Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część IV » Rozdział CIII
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część IV: Koniec
Rozdział CIII - Do samego końca
 

Vegeta skokiem do tyłu uciekł przed kolejnym ciosem, wiedział jednak, że w ten sposób tylko odwleka nieuniknione. Nie mógł robić uników w nieskończoność.

"To nie on stał się nagle niezwykle odporny" – zaczynał rozumieć książę. – "To moje ciosy osłabły." – Uchylił się przed prawym prostym jednocześnie kontrując kopem z kolana, bez skutku. To co od dłuższej chwili brał za wywołane adrenaliną podekscytowanie było w rzeczywistości zwyczajną gorączką. Saiyan zorientował się co do jej źródła kiedy tylko oberwał ciosem w mostek, w miejsce wcześniej skaleczone pazurami jednookiego. Potężny ból przeszył jego ciało, całkowicie go dekoncentrując, przez co dostał kilkoma kolejnymi uderzeniami, głównie w twarz. Uratował się teleportacją, zyskując kilka sekund na zorientowanie się w sytuacji. Ostrożnie dotknął zranionego miejsca, orientując się, że jest potwornie spuchnięte.

"Co jeszcze?" – pomyślał. – "Pewnie zaraz zacznie zionąć ogniem."

Mimo nagłego przypływu czarnego humoru, Vegeta musiał przyznać, że sytuacja jest raczej niewesoła. Jeśli chciał wygrać – czy choćby ujść z życiem – musiał szybko coś wymyślić.

Ale co? Wszystkie pomysły, które przychodziły mu do głowy były z góry skazane na porażkę ze względu na niewrażliwość jego przeciwnika na ataki Ki.

Jednooki odnalazł księcia wzrokiem i znów ruszył na niego z pełną prędkością.

Nie... to nie była jego maksymalna szybkość. Najwyraźniej orientował się w osłabieniu przeciwnika i bawił się z nim osłabiając ciosy i ograniczając się. Dawnego Vegetę zapewne rozwścieczyłoby coś takiego, ale teraz wściekłość nawet mu przez myśl nie przeszła. Zamiast tego zaczął kombinować jak by ten fakt wykorzystać na swoją korzyść.

Uniknął ciosu teleportując się na prawą stronę stwora i kopnął z całej siły, jednak trafiony zaledwie od tego drgnął.

"To nie ma sensu, do cholery! Jak to zabić?"

Czarny odwrócił się do Vegety i kilkoma ciosami wybił mu powietrze z płuc. Książę kaszlnął krwią, zaczynał mieć problemy z oddychaniem.

"Jak to zabić?"

Prawy sierpowy do końca już rozwalił Saiyanowi lewy policzek, już wcześniej przypominający jedną krwawą miazgę. Był tak zmasakrowany, że Vegeta nie czuł już nawet bólu. Zresztą ciało miał teraz jak jedną wielką krwawiącą ranę, więc takie coś nie robiło mu żadnej różnicy. Dostał już chyba we wszystko w co mógł oberwać. Ręce i nogi miał jak z ołowiu, poruszał nimi z największym trudem. To, że udawało mu się jeszcze zadawać ciosy było na granicy cudu. Należało to przypisać ogromnej sile woli i niezłomnemu charakterowi księcia.

"Jak to do wszystkich diabłów zabić?!"

Jednooki nie przestawał atakować.

– Na wszystkich bogów – powiedziała pobladła Freya, odwracając wzrok. – Nie mogę na to patrzeć. – Lanfance łzy same cisnęły się do oczu, powstrzymywała je z największym trudem. Nigdy do tej pory nie płakała, nawet po śmierci rodziców.

– Z tego co wiem, bogowie są w tej potyczce przeciwko nam – sucho stwierdził Zidane, który od dłuższej chwili prowadził ze sobą wewnętrzną walkę. Chciał się rzucić Vegecie na pomoc, ale paradoksalnie tym, co go powstrzymywało był autorytet księcia. Lanfan wiedział, że skoro jego mentor przegrywa on sam nie ma absolutnie żadnych szans. Można by to nazwać tchórzostwem, Zidane zresztą był tego świadom.

Ale po prostu nie chciał umierać...

Marcus już nie krył się za skałami, stał w oddaleniu od reszty, znacznie bliżej samej walki, obserwowując ją od początku. On nie wyrzucał sobie tchórzostwa, nie czuł jakby zaraz miał się rozpłakać.

Miał w głowie pustkę.

To co widział zupełnie go zdruzgotało. Vegeta był dla niego największym autorytetem, najpotężniejszym z wojowników. Kimś, kogo po prostu nie dało się pokonać.

Ten właśnie Vegeta przegrywał, wręcz umierał na jego oczach.

"To jakiś cholerny, przeklęty koszmar!" – przeleciało mu przez głowę. – "To się nie może dziać naprawdę! Nie wierzę, że on może przegrać! Nie wierzę!!!"

Tenshinhan delikatnie położył Pan na Ziemi, Zidane i Freya nie zwrócili na to uwagi, całkowicie pochłonięci walką.

"Trzymaj się, malutka" – pomyślał, rzucając dziewczynce pożegnalne spojrzenie. – "Wybacz, że cię opuszczam, ale nie mogę tego tak zostawić."

Odbił się od podłoża i z pełną prędkością ruszył w kierunku walczących.

Cios w szczękę wybił Vegecie ząb. Książę nie był w stanie stwierdzić który, język miał zbyt spuchnięty, a usta zbyt pełne krwi. Skontrował słabym i do tego niecelnym kopniakiem, obrywając po chwili ciosem w żołądek.

– Hej, ty, czarny! Tutaj! – dobiegł Saiyana nagle znajomy głos.

"Tenshinhan?"

Jednooki na moment przerwał masakrowanie Vegety, odwracając się w kierunku głosu. Najwyraźniej dysponował także zmysłem słuchu, co pewnie zaciekawiłoby księcia, gdyby nie stan w jakim ten aktualnie się znajdował.

Stwór zauważył lecącego człowieka, utkwił w nim wzrok i błyskawicznie ruszył w jego stronę.

– Vegeta! Zamknij oczy! TAIYOKEN!!!

Saiyan nie musiał stosować się do tego polecenia i tak niewiele widział zza posklejanych krwią powiek. Okolica zalana została wyjątkowo jasnym światłem, oślepiając większość obecnych, w tym wszystkich obserwujących walkę Lanfanów. Wielkie oko czarnego stwora nie mogło z tego wyjść bez szwanku, musiał zostać wyłączony z akcji na dłuższą chwilę.

Wykorzystując to, Tenshinhan dopadł do Vegety.

– Powiedz... powiedz, że masz Senzu – z trudem wydyszał książę.

– Co? Nie! Vegeta posłuchaj mnie, musisz stąd uciekać!

– O czym ty mówisz?

– Nie widzisz, że nie masz szans? To już nawet nie jest walka, on cię zaraz zabije!

– Odejdź...

– Vegeta! Musisz się teraz wycofać! Wymyślimy coś! Sprowadzimy tu Son Goku, albo...

– Zjeżdżaj stąd! Słyszysz?! – krzyknął z zadziwiającą energią książę. – Nie potrzebuję twojej troski!

– Twoja śmierć niczemu się nie przysłuży! Byłeś dzielny, ale zrozum, nie masz szans! Musisz uciekać!

– Ja nie uciekam!!! – wydarł się na całe gardło Vegeta, jednocześnie trafiając Tenshinhana na odlew w twarz, pozbawiając go tym przytomności. Ziemianin bezwładnie opadł na ziemię. – Ja nie uciekam – syknął. – Nigdy.

Interwencja Tenshinhana okazała się jednak przydatna, pozwoliła Saiyanowi otrząsnąć się otępienia, które go ogarnęło.

"Przyjąłem za dużo ciosów" – pomyślał. – "Chyba nie dam już rady podjąć walki..."

Postrzępionym rękawem obtarł z twarzy krew, zaczynając wreszcie widzieć coś więcej niż tylko ruchome cienie. Czarny stwór bezgłośnie miotał się na wszystkie strony. Taiyoken musiało go mocno zaboleć, co nie było dziwne zważywszy na rozmiary jego oka.

Vegeta miał tylko jedno wyjście i wiedział o tym. Musiał teleportować jednookiego gdzieś w przestrzeń kosmiczną, jak najdalej od Ziemi i mieć nadzieję, że tamten nie potrafi zbyt długo przetrwać w kosmosie. To było ryzykowne, przemieszczenie się na taką odległość mogło oznaczać, że nie starczy mu już energii na powrót.

Musiał jednak spróbować.

Doskoczył do czarnego, łapiąc go za bark i starając się nie puścić mimo niekontrolowanych ruchów stwora. Toksyczna skóra zaczęła przeżerać mu i tak już uszkodzoną dłoń, nie zwracał jednak na to uwagi. Ignorując ból wyszukał miejsce docelowe teleportacji. Miał wprost idealny, pozbawiony planet rejon. Był co do niego pewien, gdyż sam zniszczył wszystkie niegdyś obecne tam światy. To było dawno temu, kiedy jeszcze pracował dla Freezera. Wydawało się jakby miało to miejsce w jakimś poprzednim życiu, ale w rzeczywistości minęło dopiero... pół życia.

Pół życia. Tyle właśnie spędził tu, na Ziemi. Nie żałował tych lat.

Vegeta skoncentrował Ki, aktywując Shunkanido.

Nagły ból przeszył ciało księcia, tak gwałtownie, że skulił się odruchowo, puszczając przeciwnika. Wrażenie było takie, jakby nagle porażony został potężnym ładunkiem elektrycznym. Podświadomie Saiyan wyczuwał, że to co go zaatakowało było jego własnym impulsem Shunkanido, który chyba w jakiś nieprzewidziany sposób zareagował z ciałem jego przeciwnika.

Najwyraźniej jednookiego stwora nie dało się przeteleportować.

Książę nie załamał się tym, był w takim stanie, że raczej go to rozśmieszyło niż zmartwiło.

"No tak, to by było zbyt proste" – pomyślał. – "Najwyraźniej żeby z tym wygrać nie wystarczy po prostu się poświęcić. Trzeba się jeszcze postarać."

Zauważając, że czarny nie miota się już tak jak przed chwilą, Vegeta cofnął się odruchowo. Wyglądało, iż jego przeciwnik zaczynał odzyskiwać wzrok, co oznaczało, że czasu na jakikolwiek manewr było coraz mniej. Umysł księcia pracował na najwyższych obrotach.

"Jest niewrażliwy na Ki... A może wystarczy walnąć go raz, ale tak porządnie, żeby już nie wstał? Gdybym miał więcej energii..."

Nagle książę zamarł. Myśli w jego głowie przyspieszyły.

"No tak... Dlaczego od razu na to nie wpadłem? Przecież to oczywiste!"

Był jeden sposób.

"Do cholery, Kakarotto. Pierwszy raz żałuję, że cię tu nie ma. Oby mi się udało."

Gdzieś w głębi duszy miał jednak przeświadczenie, że musi się udać. Po prostu musi.

Czasu było coraz mniej.

Vegeta oddalił się od przeciwnika na dobre sto metrów. Potrzebował kawałka wolnego miejsca. Sięgnął do najgłębszych zapasów energii swojego ciała i skoncentrował resztki Ki, które jeszcze miał. Wszystkie. Zacisnął z wysiłku zęby, po sekundzie otoczyła go żółtawa poświata. Wyglądał teraz niczym złotowłosy demon wojny, cały we krwi i pocie. Był przerażający, ale jednocześnie wzbudzał podziw. Postrzępione ubranie dopełniało obrazu całości.

Płynnie ruszył w kierunku przeciwnika, nabierając prędkości, rozpędził się do granic możliwości.

– DRAGON FIST!!! – wykrzyknął wyrzucając przed siebie zaciśniętą prawą pięść.

Sylwetka lecącego Saiyana rozmyła się, zamiast niej dało się w powietrzu dostrzec potężnego złoto-błękitnego smoka, który w feeri świateł z wściekłym rykiem zmierzał w stronę wiszącej nieruchomo w powietrzu czarnej postaci.

Był nie do zatrzymania.

Jedyne oko czarnego rozszerzyło się, jakby ze zdziwienia, kiedy ogromna paszcza zderzyła się z jego postacią, w eksplozji jaskrawożółtego światła. Dopiero po kilku sekundach można było dostrzec efekty tej akcji.

Jednooki lewitował w powietrzu z wyciągniętą przed siebie lewą dłonią, w którą wbita była prawa pięść Vegety.

Stwór jakimś cudem zablokował atak Smoczej Pięści.

"To... to niemożliwe."

Czarny nie pozwolił już na żadne więcej myśli czy słowa. Błyskawicznym ruchem prawej ręki chwycił księcia za nadgarstek. Długie place owinęły się wokół niego ciasno.

– Co się...

Stwór wzmocnił nacisk w mgnieniu oka i bez żadnej trudności miażdżąc Saiyanowi kości ręki. Vegeta nieludzko wrzasnął z bólu, odruchowo próbując wyrwać się z uścisku przeciwnika. Ten w odpowiedzi chwycił jeszcze mocniej. Dłoń księcia nie wytrzymała, przy zagłuszonym przez wrzask Vegety odgłosie rwących się ścięgien i pękających kości oderwała się od reszty ciała. Ból przy tym był tak potworny, że Saiyan po prostu stracił przytomność. Jego włosy powróciły do normalnej długości i czarnej barwy.

Nie zdążył opaść na ziemię. Czarny wyrzucił wyrwany fragment ręki i chwycił księcia za kark. Przez sekundę czy dwie spoglądał jeszcze na jego twarz, zupełnie jakby chciał ją zapamiętać. Potem zaczął uderzać, raz za razem, silnymi zdecydowanymi ciosami, z których każdy jeden mógłby pewnie połamać żebra. Twarz Vegety przemieniła się w krwawą miazgę już przy piątym czy szóstym uderzeniu. Martwy był zapewne już około dziesiątego. Jednooki jednak zadał grubo ponad trzydzieści ciosów zanim puścił bezwładne niczym kukła ciało. Zwłoki ciężko uderzyły o ziemię.

W powietrzu rozległ się przeciągły, świdrujący bębenki gwizd.

Stwór triumfował.

"This world can turn me down,

But I won't turn away

And I won't duck and run,

Cause I'm not built that way.

When everything is gone,

There is nothing there to fear.

This world cannot bring me down

No cause I'm already here!

I won't duck and run

I won't duck and run

I won't duck and run!

No, I pass away..."

(3 Doors Down – "Duck And Run")

 
autor: Vodnique

<- Rozdział CII

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker