Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część IV » Rozdział CIV
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część IV: Koniec
Rozdział CIV - Nowa nadzieja
 

Zwłoki księcia ciężko uderzyły o ziemię, ale on już tego nie poczuł. Był martwy na długo przed tym, jak czarny stwór skończył masakrować jego twarz. Vegeta zakończył życie, już nigdy nie miał uśmiechnąć się w charakterystyczny dla siebie, złośliwy sposób, czy też wypowiedzieć słowa "Kakarotto". Umarł niczym prawdziwy wojownik, do końca walcząc w obronie Ziemi, planety którą niegdyś sam chciał zniszczyć, a która stała się dla niego prawdziwym domem. Zginął broniąc swoich bliskich i swojej godności.

Marcus zrozumiał.

Nie było prawdą to, co Saladin powiedział kiedyś Freyi, twierdząc iż jego brat nie ma słabych punktów. Niegdyś słabym punktem Vegety była jego saiyańska duma, to jednak uległo zmianie. Teraz byli nim Marcus, reszta Lanfanów i wszyscy inni dla których Vegeta był wzorem i ideałem wojownika. To właśnie oni byli jego słabością i jednocześnie źródłem siły. To ze względu na nich nie opuścił pola walki, nawet nie rozważał ucieczki, czy wycofania się. Wiedział, że liczą na niego, że oczekują od niego zachowania godnego prawdziwego wojownika i bohatera. To przez nich zginął jak bohater, walcząc do końca. Do ostatniej kropli potu. Do ostatniego uderzenia serca.

Marcus chwiejnym krokiem podszedł do zwłok księcia. Nie dało się rozpoznać jego twarzy. Lanfan nadal nie do końca wierzył w to, co widział. Vegeta nie mógł zostać pokonany. Po prostu nie mógł.

To najzwyczajniej w świecie nie było możliwe.

Łzy napłynęły do oczu Marcusa z taką siłą, że nie był w stanie ich powstrzymać. Mechanicznym ruchem spojrzał w górę w kierunku stwora, który zabił jego mentora i przyjaciela zarazem. Bezsilność i rozpacz wezbrały w Lanfanie gwałtownie, w jego oczach rozbłysła czysta nienawiść.

Dende cofnął się o kilka kroków. Niemal usiadł przy tym z wrażenia. Był bardzo blady.

– Ve... Vegeta nie żyje... – wyjąkał.

– Jak to nie żyje?! – wykrzyknął podenerwowany od dłuższej chwili Cinna.

– Do ostatniej chwili wierzyłem, że wygra... To moja wina... Gdybym was nie zatrzymał... Wszystko zawiodło, nawet Smocza Pięść. Vegeta próbował go stąd teleportować... Wszystko na próżno...

– Cholera jasna! – krzyknął niski Lanfan, nie zwracając uwagi na biadolenie Nameczanina. – Blank, lecimy tam! Muszę dokładnie wiedzieć co tam się dzieje! – perspektywa kaioshińskiej zemsty zza grobu wyprowadzała niskiego Lanfana z równowagi w stopniu znacznie większym niż sam mógłby się tego spodziewać. Miał dziwnie złe przeczucie, że ostatnie słowa ich wroga nie były tylko pustą groźbą.

– W takim razie ja też idę – powiedział Brolly. – Muszę na własne oczy zobaczyć tego, który zabił Vegetę.

– Nie beze mnie! – niespodziewanie krzyknęła Bra. – Nie sądź, że spuszczę cię z oczu choćby na chwilę. Nie mam zamiaru cię stracić po raz drugi!

Saiyan nie wyglądał na zadowolonego, ale nic nie powiedział.

– I ja zabiorę się z wami – stwierdził #17. – Z tego co się orientuję nie ma już żadnego zagrożenia dla pałacu. Poza tym wolę mieć Brolly'ego na oku – powiedział, patrząc wprost na symbol "M" na czole potężnego Saiyana. – Tylko ja dam radę go pokonać w razie czego.

– Dasz radę... czyżby? – zapytał tamten, z nieprzyjaznym błyskiem w oku.

– Zapomniałeś już kto przed chwilą skopał ci dupsko? – uśmiechnął się android.

– A jesteś pewien, że dobrze określiłeś kopiącego i kopanego?

Nie wiadomo jak dalej potoczyłaby się ta rozmowa, gdyż tuż przed tym jak #17 rzucił jakąś ciętą replikę, uwagę zgromadzonych zwróciło coś zupełnie innego. Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się w stronę, w którą jeszcze przed chwilą spoglądał Dende.

– Niech mnie skunks popieści – powiedział android. – Czujecie tę Ki?

– Tak... – Cinna aż przełknął ślinę z wrażenia. – Jest ogromna.

– Ale kto to? – dziwił się Kuririn. – Nie znam tej energii.

– Niemożliwe... nie... – Blank sam nie wierzył w to co właśnie skojarzył. – Ale to musi być on... To Marcus!!

Grunt wokół otoczonego czerwoną aurą Marcusa drżał wyraźnie. Lanfan zacisnął pięści z całą siłą, uwalniając nagromadzoną w sobie Ki, która eksplodowała mocą tak wielką, że wszystkie nierówności terenu w promieniu dobrych stu metrów od niego zostały zrównane z ziemią w przeciągu ułamka sekundy. Grunt bezpośrednio pod Marcusem odkształcił się wyraźnie, tworząc na chwilę głęboki krater, który jednak nie przetrwał zbyt długo jako część krajobrazu. Po sekundzie ziemia popękała nieregularnie, jej drgania zamieniły się w regularne trzęsienie. Fragmenty skał zaczęły się przesuwać względem siebie pionowo, sprawiając, że podłoże znowu stało się nieregularne... dopóki kolejny impuls Ki Lanfana nie zdmuchnął nierówności.

Marcus przechodził przemianę, widać to było aż nadto wyraźnie, jednakże nie była to transformacja, w Super-Lanfana, którą tak dobrze znał. To było coś zupełnie innego. Włosy, owszem, przybrały czerwoną barwę, ale zamiast unieść się do góry, wystrzeliły do tyłu, wydłużając się podobnie jak w przypadku Super-Saiyana 3, tyle że dosięgały do łopatek. Wyglądały jak stworzone ze zbieraniny niewielkich, spiczastych kosmyków. Z oczu zniknęły źrenice, łuki brwiowe zmieniły kształt, brwi przy tym zniknęły całkowicie. Masa mięśniowa nie uległa zwiększeniu, ale po sylwetce zaczęły przebiegać liczne wyładowania elektryczne.

Marcus opanował nieco aurę, powstrzymując dalsze zniszczenia okolicy. Nadal wpatrywał się w czarnego stwora, zabójcę Vegety. Nie zastanawiał się teraz nad gigantyczną mocą jaką w tym momencie dysponował. Liczyła się dla niego tylko zemsta.

Tamten musiał zapłacić.

Lanfan zniknął ze swojego miejsca doskakując do przeciwnika i zadając cios tak szybko, że sam pewnie nie zauważyłby tego manewru, będąc obserwatorem. Trafił silnym prawym sierpowym.

Głowa czarnego nie zdołała jeszcze porządnie odskoczyć do tyłu po tym uderzeniu, kiedy otrzymał od Marcusa kopnięcie w plecy, które wprowadziło go w niekontrolowany, poziomy lot zakończony z kolei na kolanie jego przeciwnika. Lanfan uderzył od góry złączonymi pięściami, posyłając jednookiego w grunt. Uderzenie wzbiło tuman kurzu, minęła krótka chwila zanim stwór wygrzebał się, a raczej wyskoczył z dziury, którą wybił. Uniósł się w górę, prawą rękę mając nienaturalnie wykrzywioną. Kiedy Lanfan uderzał kończyna była pechowo wykręcona do tyłu i znalazła się między jego pięściami a miejscem trafienia, w wyniku czego została kompletnie zmiażdżona. Wyglądała teraz jak złamana gałąź.

Stwora jednak dało się zranić.

– Boli? – syknął Marcus. – Mam nadzieję, że tak... a to dopiero początek.

Czarny nie odpowiedział, zamiast tego zaczął jakby lekko drżeć, wyglądało to jakby dostał słabego ataku epilepsji. Niespodziewanie jego oko zaczęło się poruszać. Nie sama źrenica, całe białe oko zaczęło jakby płynąć w kierunku korpusu istoty, ale tam się nie zatrzymało, zamiast tego wniknęło do złamanej ręki stwora, wydłużając się przy tym i spłaszczając. Złamane ramię zaczęło wyraźnie drżeć, nagle jakby puchnąć i skracając się jednocześnie, przy obrzydliwym, skrzypiącym odgłosie tarcia kości o kość. Palce całkowicie zniknęły, oko tymczasem umiejscowiło się na środku deformującej się dłoni. Po kilku sekundach jeszcze przed chwilą złamane ramię stwora zmieniło kształt w takim stopniu, że stało się jakby drugą głową, bliźniaczo przypominającą tę pierwszą, teraz pozbawioną oka. W tym momencie pozostałe kończyny stwora także zaczęły się przekształcać, przy głośnym skrzypnięciu. Głowa wydłużyła się i schudła, na jej zakończeniu z chrzęstem uformowały się palce, jak u lewej dłoni. Lewa ręka tymczasem stała się bardziej masywna, przemieniając się w zakończoną ostrymi pazurami lewą nogę. Kolejne kończyny przekształcały się w kopie swych kolejnych – licząc zgodnie z ruchem wskazówek zegara – sąsiadów. Tułów także zmienił kształt, spłaszczając się i wydłużając poziomo.

Marcus, zafascynowany i jednocześnie zaniepokojony tym widokiem nie był w stanie choćby drgnąć. Nie potrafiłby nawet określić czy przemiana trwała dziesięć sekund czy dziesięć minut. W rzeczywistości minęła niecała minuta, po której to przed Lanfanem lewitował ten sam stwór, tyle tylko, że obrócony o dziewięćdziesiąt stopni. Zaraz zresztą wrócił do pionu, wpatrując się w Lanfana swoją jedyną źrenicą.

Nie był już ranny.

– Interesujące z ciebie stworzenie... aż żal zabijać. Ale ten pokaz nie pomoże ci w niczym. Za chwilę będziesz tak połamany, że wyleczenie się zajmie ci dobry rok.

Nie tracąc więcej czasu na czcze gadki Marcus ruszył na przeciwnika trafiając go potężnym prawym prostym tuż pod oko. Czarnego rzuciło do tyłu, Lanfan podążył za nim i – nie pozwalając mu nawet wyhamować – poprawił uderzeniem z lewej tuż pod żebra, o ile tamten miał żebra. Trzeci cios został zadany wierzchem prawej pięści w bok głowy jednookiego. Kombinację czerwonowłosy zakończył kopnięciem z półobrotu w podstawę szyi, od którego czarny poleciał bezwładnie po skosie i wbił się pod kątem w podłoże, tym razem bardzo głęboko. Marcus przypuszczał, że wygrzebanie się zajmie mu sporo czasu.

Mylił się.

Lanfan zauważył tylko eksplozję gruntu w miejscu, w którym jego wróg wystrzelił nagle spod ziemi, potem poczuł uderzenie i smak krwi w ustach. W oczach rozbłysły mu setki gwiazd, ale nie zdążył się na nie napatrzeć, kiedy otrzymał cios w brzuch tak silny, że skulił się z bólu, wykrztuszając całą zawartość jamy ustnej. Odruchowo odskoczył do tyłu, krzyżując ramiona w bloku. To zaoszczędziło mu sporo dalszego bólu, gdyż uniknął w ten sposób silnego kopnięcia w głowę. Noga przeciwnika musnęła go zaledwie.

Czarny nie rezygnował, rzucił się błyskawicznie do przodu. Marcus nie miał szans na unik czy blok, wiedział o tym.

Coś szybkiego przemknęło nagle tuż przed twarzą Lanfana, usłyszał uderzenie po którym jego jednooki przeciwnik podążył niekontrolowanym lotem w kierunku ziemi. Przed sobą Czerwony Gwardzista ujrzał niewysokiego, młodego mężczyznę o czarnych włosach.

– Marcus, tak? – zapytał go nowoprzybyły.

– T... tak – zdołał wydukać Lanfan.

– Ja jestem android #17, a ten tam to Brolly – Marcus bezwiednie spojrzał we wskazane miejsce, ujrzał wysokiego, aŻ do przesady umięśnionego Saiyana w formie SSJ3. – Wygląda na to, że jesteśmy po tej samej stronie.

– Skoro prezentację mamy już za sobą – sucho zaczął syn Paragasa – to proponuję zacząć walczyć. Ten twój kop ledwo go odepchnął...

Cinna wpatrywał się w zbliżającego się do trójki wojowników jednookiego ze strachem w oczach. Nie to nie był tylko strach... to było śmiertelne przerażenie.

– Blank... Na wszystkie piekła jakie istnieją, powiedz mi... Powiedz mi, że nie widzę tego co widzę.

Blank nie odpowiedział.

– Blank!!! Do kurwy nędzy!!! – Cinna był na granicy paniki, w oczach dosłownie miał łzy. – Odezwij się!!!

– Niestety, Cinna. – Głos wysokiego Lanfana drżał niebezpiecznie. – Nie ma mowy o pomyłce. To na pewno on. Obawiam się, że wszyscy mamy kompletnie przerąbane.

Bra, która dla bezpieczeństwa teleportowała się z Lanfanami, nie z Brollym, przeraziła się słysząc te słowa. Były wypowiedziane absolutnie poważnie.

Skąd Cinna i Blank znają jednookiego stwora i jak poradzą sobie z nim trzej wojownicy?

 
autor: Vodnique

<- Rozdział CIII

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker