Konkurs: Wygraj tomy Dragon Balla (11.11.2017 – 26.11.2017)
Klub fana

Dragon Ball

Klub Fana » FanFicki » Dragon Ball AZ » Dark Kaioshin Saga » Część IV » Rozdział LXXXII
Dragon Ball AZ
Dark Kaioshin Saga
Część IV: Koniec
Rozdział LXXXII - Zwycięstwa i porażki
 

Tym razem Cancer był po prostu bez szans. Halbu zaczął walczyć na poważnie. Różnica między nimi była aż nadto wyraźna, androidowi nie udało się już zadać ani jednego skutecznego ciosu. Egzekutor masakrował go jak chciał, a przy tym ani na chwilę nie przestał czerpać z tego ogromnej frajdy.

– Uważaj, tu jestem! – krzyknął, uderzając przeciwnika w twarz, krople syntetycznej krwi poleciały na wszystkie strony. Cancer zaczął powoli spadać w kierunku powierzchni wody, gdyż walka zdążyła się przenieść nad ocean. Halbu złapał go za kołnierz.

– Nie spadnij bo dostaniesz zwarcia!! – stwierdził, rzucając androidem po skosie w górę, następnie wyprzedził go i zielonkawym Ki-blastem gwałtownie zatrzymał jego lot. Cancer na ułamek sekundy zawisł w powietrzu. Egzekutor doskoczył do niego i zaczął obijać silnymi ciosami pieści, nie pozwalając mu spaść. Android nie był już w stanie nawet próbować się bronić, jego uszkodzenia były zbyt poważne i stan ten pogarszał się z każdą chwilą.

– Musimy mu pomóc! – Sagitarius krzyknął, patrząc na Taurusa.

– Nie – beznamiętne oblicze androida nawet nie drgnęło.

– Dlaczego? Chcesz żeby zginął?

– Po pierwsze: sam wybrał tę walkę – zaczął przywódca Zeta. – Po drugie: będziemy mogli go później naprawić i po trzecie: lepiej że wyeliminuje go ten grubas. Cancer przynajmniej zostanie w jednym kawałku. Gdy będziemy później walczyć z kimś silniejszym mógłby zostać anihilowany Ki-blastem. Wtedy odzyskanie go mogłoby być trudne.

– Więc masz zamiar pozwolić na tę masakrę?

– Nie. Wydaje mi się, że już jej dosyć. Virgo!

– Tak? – zapytała mała androidka.

– Zakończyłaś już analizę stylu walki Halbu?

– W dziewięćdziesięciu siedmiu koma pięć procenta.

– Wystarczy. Wykończ go!

Oczy małej androidki zabłysły na czerwono, kiedy przeszła w swój tryb bojowy. Znalazła się przy walczących w ułamku sekundy.

Grunt eksplodował, kiedy łysy egzekutor z rykiem ruszył na swoją przeciwniczkę. Libra tylko na to czekała, wiedziała, że jej niewielka przewaga może nie wystarczyć jeśli jej przeciwnik będzie walczył ostrożnie i rozsądnie. Dlatego chciała go rozwścieczyć, co udało jej się w stu procentach. Ormus zamachnął się potężnie, acz topornie, androidka zanurkowała pod jego ręką i wbiła pięść w brzuch. Egzekutor gwałtownie wypuścił powietrze i nie zdążył zareagować kiedy został ponownie trafiony, tym razem kolanem w brodę. Wykonał nieplanowane salto do tyłu, a kiedy tylko zrobił pełne trzysta sześćdziesiąt stopni oberwał stopą prosto w nos. Następny cios – wycelowany w bok głowy – Ormus w ostatnim podrywie niemal cudem zdołał sparować przedramieniem. Ogromnym wysiłkiem wyprowadził zamaszysty hak, próbując nie tyle trafić przeciwniczkę co zmusić ją do cofnięcia się o metr czy dwa. Jego plan udał się, ale nie do końca. Androidka uniknęła, zwinnie odskakując do tyłu, ale zaraz potem powróciła do zwarcia, kopiąc egzekutora potężnie w lewy bok i gruchocząc mu przy tym kilka żeber. Ormus kaszlnął krwią i zdążył się jeszcze zdziwić, zanim wystrzelony ze złączonych dłoni Libry wąski strumień Ki przeszył jego gardło. Krew trysnęła obficie. Egzekutor był martwy jeszcze zanim uderzył o powierzchnię ziemi tworząc tam sporą, krwistą plamę.

– Zupełnie nieźle – usłyszała nagle głos dobiegający z góry.

Spojrzała w tamtą stronę i na tle słońca ujrzała sylwetkę jakiejś postaci. Nie wyczuła jej wcześniej co oznaczało, że nowoprzybyły – bo głos zdecydowanie należał do mężczyzny – doskonale panował nad swoją Ki.

– Mam nadzieję, że to nie było jeszcze wszystko na co cię stać. Nie chciałbym aby okazało się, że nasza walka będzie nudna.

Z jakiegoś powodu Libra wiedziała, że to starcie będzie trudniejsze od poprzedniego.

Potężna eksplozja wstrząsnęła okolicą, ale o dziwo mimo iż sekundę wcześniej koniec Scorpio wydawał się nieuchronny, to android nadal był w jednym kawałku. Co więcej, nie został nawet osmalony. Fakt, że nie stanowił teraz malowniczej kupki śrubek porozrzucanej po całej okolicy zawdzięczał czyjejś pomocy. Ktoś zestrzelił lecący w jego stronę Ki-blast. Ale kto?

– Hej, nic ci nie jest? – usłyszał niski głos.

Tym, który mówił był wysoki, potężnie zbudowany, łysy mężczyzna z dodatkowym okiem umieszczonym na środku czoła.

– Nie. Dziękuję. Uratowałeś mnie.

– To nie ja – odparł tamten, wskazując na kogoś palcem.

Tym kimś okazała się być mała, siedmio-, może ośmioletnia dziewczynka w czerwonym stroju i z burzą jasnych włosów na głowie.

Scorpio zamrugał. Trudno było mu uwierzyć, że to dziecko było w stanie odbić atak Anyi.

– Wszystko w porządku? – zapytała. – Coś szary się zrobiłeś. I czemu szczerzysz zęby?

– Ja tak wyglądam – stwierdził Scorpio, zakrywając usta dłonią.

– Nie chcę wam przerywać – odezwał się trójoki – ale chyba nadal mamy kłopoty.

Anya, z rękami skrzyżowanymi na piersi z wyraźnym zainteresowaniem obserwowała dwójkę nowoprzybyłych.

– Kim jesteście? – zapytał łysy. – Człowieka nie ma marny rok i potem nikogo nie rozpoznaje...

– Mam na imię Scorpio. Jestem z oddziału Zeta. Androidów Zeta. Pomagamy Saiyanowi o imieniu Son Goten zebrać Smocze Kule.

– O! Jest tu wujek Son Goten! – ucieszyła się dziewczynka.

– Zgaduję, że ty musisz być Pan – odezwała się niespodziewanie Anya, miała bardzo dźwięczny głos. – W takim razie to zapewne twój nauczyciel, wielki ziemski wojownik, Tenshinhan.

– Widzę, że nas znasz – skomentował Shinhan. Ale my nie znamy ciebie.

– Jestem Anya, należę do Egzekutorów Wschodniego Kaioshina.

– Egzekutorów? Pierwsze słyszę. I dlaczego z nami walczysz, przecież Kaioshin to nasz przyjaciel.

– Licz się ze słowami, robaku! – krzyknęła Anya. – Jak śmiesz nazywać się jego przyjacielem! Nie jesteś godzien nawet lizać mu butów!

– Najwyraźniej mówimy o innych Wschodnich Kaioshinach – stwierdził rozsądnie Tenshinhan. – Tak czy inaczej, nie pozwolimy ci zabić tego androida. Odejdź, a nie stanie ci się krzywda.

Oczy Anyi rozbłysły zawziętością. Oczywistym było, że nie zamierzała się wycofać.

Drognan dosłownie o włos uniknął Kamehamehy Gotena, ale i tak przysmażył sobie przy tym dłonie i kawałek prawego boku. Dysząc ciężko patrzył na stojącego w dole przed nim Saiyana. W głowie egzekutora myśli gnały jak szalone.

"Jak potężni oni są? Przecież jestem najsilniejszym z egzekutorów, pokonanie tego tutaj powinno być dla mnie pestką. Właśnie cudem uniknąłem śmierci i wcale nie mam przewagi. Czy Kaioshin nie wiedział, że oni są tak mocni? Nie docenił ich? A może... a może wiedział? Może wysłał nas tutaj..." – nagle jednak chwila zwątpienia minęła jak ręką odjął. – "NIE! Kaioshin wiedział co robi! Skoro nas tu przysłał to znaczy, że możemy wygrać. To moja wina, że nie potrafię sobie poradzić z tym marnym Saiyanem. Nie mogę zrzucać własnej nieudolności na naszego przywódcę."

Zacisnął pięści, ponownie gotów do walki.

– Poddaj się – powiedział wyraźnie Son Goten. – Nie chcę cię zabijać. Oddaj mi Smoczą Kulę, a pozwolę ci odejść. Nie masz szans zwyciężyć.

"Może on ma rację? Może powinienem mu ją oddać?"

– NIGDY!!! Będziesz musiał ją wyciągnąć z moich zwłok!!

Drognan utworzył nad głową dużą, niebieską kulę Ki i rzucił nią w Gotena. Saiyan kopnięciem posłał ją gdzieś w powietrze. Drognan spodziewał się tego i wykorzystał sekundę dekoncentracji przeciwnika by znaleźć się za jego plecami i wyprowadzić potężne kopnięcie. Trafiony Goten poleciał do przodu, ale w locie obrócił się do góry nogami, odbił od ziemi dłońmi i po zrobieniu salta wylądował na nogach, dokładnie naprzeciw egzekutora. Drognan nie tracił czasu, posłał w Saiyana, Kiaiho, które było co prawda zbyt słabe by zrobić mu krzywdę, ale wystarczyło by odrzucić go o kilka centymetrów i zdekoncentrować. Egzekutor dopadł do przeciwnika i uderzył go potężnym sierpowym w twarz. Goten stracił równowagę i musiał się wesprzeć na prawej dłoni, by nie wylądować na gruncie. Nie zdołał się przez to obronić przed silnym kopnięciem, które trafiło go w klatkę piersiową i rzuciło bezwładnie kilka metrów dalej.

Halbu nie zauważył co dokładnie pojawiło się nagle między nim, a jego niemal już zmasakrowanym przeciwnikiem. Zdążył się tylko zorientować, że to musiało być cos małego – bo zmieściło się pomiędzy dwoma wojownikami – oraz szybkiego, gdyż nie zdążył się temu dokładnie przyjrzeć, kiedy oberwał ciosem, który posłał go w niekontrolowany lot w kierunku zupełnie przeciwnym.

Pozbawiony sił Cancer z głośnym pluskiem wpadł do oceanu i pogrążył się w nim. Nie było strachu, że się utopi bo nie musiał oddychać. Wbrew pozorom nie groziło mu także zwarcie.

Halbu mógł się teraz spokojnie przyjrzeć zjawisku, które go zaatakowało. Stworzenie przypominało z wyglądu dziecko, a ściślej mówiąc dziewczynkę, ale miało zupełnie szarą skórę i nienaturalnego, seledynowego koloru włosy.

Pozostali dwaj Egzekutorzy już chcieli się rzucić do ataku, ale stanowczy głos ich pękatego kolegi zatrzymał ich w miejscu.

– Korlic! Madawc! Stać! Najwyraźniej te blaszaki mają ochotę na drugą rundę. Ja nie mam nic przeciwko temu.

Virgo nie odpowiedziała, po prostu zniknęła. Zmaterializowała się tuż przed twarzą Halbu, kopiąc go zamaszyście. Egzekutor po raz drugi już w tej krótkiej walce poleciał zupełnie bezwładnie do tyłu. Wyhamował impulsem Ki.

– Ty mała... – zaczął. – Zaraz zobaczymy jak szybka jesteś.

Niesamowicie szybki, fioletowy pocisk wystrzelił z palca wskazującego prawej dłoni egzekutora. Przeszył ciało androidki na wylot.

A dokładniej przeszył jej widmo. Virgo pojawiła się kilka metrów na lewo od swojej poprzedniej pozycji.

– Niemożliwe – wysapał Halbu. – HA!! – błyskawicznie, jeden po drugim, wystrzelił z palca kilka kolejnych pocisków, które jednak także przeszyły tylko powietrze. Virgo unikała z tak dużą prędkością, że przez moment zdawała się znajdować jednocześnie w kilku miejscach. Poruszała się błyskawicznie, można było niemal dostać oczopląsu. Na twarzy androidki nie było ani śladu emocji.

Halbu zaczął się pocić. Sprawy przestały iść po jego myśli. Przez sekundę rozważał w myślach poproszenie Korlica i Madawca i pomoc, ale ostatecznie jego zadufanie w sobie zwyciężyło.

– GIŃ!!! – krzyknął, zaczynając ostrzeliwać androidkę za pomocą Renzoku Energy Dan. Celność miał słabą, przez co wiązka strzału była bardzo szeroka. Virgo, nadal z kamienną twarzą, rozpoczęła serię naprawdę szybkich dematerializacji i ponownych materializacji. Dokonując niemożliwego lawirowała pomiędzy pociskami Renzoku z każdym kolejnym skokiem zbliżając się do swojego przeciwnika. Powoli, lecz nieubłaganie.

Czy androidy i Goten zdobędą Smocze Kule?

 
autor: Vodnique

<- Rozdział LXXXI

<- powrót
Klub fana ►
Księżycowe blizny
STRONA KORZYSTA Z PLIKÓW COOKIE: POLITYKA PRYWATNOŚCI
Konnichiwa Saiyans-Zone
Dragon Ball Z Games Gintama Anime Revolution Sprites Twierdza RPG Maker