nic mu nie jest?" – Ręce księcia opadły, po raz pierwszy od początku walki zwątpił. – "Czy to coś w ogóle da się zabić?"

"Nie!" – powiedział sobie twardo. – "Na pewno jest jakiś sposób."

Postanowił walczyć do końca.

Jakie jeszcze tajemnice skrywa czarna istota?

 
autor: Vodnique

<- Rozdział C

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker